„Ludzi dobrej woli jest wystarczająco wielu” – Marcin Kydryński o Radiu Nowy Świat i nowej sjeście
Fot. Zuza Krajewska

„Ludzi dobrej woli jest wystarczająco wielu” – Marcin Kydryński o Radiu Nowy Świat i nowej sjeście

„To wciąż ja, to wciąż muzyka, którą wielbię, wciąż niedziela o piętnastej" – mówi o swojej „Porze Sjesty" Marcin Kydryński. „To radość mieć wokół siebie ludzi z pasją, o podobnej wrażliwości i kulturze”.
Anna Zaleska
16.07.2020

Rozmawiamy tuż po debiucie nowej sjesty w Radiu Nowy Świat – zwanej teraz „Porą Sjesty”, ale nadawanej o tej samej porze, w niedzielę między piętnastą a siedemnastą. O wciąż trwającej żałobie po odejściu z Trójki. O emocjach towarzyszących startowi Radia Nowy Świat. O życiu eremity na mazowieckiej wsi, w czym Marcin Kydryński się rozsmakował. I o nowej książce „Dal”, pełnej niezwykłych obrazów z Afryki i miłości. Bo każda fotografia – jak przekonuje autor – jest miłością.

Anna Zaleska: Czy sjesta w Nowym Świecie i „Siesta” z Myśliwieckiej to ta sama sjesta? Możliwe było przeniesienie tamtego klimatu, emocji, słuchaczy, historii pod inny adres, czy powstała jednak trochę inna jakość?

Marcin Kydryński: Za wcześnie, by to oceniać. Rozmawiamy po pierwszym programie, siłą rzeczy emocjonującym i dla mnie, i dla dawnych słuchaczy, najwyraźniej stęsknionych, co miłe, bo przysłali kilkaset maili. Starałem się na wszystkie odpowiedzieć. To wciąż jestem ja, to wciąż muzyka, którą wielbię, wciąż niedziela o piętnastej. Wciąż gram na gitarze tę samą siestową melodię. Ale mam jednocześnie świadomość, że zmieniła się aura. Nie słychać w każdym serwisie prezesa, wątki bogoojczyźniane zdają się nie dominować wokół mojej bądź co bądź niedzielnej audycji, brak też – nie wiem, na jak długo – reklam środków na żylaki odbytu, co pomaga mi w stworzeniu właściwego nastroju.

Czytając pana książkę „Dal” – do której jeszcze wrócę – zatrzymałam się nad cytatem z Emila Ciorana: „Wszystko jest jedyne i przepada na zawsze”. Można to też odnieść do sytuacji z Trójką?

„Zawsze” – to mocne słowo. Z metafizycznej strony z pewnością tak. Tu zjawisko, jakim jest Trójka, w niczym nie różni się od każdej spośród naszych chwil, każdej materii. Nie mam wątpliwości, zwłaszcza po wyborach, że powrót do dawnej Trójki nie jest możliwy. Nigdy już nie spotkamy się w takim składzie, nigdy z taką energią, w takiej wobec siebie życzliwości. Proszę jednak pamiętać, że nawet „moja” Trójka to nie trwały, niezmienny byt, a migotliwa, płynna rzeczywistość; rozstania i powroty. Są też entuzjaści stacji tak radykalni, dla których ta „prawdziwa” Trójka skończyła się jeszcze przed moim przyjściem do stacji, pewnie gdzieś w okolicach stanu wojennego. Nie możemy wykluczyć, że dla wielu Trójka zaczęła się właśnie teraz. Musimy dać im to prawo, wywalczyli sobie przy urnach.

Ból po rozstaniu z radiem, które było tak ważną częścią pana życia, udało się już ukoić?

To chyba prędko się nie stanie. Taka żałoba musi trwać, jak każda inna. Rok i więcej. Pozostanie żal. Żal wobec samej istoty przemijania. Żal za szczęśliwą młodością, która w całości minęła mi na Myśliwieckiej właśnie. Tęsknota za urodą tego miejsca, jego okolicy. Nie ma piękniejszego rejonu w Warszawie. Wreszcie smutek, że parę osób świadomie zniszczyło wielką wartość o ponad półwiecznej tradycji. To oczywiście moje zdanie. Na naszych oczach rodzi się nowa generacja słuchaczy, którzy tańczą ze szczęścia na tych zgliszczach, życzą nam wiecznego zapomnienia, lżą i najchętniej spaliliby nas w stodole. Proszę poczytać komentarze pod artykułami o Trójce w mediach otwartych na Prawdziwych Polaków.

Trójkę żegnał pan parafrazą Lechonia, życząc słuchaczom, by wiosną wiosnę, nie Polskę zobaczyli. Dzisiaj jaki wiersz pan by przywołał?

Ponoć Anglicy na każdą życiową sytuację, na każdą chwilę dnia mają jakiś cytat z Szekspira. Ja zawsze znajdę Miłosza. Dziś, kiedy rozmawiamy, jestem jak zwykle na mojej farmie. Wstało słońce, zieloność jest zarazem dzika i kojąca, ciszę przerywają jedynie głosy ptaków i sygnał stacji Nowy Świat, czuję się nie najgorzej. Co zatem powie pani na taki fragment: „Moja pobożność jest być może wdzięcznością pogodnego ciała / za oddech, za rytm krwi, za wszystko”. I może dorzuciłbym jeszcze linijkę już z innego wiersza: „W każdej rzeczy na ziemi światłość wiekuista”. I na koniec: „Od dzieciństwa do starości ekstaza o wschodzie słońca”. Taki swoisty tryptyk Miłoszowski ułożyłbym dzisiaj. Jutro być może inny.

Fot. Zuza Krajewska

Startowi Radia Nowy Świat towarzyszyły spore emocje. Na ile panu jako współpracownikowi ta gorączka się udzieliła?

Z wielu względów ten czas jest dla mnie wyjątkowo intensywny, przełomowy. Przejście po z górą trzydziestu latach do nowej stacji też wyzwoliło we mnie nieznane wcześniej niepokoje, niepewności, lęki nawet. Ale też ogromną, szczęśliwą energię, która naprawdę wypełnia tę willę na ulicy Ostrej. Trudno jej nie ulec. To taka radość mieć wokół siebie ludzi z pasją, o podobnym światopoglądzie, wrażliwości, kulturze, poczuciu humoru. Nie podzielam optymizmu Niemena, ale wciąż cieszę się nadzieją, że ludzi dobrej woli jest wystarczająco wielu.

Na czym polega specyfika pracy w radiu internetowym? Czy ono jest jakoś inne od tradycyjnego?

Dla prowadzącego moim zdaniem nie ma żadnej różnicy. Technicy mieliby na ten temat inną opinię. W tych pierwszych dniach, kiedy zainteresowanie słuchaczy przerosło wszystkie oczekiwania i chwiały się nasze serwery – to było nowe doświadczenie.

Wyznał pan kiedyś: wstyd się przyznać, nie słuchałem audycji taty. A synowie pana w radiu słuchali? Jak to się stało, że są fanami metalu? Próbował pan zarazić ich swoimi fascynacjami?

Uściślę: praktykującym entuzjastą metalu jest tylko jeden z nich. Synowie słuchali mnie raczej przypadkowo, sporadycznie, ale wiedzą, czym się zajmuję. Wielkodusznie mają dla mych działań pewną życzliwość, za co jestem im wdzięczny. Fascynacji czy to muzycznych, literackich, czy podróżniczych nie podziela żaden z nich, w żadnej dziedzinie. Zdarza się wszelako, że lubimy te same filmy. Jest wtedy o czym porozmawiać chwilę.

W swojej samotni nad Liwcem czuje się pan teraz najszczęśliwszy? Na czym polegają uroki życia eremity?

Lubię przywoływać dwunastowieczny wiersz japońskiego mnicha Saigyo: „Nie mam nadziei, / że ktoś mnie tu odwiedzi / w tej chatce w górach. / Gdyby nie samotność / byłoby ciężko mi żyć.” Jako jedynak z luksusem własnego pokoju wychowałem się w samotności. W kulcie ciszy, wśród książek. Mój dom rodzinny stał też właściwie w parku, blisko Trójki, nawiasem mówiąc. Stąd też szczególna czułość dla przyrody. Na farmie odnajduję to wszystko w stukrotnym zwielokrotnieniu. Pamiętam, tata lubił cytować takie zdanie: „Nie jest samotnym, któremu szlachetne towarzyszą myśli…”. Cóż, dobrze mi z moimi myślami, jakkolwiek nie zawsze bywają szlachetne, mówiąc eufemistycznie.

Jak tam wygląda pana codzienność? Mówi pan, że jest chłopakiem ze wsi, choć urodzonym w Warszawie. Jakie wiejskie czynności pan polubił?

Jestem niedościgłym wirtuozem leżenia z książką na sofie. W takie dni jak dzisiejszy podnoszę nieco poprzeczkę i smażę się z lekturą na materacu w środku łąki z widokiem na mazowiecki bezkres. Właśnie pod wpływem upału rozpadł mi się wczoraj w rękach Krzysztof Varga. Niewykluczone jednak, że jego „Setka” po prostu, wbrew sugestii zawartej w tytule, nie lubi być czytana sto razy i w ten sposób wyraziła swój sprzeciw. Na marginesie: książki klejone, nie szyte, są do jednorazowego użytku i też raczej jedynie za kołem polarnym. Z prac wiejskich cenię sobie spacery po rozległych polach o zachodzie słońca.

Fot. Zuza Krajewska

Opowiada pan swój świat na różne sposoby: słowem, fotografią, muzyką. Któryś z nich ma w pana odczuciu przewagę nad innymi?

Dni wyrażania emocji muzyką dobiegły końca. Ledwie ciurkający strumyczek talentu wysechł. Zostaje słowo i fotografia, które to formy wypowiedzi – w moim wypadku obie niedoskonałe – ciekawie się uzupełniają, jak w „Muzyce moich ulic”, w „Bieli” czy w przygotowywanej właśnie „książce etiopskiej” i tworzą, mam nadzieję, nową jakość.

Afryka jaką rolę odgrywa teraz w pana życiu? Czy to się zmieniało, odkąd wyjechał pan tam po raz pierwszy?

Wciąż gna mnie tam ciekawość, tęsknota za odmiennością, wrażliwość na urodę jej ziemi i ludzi, wreszcie potrzeba obcowania ze słońcem. Jest też fascynacja historią kontynentu, ale ta, jak w przypadku „Dali”, może być zaspokajana w bibliotekach i antykwariatach.

Pana najnowsza książka „Dal” jest pod wieloma względami niezwykła. Ilustrację stanowią dawne pocztówki z Afryki. Jak powstała tak przejmująca kolekcja?

Lata szperania po aukcjach i nierozsądnego rozstawania się z gotówką. Zebrałem ponad tysiąc fascynujących i bezcennych w swej pojedynczości okazów. Tłoczyły się, domagały głosu, prosiły o uwagę. Długo nie umiałem znaleźć wystarczająco pojemnej, elastycznej formuły dla tej książki.

Pisze pan: „Ta książka będzie głównie o miłości. Będzie o rozkoszy, odwadze i lęku. Ale i okrucieństwie, bo najbardziej ludzkie”. Okrucieństwa dużo tam widzę, lęku również. Ale miłości trudniej się dopatrzeć na zdjęciach skutego niewolnika czy umierających z głodu. Jak pan tę miłość rozumie?

Ależ miła pani Anno, naprawdę każda fotografia mówi o miłości. Wynika z czułego pragnienia zatrzymania drogiej, ważnej chwili. Z pasji utrwalania tego jedynego na mgnienie kształtu chmur nad głową czy rysów w rozmaity sposób bliskiego nam człowieka. Z pełnego miłości bliźniego współczucia, gdy ten jest dręczony, chory, czy – proszę wybaczyć pewną dosłowność, lecz w „Dali” są i takie przypadki – właśnie ścinają mu głowę. Z miłości do pejzażu rodzinnego kraju czy wreszcie miłości własnej, która każe nam myśleć o fotografii jako notesie naszego spojrzenia, swoistym intymnym dzienniku. Zapisie stanów duszy.

„Chciałbym jedynie, żebyś, Czytelniku, patrzył w oczy kolejnych postaci, wiedząc, że każda z nich jest wyjątkowa, pojedyncza, zaistniała raz tylko”. Co pan w oczach tych ludzi z pocztówek zobaczył? Co oni do pana mówią?

Wszyscy bez wyjątku, mniej lub bardziej świadomie mówią to, co słyszę w nieśmiałym westchnieniu tej oszałamiająco pięknej Somalijki, która nawet na mnie nie patrzy, czy jednej z Trzech Sióstr z Maroka. Mówią: „Spójrz, jestem, mijam, ja właśnie, jedyna od początku aż do końca świata”. Czy to nie wystarczający powód, by pochylić się nad nimi, spróbować dopisać ich historie?

Marcin Kydryński, „Dal”, wyd. Edipresse Książki

Teksty w pana książce to też bardzo ciekawe eseje o fotografii. Jak pan dziś widzi jej rolę, w czasach gdy wszyscy robią zdjęcia, podobno dwa miliardy dziennie?

Rolą fotografii, z konieczności upraszczając, od jej początków było nadawanie znaczenia przedmiotom, ludziom, z rozmaitych powodów niedostrzegalnym dla innych sytuacjom. Tu się chyba niewiele zmieniło, choć można dziś powątpiewać, na ile ważne – i odkrywcze – są portrety jajek na miękko czy co tam innego jadają na śniadanie instagramowi influencerzy. Nasze przegadanie, skłonność do nadmiaru, nieumiarkowanie dotyczy nie tylko fotografii. Mnożymy – mnie dzisiaj nie wyłączając – słowa, dźwięki, obrazy. W takim świecie niezbędne zdają się postacie nawigatorów, przewodników, ba – mędrców, byśmy się nie pogubili i w zatrzęsieniu znaleźli własną drogę. Najchętniej drogę umiaru. Na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć, że publikuję rzadko, staram się nie odzywać niepytany, a i wówczas mam w pamięci słowa z „Mądrości Syracha”: „Bądź skory do słuchania, a odpowiadaj po namyśle. Jeśli znasz się na rzeczy, odpowiedz bliźniemu, a jeśli nie, rękę połóż na ustach!”.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Marek Niedźwiedzki
Darek Kawka

Marek Niedźwiecki: „Pierwsze notowanie Listy zrobiliśmy w kwietniu 1982…”

16 maja 2020 r. Marek Niedźwiecki ogłosił, że odchodzi z Trójki. Za dwa tygodnie, 29 maja 2020 miało odbyć się prowadzone przez niego 2000. notowanie listy. Ostatnie piątkowe głosowanie zostało decyzją zarządu Programu 3. Polskiego Radia unieważnione. W unieważnionym głosowaniu na 1. miejscu ukazała się piosenka Kazika „Twój ból jest lepszy niż mój”.
Magdalena Felis
17.05.2020

Czy jest ktoś, kto nie zna Listy Przebojów Trójki, nawet jeśli się na niej nie wychował? Nadawana w każdy piątek, prowadzona przez Marka Niedźwieckiego już od 38 lat w wielu domach była tradycją. 16 maja 2020 r. Marek Niedźwiecki ogłosił, że odchodzi z Trójki. Za dwa tygodnie, 29 maja 2020 miało odbyć się prowadzone przez niego 2000. notowanie listy. Ostatnie piątkowe głosowanie zostało decyzją zarządu Programu 3. Polskiego Radia unieważnione. W unieważnionym głosowaniu na 1. miejscu ukazała się piosenka Kazika „Twój ból jest lepszy niż mój”.  W aktualnym wydaniu „Urody Życia” twórca i prowadzący LP3 Marek Niedźwiecki opowiadał, jak ukochane piosenki wpływały na jego i nasze życie.  Nigdy pan nie żałował, że nie podjął pracy jako technolog budowlany? Rzeczywiście, taki kierunek skończyłem na Wydziale Budownictwa Politechniki Łódzkiej, ale wybrałem tę uczelnię tylko dlatego, żeby dostać się do Studenckiego Radia Żak. I się dostałem – a stamtąd do łódzkiej rozgłośni Polskiego Radia. Ale gdybym nie trafił do radia, to pracowałbym w bibliotece w Szadku, moim rodzinnym miasteczku. Nic innego mi nie przychodzi do głowy. A to prawda, że rozmowa wstępna na stanowisko prowadzącego Listę Przebojów Trójki trwała niecałą minutę? Mogło to tyle trwać. Pamiętam, że pojechałem do siedziby Polskiego Radia na ulicy Malczewskiego, gdzie miałem spotkać się z Andrzejem Turskim, nowym redaktorem naczelnym Programu III Polskiego Radia. To był 1982 rok.  Wyznaczył mi spotkanie, ale ostatecznie nie miał dla mnie czasu, więc szliśmy tylko korytarzem. Ciągle pamiętam, że był ubrany w kurtkę w kolorze wojskowej zieleni, ale nie wojskową. Biegłem obok niego, kiedy powiedział, że będę prowadził listę przebojów. Zapytałem...

Czytaj dalej
dorociński
Szymon Szcześniak/laf

Marcin Dorociński: „Największym drapieżnikiem na świecie jest człowiek”

Dla Marcina Dorocińskiego pomoc zwierzakom to niemal codzienność. Angażuje się w nią bezinteresownie i z przekonaniem. Wspaniale, że są ludzie, którzy dają taki przykład!
Anna Bimer
21.05.2020

Znanemu aktorowi Marcinowi Dorocińskiemu prawa zwierząt są bliskie od lat. Angażuje się w wiele akcji, m.in. w ubiegłoroczną, głośną sprawę protestu przeciw podwyżce VAT-u na leki weterynaryjne dla zwierząt. Anna Bimer: Zbigniew Boniek napisał w internecie: „Jest Pan wielki. To wielki wyczyn bezinteresownie walczyć o prawa zwierząt”. Wyrasta pan na Owsiaka od braci mniejszych. Marcin Dorociński: Nie, nie. Jurek jest tylko jeden. Nawet nie śmiem się równać, nie spędzam życia w fundacji, pozostaję czynnym aktorem. Ale robię, co mogę. Staram się mieć oczy i uszy otwarte na krzywdę i reagować. Używam swoich mediów społecznościowych do edukacji ludzi w zakresie ochrony przyrody i praw zwierząt. Ale to nie ja wykonuję największą, najbardziej mozolną pracę. Biorą ją na siebie moi idole, czyli wolontariusze w schroniskach. Nie jestem też ani weterynarzem, ani leśniczym czy klimatologiem. Czerpię wiedzę od mądrzejszych ode mnie, od specjalistów. Potem ją tylko przekazuję dalej – czy to na Instagramie, czy na Facebooku – w takiej formie, żeby inni się zreflektowali. Zreflektowało się bardzo wielu, jeśli chodzi o obronę zwierząt. Przykładem był np. wielki społeczny gniew na oprawcę psa Fijo. To przełom, nie wiem tylko, czy dotyczy również mniejszych ośrodków i wsi. Tam też zmienia się grunt, poza tym unikałbym generalizowania. Wszędzie są ludzie i dobrzy, i źli, bez względu na to, skąd pochodzą. Przekonaliśmy się o tym ostatnio, kiedy moja żona zainterweniowała w sprawie miejscowego psa u przyjaciół na wsi, gdzie często bywamy. Pies był uwiązany przy budzie na łańcuchu. Monika podjęła temat spokojnie, bez pretensji i napiętnowania. Padły jedynie rzeczowe argumenty. A kiedy przyjechaliśmy następnym razem, pies już biegał całkiem wolno. Widzę, że coraz częściej gospodarze i właściciele...

Czytaj dalej
Filozofia
Karolina Sikorska

Filozof, Marcin Fabjański: „Technologia nie uratuje nas przed egoizmem i życiową pustką”

Ocalić nas mogą tylko trzy inne rzeczy…
Sylwia Niemczyk
01.07.2019

„Technologia nie uratuje nas przed egoizmem i poczuciem życiowej pustki. Ocalić nas mogą tylko trzy rzeczy: sztuka, literatura i filozofia” – pisze Marcin Fabjański, medytując wśród tłumu turystów w Rzymie. Przeczytaj jego felieton: „Długość życia ludzkiego to punkcik,  istota – płynna, spostrzeganie – niejasne, zespół całego ciała – to zgnilizna, dusza – wir, los – zagadka, sława – rzecz niepewna. Krótko mówiąc, wszystko, co związane z ciałem, to rzeka, co z duszą, to sen i mara. Życie to wojna i przystanek chwilowy w podróży, wspomnieniem pośmiertnym zapomnienie. Cóż więc może posłużyć za ostoję? Tylko jedno: filozofia”. Marek Aureliusz Kiedy patrzę na tłum turystów ze wschodu i zachodu naszej planety idący ulicami Rzymu, widzę rzekę. Na pozór to osobne krople, oddzielone od siebie granicami skóry i ubrania, z  których każda ma imię i  duszę. Ale z góry widać, że są całością. Gdy podejść bliżej, można dostrzec, jak te paciorki, choć osobne, nawleczone są na wspólne nici. Oto wycieczka Chińczyków przebija się przez ruchliwą ulicę przy Piazza Venezia. Stoją niezdecydowani, bo samochody nic nie robią sobie z białych pasów namalowanych na asfalcie. Wreszcie jedna z kobiet rusza biegiem przez przejście. Za nią pozostałe ludzkie paciorki: biegną i piszczą. Inaczej pokonują tę samą przeszkodę Włosi. Są u siebie. Wiedzą, że jakimś cudem, gdy wejdą na pasy, auta zatrzymają się kilkanaście centymetrów przed nimi, choć na razie nic na to nie wskazuje. Ruchem Włochów sterują inne nitki, inne powiązania paciorkowe niż ruchem Chińczyków. Kiedy za myślą Marka Aureliusza pofruniemy wyobraźnią wyżej, nad to wielowarstwowe miasto, wtedy odsłoni się przed nami nowy...

Czytaj dalej
Maciej Stuhr
East News

Maciej Stuhr kończy 45 lat! Czego sobie życzy z okazji urodzin?

„Od czterech miesięcy mieszkamy z rodziną na wsi. Tegoroczne urodziny są inne. Z zupełnie innymi przemyśleniami, w zupełnie innym miejscu w życiu mnie zastały. Powiedziałbym, że w lepszym”, mówi nam Maciej Stuhr.
Anna Zaleska
23.06.2020

Macieja Stuhra można oglądać teraz w świetnym serialu „Szadź” (dostępny na Player) według powieści Igora Brejdyganta. Pierwszy raz w życiu zagrał postać tak mroczną – seryjnego mordercę kobiet. Dla przeciwwagi jego prywatne życie upływa ostatnio w raczej sielankowych, wiejskich klimatach. Anna Zaleska: Mam taką propozycję, żebyśmy z okazji pana urodzin rozmawiali wyłącznie o przyjemnych sprawach. Co pan na to? Maciej Stuhr: Świetny pomysł, ciekawe, czy nam się uda. Świętuje pan 45. urodziny. To liczenie lat powoli staje się coraz bardziej bolesne. Wystarczy dzień i miesiąc, a które to – może lepiej pominąć. W zeszłym roku uczcił pan swoje urodziny jak dwudziestolatek – siedemdziesięciokilometrową wyprawą rowerem do Góry Kalwarii… Tak rzeczywiście było. Może uda mi się to powtórzyć i teraz, chociaż ze względu na burzową pogodę nie jestem pewien. Wczoraj z moimi chłopcami wbrew zdrowemu rozsądkowi wyjechaliśmy rowerami w środek czarnej chmury. Dzielnie przebyliśmy dziesięć kilometrów – w brygadzie początkujących to było wydarzenie – i mama musiała nas ratować, przyjechać samochodem, bo utknęliśmy gdzieś na przystanku, patrząc jak woda nas powoli zalewa. Rzecz jasna miało to swój urok. Generalnie wiejskie życie nam sprzyja, mamy fajne przygody. Opuścił pan miasto i gdzie się pan zaszył? Od czterech miesięcy mieszkamy z rodziną na mazowieckiej wsi. W związku z tym tegoroczne urodziny też są inne. Z zupełnie innymi przemyśleniami, w zupełnie innym miejscu w życiu mnie zastały. Powiedziałbym, że w lepszym. To czas wyciszenia? Łapania równowagi? Tak. I odnalezienia w życiu tych rzeczy, o których się często myślało, dużo się mówiło, marzyło się o nich, a teraz siłą rzeczy są nam dane. Odkrywa pan uroki...

Czytaj dalej