„Guz został wycięty i zaczęłam na nowo. Karmiłam Anię i trenowałam”
Maciej Zienkiewicz
Przełamując fale

„Guz został wycięty i zaczęłam na nowo. Karmiłam Anię i trenowałam”

Triathlonistka, Natalia Wodyńska-Stosik o powrocie do życia.
Anna Maruszeczko, red. naczelna miesięcznika „Uroda Życia”
04.12.2018
Emocje we mnie buzowały, hormony szalały – z jednej strony radość z macierzyństwa, z drugiej – lęk. Ale nie mogłam pozwolić, żeby mnie sparaliżowało, zatrzymało. Szkoda czasu. Szkoda życia – to moja mantra. Tak samo jest w sporcie. Kiedyś bałam się zanurzyć w wodzie, a po pół roku przygotowań przepłynęłam kraulem prawie kilometr w morzu” - opowiada Annie Maruszeczko Natalia Wodyńska-Stosik, zapalona triathlonistka. Cztery lata temu przemogła strach i ból związane z guzem mózgu. Straciła węch, ale nie straciła woli walki. Urodziła córeczkę, wróciła do sportu. Jak to zrobiła?

Natalia Wodyńska-Stosik (35) – mama dwóch córek: Marysi (4,5) i Ani (2,5), prawniczka, triathlonistka. Znana jako TriMama, autorka bloga www.trimama.pl.

 
Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Takie pytanie na rozbieg – czym się pani kieruje w życiu?

Sercem przede wszystkim. Ufam ludziom. Chciałabym, żeby świat był dobry, kolorowy, żeby wszyscy byli zdrowi. (śmiech) I głową, ważne jest nastawienie. Czasami mówię sobie: „Nie wystartuję w tych zawodach. Nie jestem przygotowana, za mało trenowałam”, ale potem, gdy już dobiegam do mety i rozpiera mnie szczęście, dochodzę do wniosku, że udało się, bo ja naprawdę chciałam, czułam, że mogę. I to właśnie za sprawą mojego serca i głowy, one mnie niosły.
 

Wyczytałam u pani na blogu, że zaczynając przygotowania do triathlonu, pływała pani „niedzielną żabką”. (śmiech)

Moja historia dowodzi, że naprawdę można zacząć od zera. Ja specjalnie nie mam na to czasu, bo przede wszystkim jestem matką. Nigdy nie poświęcę domu, rodziny. Bywa, że już wychodzę pobiegać, a Marysia mówi: „Mamo, zostań” i zostaję. Doba jest dla mnie za krótka, ale startuję, bo lubię, bo to sprawia mi przyjemność. Naprawdę bałam się zanurzyć głowę w wodzie, a po pół roku przygotowań przepłynęłam kraulem prawie kilometr w morzu.
 

W morzu?! W zimnym Bałtyku? To nie to samo, co równa tafla wody w basenie.

Mimo że to taka wielka przestrzeń, po horyzont, czułam, że to moje morze. W końcu jestem dziewczyną z Gdańska. Nauczyłam się, że ono wymaga szacunku i pokory. Na starcie czułam spokój, wiedziałam, że to jest wyzwanie, na które czekałam. Z roweru można zsiąść, z trasy biegowej można zejść, ale z wody trzeba najpierw wypłynąć. Mieliśmy parę treningów open water, więc jak już byłam na starcie i stałam na plaży, a obok mnie był mój mąż, wiedziałam, że jakoś to będzie. Zawsze mam tak, że „jakoś to będzie” – jakoś dopłynę, mogę nawet cały dystans zrobić żabką.
 

Mąż na brzegu... czuwa?

On zawsze jest. Czuwa na brzegu, w różnych sytuacjach życiowych mogę na niego liczyć. Poznaliśmy się w gdańskiej Topolówce i od 20 lat jesteśmy razem. To on zaraził mnie triathlonem i zainspirował TriMamę (T jak treningi, R jak rodzina, I jak inspiracje), pod koniec mojej drugiej ciąży, niespełna półtora roku po operacji! Pamiętam, jak w Nowy Rok powiedział: „To będzie twój rok”. I miał rację. Wszystkie nasze wspólne lata były super, nawet ten rok 2012. Oprócz bólu i strachu wydarzyło się też dużo dobrego. Na onkologii poznałam wartościowych, pozytywnych ludzi. Teraz kiedy mówię albo słyszę: „Życzę zdrowia”, to jest to naprawdę wypełnione treścią.
 

Co się wydarzyło w 2012 roku?

Byłam w ciąży. Po bardzo aktywnym zawodowo okresie w Warszawie postanowiłam wrócić do Gdańska. Chciałam, żeby Marysia była gdańszczanką. Pamiętam, że wzięłam ze sobą mnóstwo gazet. \"Będę czytać\" – taki miałam plan na finisz. Ale okazało się, że przez ostatni miesiąc nic nie mogłam czytać, wszystko było rozmazane, widziałam jak za mgłą. Miałam okropne bóle głowy. Zdecydowano, że muszę mieć cesarskie cięcie. Nikt nie wiedział, co mi jest. Łudziliśmy się, że to hormony, ciąża... Urodziłam Marysię, wzrok wrócił do normy już następnego dnia, ale bóle głowy nie ustąpiły, były nie do zniesienia. Po trzech tygodniach zrobiłam rezonans. Poszłam z mamą. Po badaniu radiolog zaprosił ją do gabinetu i ona od razu pewnie coś wiedziała, rodzice są lekarzami, ale nie zdradziła się. Następnego dnia miałam przyjść i powtórzyć badanie z kontrastem.
 

Nie ma nic gorszego niż czekanie...

To chyba była najgorsza noc mojego życia. Czułam, że coś jest nie tak, ale nie wiedziałam na ile. Powiedziano mi, że po podaniu kontrastu nie będę mogła karmić przez 48 godzin. Mama zajmowała się Marysią, a ja ściągałam pokarm i płakałam. Łzy mieszały się z mlekiem. Emocje we mnie buzowały, hormony szalały – z jednej strony radość z macierzyństwa, z drugiej – strach.
 

Co się okazało?

Pamiętam opis: „guz 3–3,5 cm, umiejscowiony na podstawie czaszki”... Widziałam zdjęcia – takie dużo jajo gdzieś w mózgu. Prawdopodobnie oponiak, niezłośliwy, ale niestety położony w bardzo złośliwym miejscu, bo przy skrzyżowaniu nerwów wzrokowych, nie wiadomo było, jak do niego dojść.
 

Czekała panią ryzykowna, ale nieodzowna operacja?

Zależało mi na tym, by karmić Marysię, jak najwięcej i jak najdłużej, powiedziano mi, że mogę jeszcze chwilę poczekać. Przeciągnęłam tę chwilę o 10 miesięcy. W listopadzie 2012 roku w Warszawie, w Centrum Onkologii byłam operowana i usunięto guza w całości. I już wiedziałam na pewno, że to oponiak, badania histopatologiczne to potwierdziły. Jeszcze 20 lat temu takie guzy były nieoperowalne. Strach myśleć.
 

A więc wszystko dobrze?! Co to za uczucie?

Czujesz, że teraz możesz wszystko. Mam bliznę na głowie, od ucha do ucha, ale przecież jej nie widać. Koleżanki śmieją się, że lekarze wygładzili mi czoło, naciągając skórę na czaszce. Leżałam w sali pooperacyjnej, nie mogłam się ruszyć, cała w bandażach i drenach, ale mogłam otworzyć oczy! Co za ulga! Miałam tam krem waniliowo-miodowy, wzięłam go, posmarowałam sobie ręce i mówię: „Jezu, ja nie czuję tego zapachu...”. Tak się dowiedziałam, że widzę, ale straciłam węch. I smak. Lekarze mówili że to może wróci, że są szanse, trzeba czekać do pół roku po operacji. Ale do tej pory nic.
 

W życiu bym nie powiedziała! Pani wydaje się taka sensualna.

To tak chyba jest, że jak się coś traci, to inne zmysły się wyostrzają. Na szczęście noszę w pamięci mnóstwo zapachów. W szpitalu, po operacji, marzyłam, żeby w końcu zjeść mozzarellę z pomidorem i bazylią. Wróciłam do domu i mama codziennie przygotowywała mi to na kolację. Gdy widzę jakieś perfumy, których kiedyś używałam, jestem w stanie przywołać w pamięci ten zapach. Radzę sobie z tym naprawdę dobrze, jednak chciałabym czasami poczuć wiosnę, pranie rozwieszone na wietrze, baby powder... Ja nawet kupuję świeczki zapachowe. Świeże kwiaty w wazonie latem muszą być! Podziwiam je i słyszę: „Pani powącha”. Kupuję i cieszę się tym.
 

Ale zaczęło się od problemu ze wzrokiem. Przecież mogła pani stracić wzrok.

Dlatego teraz myślę, że zapłaciłam najmniejszą cenę.
 

Jak pani przeżyła te 10 miesięcy do operacji?

Ta noc po rezonansie była najgorsza, a potem jakoś to szło. Mieliśmy jeszcze superwakacje, pojechaliśmy do Chorwacji całą rodziną. Cieszyłam się życiem, każdą chwilą. Nie opuszczała mnie nadzieja. Chciałam się nachapać na zapas, na wszelki wypadek.
 

A ból głowy?

Ból głowy był nie do zniesienia. Właściwie nie ustawał. Balsamem była mała Marysia i to, że mieszkaliśmy u rodziców, gdzie czułam się bezpiecznie. Oczywiście były gorsze chwile, nie mogłam znieść świadomości, że nagle ktoś otworzy mi głowę i będzie majstrował w moim mózgu... Bałam się, że stracę wzrok albo że zrobią ze mną coś takiego, po czym nie będę już sobą, nie będę potrafiła kochać, będę inną matką. A już tak na sam koniec, parę dni przed pójściem do szpitala, złapałam infekcję. Musiałam czekać jeszcze tydzień, bo nie mogliby mnie znieczulić, tak kaszlałam.
 

Myślała pani o najgorszym?

Pakowałam swoje rzeczy i myślałam, że może powiem, gdzie co położyłam, bo gdybym ja już z tego szpitala... Starałam się nie panikować, ale każdy by się bał w takiej sytuacji.
 

Nawet urodzony optymista. A kiedy było najciężej?

Przed samą operacją, jak już wiedziałam, że to jest nieuchronne, że będzie. I potem kiedy leżałam w szpitalu przez tydzień. Bałam się tego, jak zareaguje Marysia. To była nasza pierwsza rozłąka. Wróciłam do domu cała w bandażach, opuchnięta, wszystkie kolory na twarzy, chustka na głowie... Ale ona się do mnie przytuliła i tylko się na mnie patrzyła, czuła, że mama wróciła. I ja czułam, że ona czuje.
 

Ale chyba zaraz pojawiła się druga ciąża...?

Po operacji musiałam na siebie uważać, przez osiem tygodni nie mogłam podnosić Marysi, ale po trzech miesiącach byliśmy już na nartach, troszeczkę sobie zjeżdżałam. A potem był pierwszy wspólny weekend, pojechaliśmy z Pawłem do Berlina sami, bez Marysi. Wróciliśmy i Ania była już w brzuszku. Urodziła się w 2014, w styczniu. Szybciej, niż planowaliśmy, szybciej, niż lekarze pozwalali. Ale Ania nie chciała czekać. (śmiech).
 

Ekspresowa rekonwalescencja! Mało tego, dwa tygodnie po porodzie poszła pani na trening!

Tak. Poszłam pływać, a po pięciu tygodniach po raz pierwszy poszłam pobiegać. Moje trzy i pół kilometra, pamiętam to dobrze.
 

A ten pierwszy moment, kiedy pojawiła się myśl o tym, żeby wystartować w triathlonie?

Decyzję o udziale w triathlonie podjęłam pod koniec drugiej ciąży, rok po operacji. Na początku nie wiedziałam, czy w ogóle mi się to uda. Czy pozwoli mi na to zdrowie, czy będę umiała zachować równowagę w codziennym życiu. Planowaliśmy sezon startowy, pytałam Pawła o jego kolejny start, a on mówi: „A może teraz ty?”. Podchwyciłam to od razu, bo \"do odważnych świat należy\", tak zawsze powtarzał mi tata. Pomyślałam, że może warto zrobić coś dla siebie, sprawdzić się w czymś. Kiedyś marzyłam o tym, ale wydawało mi się, że to jest gdzieś daleko ode mnie, nieosiągalne.
 

Chciała sobie pani coś udowodnić?

Że jestem silna. To też był taki symboliczny moment odcięcia się od choroby, zamknięcie tamtego rozdziału, odbyła się operacja, guz został wycięty i zaczynam na nowo. W ciąży przytyłam 20 kilogramów. Karmiłam Anię i trenowałam. Ania przybierała na wadze, ja traciłam na wadze. Dla każdej młodej matki takie pół godziny dla siebie to jest po prostu coś fantastycznego. Paweł zawiesił swoje treningi, żeby mnie wesprzeć. Myślę, że z jego strony to było poświęcenie, bo triathlon to jego pasja, on to uwielbia, ale powiedział, że teraz moja kolej. Bywało tak, że przerywałam trening rowerowy, on przychodził z płaczącą Anią, ja karmiłam i jechałam dalej. Tak rozumiem partnerstwo.
 

Niektórzy ludzie mówią, że wcale nie chcą wymazywać dramatycznych wydarzeń z pamięci.

Ja też nie, bo to jest lekcja życia. Tu chodziło raczej o to, by sobie udowodnić, że naprawdę wyzdrowiałam.
 

Mąż musiał widzieć, wiedzieć, że pani tego chce. Pozazdrościć takiego męża obserwatora.

We mnie drzemało to marzenie. Pamiętam, jak kibicowałam Pawłowi podczas każdych zawodów i jak on wchodził do tak zwanej strefy zmian, gdzie dostawał swój rower. Zawsze stałam gdzieś obok, kibicowałam mu na trasie i marzyło mi się, by samej być w tej strefie zmian. Emocje, które towarzyszyły startom, strzał z armaty, gdy uczestnicy wbiegają do wody jak ptaki... To jest po prostu piękne. Chciałam to przeżyć.
 

Podeszła pani do tego zgodnie z duchem czasu. Na Facebooku szybko powstał profil TriMama. To był strzał w dziesiątkę.

Fanpage w szybkim tempie zdobył 20 tysięcy zwolenników. Myślę, że ludzie doceniają to, gdy próbujesz z czymś walczyć, czemuś się przeciwstawić, coś osiągnąć. Po prostu chcą wyrazić swoje poparcie dla tego, co robisz.
 

A pani płynęła na fali: „Zdaję sobie sprawę, że będzie ciężko, będą pot, krew i łzy, ale ja się nie poddam! Bo ja się nie poddaję. Wygrałam już tę najważniejszą walkę.w życiu i coś mi mówi, że znowu dam radę!”, mówiła pani na łamach Akademii Triathlonu. Wcześniej pani biegała?

Troszkę. Jeszcze przed dziećmi czasem jakąś „dyszkę” przebiegłam rekreacyjnie. Potem chciałam biegać z Marysią, żeby wrócić do formy po porodzie. Guz mi to uniemożliwiał, bolała mnie głowa. Próbowałam, ale od razu wracałam. Ciągnęło mnie, sport zawsze był obecny w moim życiu, biegałam na sześćdziesiątkę w podstawówce, grałam w kosza, w tenisa.
 

Wyczynowo?

Nie, w życiu!
 

Bo triathlon, kiedyś trójbój, jawi mi się jako szczególnie trudna dyscyplina sportowa, wymagająca ogromnej wytrzymałości i siły.

Ale ja jestem przykładem, że nie! Naprawdę, pani też mogłaby wystartować. Jest wiele dystansów, krótszych, dłuższych, można do siebie dopasować. Ja to traktuję jako przygodę. Z pływaniem, rowerem i bieganiem. Nie będzie przegranych. Gwarantuję.
 

Ale że pani po takiej chorobie, po tych dziesięciu miesiącach wyczerpującego bólu, czekania na operację, miała siłę, żeby rzucić się na taką dyscyplinę sportu! Zastanawiam się, co jest tajemnicą sukcesu?

Nasze życie jest wariackie, nie udałoby się tego spiąć, gdyby nie nasze rodziny. Moi rodzice, Pawła rodzice, oni są na miejscu, pomagają przy dziewczynkach. Tajemnica tkwi w tym, że to się lubi. Każde z nas chce mieć trochę swojej przestrzeni, czasu dla siebie. Dlatego ja wstaję o piątej rano na basen. Paweł idzie biegać o północy.
 

Wygląda na to, że pani rodzina to są ludzie, którzy wierzą w sport.

O tak! Moi bracia biegają, jeden z nich to triathlonista. Mama też ciągle młoda duchem, obieżyświat. Paweł jest multidyscyplinarny. Na jedną z pierwszych randek zabrał mnie na łyżwy. I nasze dziewczynki rosną z okularkami do pływania na nosie. Już wiedzą, co to jest bidon, wiedzą, że mama idzie na trening. Marysia zjeżdża na nartach, mały basen przepłynie kraulem... Ania ostatnio na swoim biegowym rowerze przejechała cztery kilometry...
 

Co takiego jest w tym sporcie, że panią tak ciągnie? Chodzi o endorfiny? (śmiech)

Czasami się nie chce, ale wiem, że jak włożę te buty i wyjdę trochę pobiegać, to od razu będzie inaczej. Zacisnę zęby i pójdę na basen o świcie, bo później mam ogromną satysfakcję, czuję, jak mi rosną płetwy! Czuję moc.
 

Kim są triathloniści? Co to za ludzie?

Stereotyp to mężczyzna przechodzący kryzys wieku średniego. Na zawodach spotykamy 17-latków, na których start zgodę musieli wyrazić rodzice, ale i 65-latków. Motywacje są bardzo różne. Dla jednych to poszukiwanie adrenaliny, walka z samym sobą lub ściganie się z kolegą. Są też tacy, którzy chcą się pokazać, bo triathlon jest „cool”. I chyba w tym tkwi sukces, wszyscy jesteśmy inni i dlatego można powiedzieć, że tworzymy triathlonową społeczność. Na zawodach witasz się z wszystkimi, czy to debiutant, czy mistrz Polski. Atmosfera jest niesamowita. Poznaliśmy wspaniałych ludzi, z którymi trzymamy się już nie tylko na zawodach. A każde „Dawaj, TriMama!” powoduje szybsze bicie serca i nogi same niosą. Marzy mi się start z córkami... Może za 15 lat? Na moją pięćdziesiątkę.
 

Ludzie teraz czasem nie potrafią się zatrzymać, sport wypełnia całe ich życie, zachowują się jak narkomani. Czy u pani nie ma symptomów szaleństwa? (śmiech)

Nigdy się w tym nie zatraciłam. Widać to po moich wynikach. (śmiech) Ale wiem, jak sport może zawładnąć życiem. Sami mieliśmy dosyć ciężki sportowo zeszły rok. Paweł przygotowywał się do startu w pełnym dystansie Ironmana (3,8 kilometra pływanie, 108 kilometrów na rowerze i na koniec maraton). Zrobił sobie taki prezent na 34. urodziny. Wiedziałam, że to jest dla niego najważniejszy start życia. Było ciężko, bo czasami to już były dwa treningi dziennie, ale udało się zachować równowagę, bo na przykład jak miał w niedzielę trzy godziny treningu na rowerze, to wstawał bardzo wcześnie, żeby wrócić o dziesiątej, gdy w domu życie rodzinne dopiero się zaczynało. Musimy tak manewrować, żeby rodzina nie ucierpiała.
 

Macie tę hierarchię wartości ustawioną jednakowo?

Gdyby to się miało odbywać kosztem rodziny, to ja bym się wycofała. Paweł też. To ma być fun, zabawa.
 

Pani rekord?

To nie jakieś superrekordy, ale dla mnie każdy start to moje zwycięstwo. Dystans 1: 950 metrów w wodzie, 45 kilometrów na rowerze i 10 kilometrów biegu. Zrobiłam to w trzy godziny i 17 minut. Dwa lata temu. Przygotowywałam się pół roku. Po miesiącu zrobiłam kolejny triathlon w Gdyni, tylko krótszy dystans. To był duży zastrzyk energii, przełamałam kolejną barierę, pokonałam jakąś swoją słabość. Zobaczyłam, że jednak ten trud, to poranne wstawanie na basen zaowocowało. Wielka satysfakcja. Nawet małymi kroczkami można dojść do celu. Czasami nie wypełniałam tego planu treningowego, ale mówiłam sobie: „Zrobię to głową i sercem, bo to jest fajne”.
 

Głowa już w ogóle nie boli?

Czasami, jak każdego. I czasami taki ból głowy powoduje lekkie spięcie. Czasami niestety ten typ guza może dać wznowę. Często po wielu latach. Dlatego powinnam robić kontrolny rezonans raz do roku. Ale żyję bez tamtego przedoperacyjnego bólu głowy i to jest po prostu super.
 

Jak to wszystko zależy od nastawienia, bo przecież można zobaczyć tylko to czarne.

Niektórzy potrafią na czarnym niebie dostrzec początek świtu, a niektórzy będą całe życie tkwić w czarnej dziurze. Jak mi ogolili głowę do zabiegu, to niektórzy patrzyli na mnie ze współczuciem, ale Paweł powiedział, że wyglądałam jak Demi Moore w jakimś filmie. I to się liczyło.
 

Ja bym powiedziała: Kim Basigner. (śmiech)

Miałam siedzieć i płakać w poduszkę?! To nie w moim stylu. Doceniam to, co mam. Staram się czerpać z życia pełnymi garściami. Tyle wokół nas tych chorób, nieszczęścia, niesprawiedliwości. Trzeba docenić to, co się ma. Angażuję się też w różne akcje charytatywne. Ostatnio zbierałam pieniądze na chorą 11-letnią Alę. W sierpniu dowiedziała się, że ma guza, a w listopadzie jej nie było. Z tym nie mogłam się pogodzić.
 

Co powiedzieli lekarze na pani sportowy plan?

Zdania były podzielone, ale ja oczywiście posłuchałam młodego pana docenta, chyba sportowca: „Ma pani żyć normalnie. Musi pani słuchać swojego ciała”. I ciało mówiło mi, że mogę.
 

I nie czuła pani, że po prostu ryzykuje?

Nie, w życiu! Ja nie jestem ryzykantką. Nie wtedy, gdy mam dzieci. Nic za wszelką cenę. Potrafię odpuścić.
 

Mąż się wycofał, żeby pani mogła się rozwinąć i przygotować, a na starcie okazało się, że jest, że wystartujecie razem.

To było niesamowite! Oczywiście on płynął swoje, ja płynęłam swoje, bo w wodzie każdy jest sam. Ale to, że płynie gdzieś za mną, a raczej przede mną, dodawało mi otuchy. Ostatnio w lutym byliśmy w Weronie na Półmaratonie Romea i Julii. Paweł wcześniej był służbowo w Australii, więc z tej Australii przyleciał do Werony, a ja z Gdańska. Nie dość, że sami, bez dzieci, krótki weekend i ta Werona... Więc sport może też być romantyczny. Biegliśmy sobie cały czas razem i razem wbiegliśmy na metę.
 

A ta energia, którą pani emanuje, idzie z pani czy jest generowana przez wasz związek?

Mam w sobie dużo energii, wiem to. Wstaję rano i zawsze myślę, że jest dobrze. Dla mnie szklanka jest zawsze do połowy pełna. Nawet gdy miałam gorsze momenty, starałam się znaleźć w tym coś pozytywnego, myślałam: „Może tak miało być”. Ale jestem też zasilana przez rodzinę, rodzina jest dla mnie opoką. Moi rodzice, moi młodsi bracia, ich rodziny... mamy bardzo bliskie relacje. Z mamą to kilkanaście razy dziennie jestem na telefonie. Jeździmy nawet razem na wakacje. Taka włoska rodzina. Ja zawsze pamiętam, że oni są, oni zawsze wiedzą, że ja jestem. Od początku też pokazuję swoim córkom, że mieć siostrę to jest bardzo ważne.
 

Żeby dostać, trzeba dać – w tej kolejności?

Jakoś tak to działa. Bycie szczęśliwym samemu ze sobą, tak jak ja jestem, staram się być, procentuje i pewnie owocuje choćby tym, że w rodzinie jest taka harmonia. Ja lubię dawać. Czasami wyczuwam w otoczeniu coś negatywnego, ale odcinam się od tego. To nie dla mnie. Mnie to blokuje. Zbyt dużo energii potrzebuję na co dzień, żeby ją marnować.
 
Rozmowa z Natalią Wodyńską-Stosik ukazała się w „Urodzie Życia” 8/2016
 
 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG