Audrey Hepburn i Mel Ferrer: wielka miłość, wielki dramat
Audrey Hepburn i Mel Ferrer trzy miesiące po ślubie / East News

Audrey Hepburn i Mel Ferrer: wielka miłość, wielki dramat

Był pierwszą miłością jej życia. Dla związku z 12 lat starszym żonatym aktorem zaryzykowała karierę. Czuła się bezpiecznie u boku tego potężnego władczego mężczyzny. Do czasu.
Anna Zaleska
03.06.2020

Gdy 25 września 1954 roku w miejscowości Bürgenstock, położonej malowniczo w górach Szwajcarii, zabiły weselne dzwony, niewielu ludzi wiedziało, że to Audrey Hepburn – młodziutka gwiazda „Rzymskich wakacji”, nagrodzona już w wieku 24 lat Oscarem – wychodzi za mąż. Jej wybrankiem był aktor Mel Ferrer.

W XIII-wiecznej kapliczce zebrała się ledwie garstka najbliższych przyjaciół i rodzina. Audrey ubrana była w prostą sukienkę projektu Pierre'a Balmain – z białej organdyny, podkreślającą jej niewiarygodnie wąską talię, z kołnierzykiem i bufiastymi rękawami. Na króciutko obciętych włosach miała prosty wianek z białych kwiatków.

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

„Rzymskie wakacje” i zerwane zaręczyny

Gdy wiadomość o ceremonii dotarła w końcu do mediów, zawrzało. Jeszcze niedawno Audrey była zaręczona z biznesmenem Jamesem Hansonem. W czasie gdy pracowała na planie „Rzymskich wakacji” (1953), w wolnych chwilach z dużym zaangażowaniem planowała wesele, z prób biegła na przymiarki sukni. Ale tuż przed ceremonią zerwała zaręczyny. W jednym z listów do przyjaciela, sir Felixa Aylmera, pisała: „Wiem, że mężczyźnie wykonującemu taki zawód jak ty nie muszę wiele wyjaśniać. Przez rok myślałam, że możliwe będzie połączenie naszego życia i kariery zawodowej… To wszystko sprawia, że czujemy się (z Jamesem Hansonem, przyp. red.) nieszczęśliwi, ale to jedyna słuszna decyzja”.

Rzeczywiście po „Rzymskich wakacjach” kariera Audrey nabrała zawrotnego tempa. Aktorka pracowała a to we Francji, a to w Hollywood, a to na Broadwayu. James Hanson musiał spędzać większość czasu w Kanadzie i Wielkiej Brytanii, doglądając tam interesów. „Trudno byłoby nam prowadzić normalne małżeńskie życie”, tłumaczyła tę decyzję Audrey. Ale czy to był jedyny powód?

Aktora Mela Ferrera poznała niedługo potem, na bankiecie w Londynie zorganizowanym na jej cześć z okazji Oscara za rolę w „Rzymskich wakacjach”. Parę przedstawił sobie Gregory Peck. Audrey była zauroczona. Aktor spodobał jej się już w filmie „Lili”, gdzie zagrał czarującego lalkarza, ale na żywo był nawet bardziej ujmujący. Ferrer zaś po tym pierwszym spotkaniu już jej nie odstępował na krok. Próbowała bronić się przed tym uczuciem – był o 12 lat starszy, miał żonę (już drugą, z którą rozwiódł się dla innej kobiety, a po pięciu latach znów poślubił) i czworo dzieci. Rozsądek nie miał tu jednak dużo do powiedzenia.

Audrey Hepburn jako Sabrina, rok 1955 / East News
Audrey przyznała potem, że była zaskoczona widząc, jak wiele mają wspólnego, jak dobrze im się rozmawia, jak w mig się rozumieją. Nie chcieli się już rozstawać. Wprawdzie Ferrer musiał opuścić Londyn, zaczynał bowiem zdjęcia do nowego filmu, ale umówili się, że we dwoje zagrają w sztuce „Ondyna” w Nowym Jorku, byle tylko być razem. W styczniu 1954 roku spektakl miał premierę na Broadwayu. „Panna Hepburn ma dar, który sprawia, że wszystko, co powie lub zrobi, ma nieodparty wdzięk”, zachwycał się recenzent „The New Yorkera”. Występ Ferrera został bardzo źle oceniony. Ale wtedy jeszcze nie stanęło to na przeszkodzie ich miłości.

Audrey miała sławę i Oscara, ale marzyła o rodzinie

Romans z żonatym mężczyzną nawet w dzisiejszych czasach jest w Hollywood starannie ukrywany, w latach pięćdziesiątych mógł położyć kres karierze. Para wynajęła więc dom w Szwajcarii, by tam chować się przed światem. Po nakręceniu „Sabriny” Audrey (po raz drugi nominowana do Oscara) mogła sobie pozwolić na krótką przerwę w pracy i odpoczynek. Ferrer był na planie w Rzymie i stamtąd przyjeżdżał do już wtedy narzeczonej, finalizując jednocześnie rozwód. Chodzili na wycieczki w góry, dużo rozmawiali, marząc o tym, jak wspaniałą rodzinę razem stworzą. Wieczory spędzali czytając przy kominku. Rano jedli śniadania w ogrodzie.

Audrey, która mieszkając jako dziecko w Holandii doświadczyła koszmaru wojny – straciła dom, w wieku sześciu lat po raz ostatni widziała ojca, a jej krewni zostali rozstrzelani lub deportowani – ponad wszystko marzyła o stworzeniu rodziny. Kiedyś powiedziała, że lubi grać, ale niczego tak nie pragnie, jak zostać żoną i matką. Mając w pamięci wojenną traumę, życie traktowała jako dar, którego nie wolno zmarnować.

Podczas ceremonii ślubnej z Melem Ferrerem aktorka promieniała. Czuła się bezpiecznie u boku tego potężnego (ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu), dużo starszego, władczego mężczyzny. Jej zawsze brakowało pewności siebie. Wątpiła nawet w swój talent. Nagrodzona Oscarem, wychwalana przez krytyków, wciąż myślała będąc na planie, że wcześniej czy później „zauważą swój błąd” i odeślą ją do domu. Wstawała więc przed wszystkimi, o czwartej lub piątej, by zebrać siły, pozytywnie się nastroić i tak przygotować, by przed kamerą wyglądać promiennie i świeżo.

Ślub Audrey Hepburn i Mel Ferrer, 24 września 1954 roku / East News

Nie uważała się za piękność. Nie lubiła swoich uszu (bo duże), zębów (bo krzywe) i nosa (bo jakiś nie taki). Dla Mela chciała być idealna. Jak wiele kobiet w tamtych czasach, wstawała przed mężem, by zobaczył ją już uczesaną i umalowaną, a zasypiała dużo po nim, by dopiero wtedy wymknąć się do łazienki i zmyć makijaż. W pierwszych latach małżeństwa byli bardzo szczęśliwi. Wpatrzeni w siebie, przytuleni, zakochani.

Sukces w kinie, depresja w życiu

Na zdjęciach z tamtych lat widać dwoje roześmianych ludzi, ale los nie skąpił Audrey Hepburn dramatycznych doświadczeń. Niedługo po ślubie po raz pierwszy poroniła. Wpadła w rozpacz. By ją wydobyć z tego stanu, mąż przekonał ją do powrotu na plan filmowy. Zagrali razem w nakręconej z rozmachem ekranizacji „Wojny i pokoju”, a choć film zebrał słabe recenzje, sama Audrey była nominowana do BAFTA i do Złotego Globu, a za rolę dostała rekordową na owe czasy gażę 350 tysięcy dolarów. O rok późniejszy musical „Zabawna buzia” – wystąpiła u boku Freda Astaire'a – okazał się za to wielkim sukcesem. Potem był dramat „Historia zakonnicy”, po którym pisano, że to jej najambitniejsza, najbardziej wymagająca rola, w której pokazała, że jest prawdziwie wielką aktorką.

Radość z tych sukcesów przysłaniał jednak prywatny dramat – wciąż rozpaczliwie czekała na narodziny dziecka. Tymczasem po raz drugi poroniła. Na planie westernu „Nie do przebaczenia”, który kręcony był na meksykańskiej pustyni, spadła z konia, uszkodziła sobie kręgosłup, kilka dni później straciła ciążę. Tym razem pogrążyła się w głębokiej depresji, była zdruzgotana. Szczęśliwie los dał jej szansę po raz trzeci – znów spodziewała się dziecka. Nie chciała już podejmować najmniejszego ryzyka. Odrzuciła wszystkie propozycje zawodowe, by kilka miesięcy spędzić w łóżku w domu w Szwajcarii, czekając aż jej marzenie się spełni. I udało się wreszcie:  17 lipca 1960 roku w wieku 30 lat urodziła pierwszego syna Seana.

Audrey Hepburn i Mel Ferrer witają na świecie synka Seana / East News

Małżeński kryzys 

Nigdy nie czuła się tak szczęśliwa i spełniona. W październiku, w doskonałej formie fizycznej i psychicznej, wróciła do pracy, by nakręcić – jak się okazało – najważniejszy film w swojej karierze: „Śniadanie u Tiffany'ego” (1961). Potem była „Szarada” (1963),  rok później komedia romantyczna „Kiedy Paryż wrze” (1964). Niestety w jej małżeństwie z roku na rok działo się coraz gorzej. Dziecko sprawiło, że Ferrer czuł się odsunięty na drugi plan. W dodatku jego gwiazda jako aktora mocno przygasła. Próbował stanąć za kamerą. By wspomóc podupadającą karierę męża, Audrey zagrała w reżyserowanej przez niego komedii romantyczno-przygodowej „Zielone domostwo”. Niestety, wśród jej znakomitych ról ta okazała się porażką, a film był fiaskiem i artystycznym, i komercyjnym.

Ferrer zajął się więc zarządzaniem karierą żony. Omawiał z nią kontrakty, prowadził negocjacje z producentami, czytał scenariusze, czasem namawiał do ról, na które nie miała ochoty, on jednak przekonywał, że potrzebują pieniędzy. Konflikty między nimi stawały się coraz częste, bardziej przypominali dwoje współpracowników niż parę kochających się ludzi. Oboje miewali też romanse.

Audrey czuła się coraz bardziej zmęczona. Po filmie „Kiedy Paryż wrze” zapragnęła więcej czasu spędzać w Szwajcarii, oddać się obowiązkom, które tak bardzo lubiła. Zabawy z dzieckiem, gotowanie, pieczenie, ogród. W 1965 roku kupiła dom swoich marzeń pod Tolochenaz niedaleko Lozanny. Budynek La Paisible, zanim stał się domem mieszkalnym, służył prawdopodobnie jako dom opieki, a wcześniej był szopą na siano. „Mama stworzyła tam coś w rodzaju niezależnego księstwa, które zapewniało jej niemal samowystarczalność. Posunęła się nawet do tego, że planowała hodować króliki i kury, lecz powstrzymała ją niemożliwa do zaakceptowania wizja zarzynania tych stworzeń”, opowiadał po latach jej drugi syn Lucca Dotti w pięknej książce wspomnieniowej o matce „Audrey w domu” (Wydawnictwo Literackie).

Audrey Hepburn i Mel Ferrer, Włochy, rok 1956 / East News

La Paisible stała się jej ostoją. Sean rozpoczął naukę w szkole, a Audrey chciała być jak najwięcej blisko niego. „Ona najbardziej lubiła być w domu z rodziną”, opowiadała przyjaciółka aktorki, Connie Wald. „Pamiętam, jak jadałyśmy obiady w kuchni, na deser jej ukochane kwaśne jabłka. Oczywiście doceniała i kochała swoją karierę, ale rodzinę naprawdę stawiała na pierwszym miejscu.” Trzeba było takiej propozycji jak „My Fair Lady”, by wróciła na plan.

Romans i rozwód

Dla dobra małżeństwa, zagrała też w thrillerze „Doczekać zmroku” (1967), którego Mel Ferrer był producentem. Atmosfera na planie była jednak napięta. I choć film okazał się sukcesem, przynosząc Audrey piątą nominację do Oscara, małżeństwu to nie pomogło. W dodatku w tym samym roku na planie komediodramatu „Dwoje na drodze” Hepburn miała romans z Albertem Finneyem. W późniejszych latach aktor przyznał, że jego związek z Hepburn był jednym z najintymniejszych, jakie kiedykolwiek zdarzyły się w jego życiu. Donald Spoto, autor biografii aktorki „Oczarowanie” (Wydawnictwo Dolnośląskie) twierdzi, że romans się skończył, gdy Ferrer zagroził żonie, że wniesie o rozwód i oskarży ją o zdradę, co oznaczałoby czasową separację z synem.

W 1967 roku zdecydowała się porzucić aktorstwo. Dziennikarzom mówiła: „Niektórzy myślą, że to było wielkim poświęceniem, ale tak wcale nie jest. Rodzina to coś, czego najbardziej pragnęłam”. A o swoim życiu jako gospodyni domowej: „To przykre, gdy ludzie myślą, że takie życie jest nudne. Przecież rzecz nie w tym, żeby kupić mieszkanie, wyposażyć je i zostawić puste. Chodzi o kwiaty, które wybieramy, muzykę, której słuchamy, i uśmiech, który tam na nas czeka. Chcę, żeby mój dom był radosny, pogodny, żeby był rajem w tym trudnym świecie. Nie chcę, żeby mój mąż i dzieci po przyjściu do domu zastawali w nim przygnębioną kobietę”.

Ale mąż już wkrótce miał przestać w ogóle pojawiać się w domu. W 1968 roku, po czternastu latach małżeństwa, para ogłosiła decyzję o rozwodzie, jako powód podając różnice nie do pogodzenia. Ferrer wspominał: „Była ze mną totalnie szczera. Spojrzała na mnie i powiedziała: przecież ty też wiesz, że nie potrafimy żyć razem”.

Ostatni mężczyźni jej życia

Nie zrezygnowała jednak z marzeń o szczęśliwej rodzinie. Po rozstaniu z Ferrerem w czerwcu 1968 roku wyruszyła w rejs po Grecji. Gdzieś „między Efezem a Atenami” zakochała się w psychiatrze z Rzymu, Andrei Dottim. Znów wszystkich zaskoczyła, kilka miesięcy po rozwodzie ponownie wychodząc za mąż. Rok później na świat przyszedł jej drugi syn, Luca. Małżeństwo trwało trzynaście lat. Dorosły już Lucca Dotti będzie się zastanawiał: „Jakim cudem tych dwoje się zeszło? Co właściwie ich łączyło – tatę z jego romańskim męskim cynizmem i mamę z jej surowym północnym wychowaniem? (...) Dopiero z czasem byłem w stanie zrozumieć, jak bardzo się kochali”. Liczne zdrady Dottiego stały się jednak przyczyną rozwodu. Ale nie tylko. „Podejrzewam, że powodem ich rozstania była między innymi różnica wieku – nie to, że mama była za stara, ale raczej to, że mój ojciec był za młody, wciąż niedojrzały”, pisze Dotti.

Pod koniec życia Audrey Hepburn przyznała, że najszczęśliwszym czasem był dla niej ostatni związek – z holenderskim aktorem Robertem Woldersem, którego poznała w 1982 roku. Leczyła rany po rozwodzie, on cierpiał po śmierci żony. Początkowa przyjaźń przerodziła się w miłość. „Wielu ludzi uważało nas za aspołecznych, a my po prostu lubiliśmy być tylko we dwoje. Dni w domu upływały nam bardzo, bardzo spokojnie. Popołudniami chodziliśmy z psami na spacery między winnicami albo pływaliśmy w jeziorze, jeśli pogoda na to pozwalała. Wieczorem zapraszaliśmy najbliższych przyjaciół. To były największe przyjemności”.

Porzuciwszy aktorstwo, spełniała się jako ambasadorka dobrej woli z ramienia UNICEF-u, jeżdżąc na misję do państw dotkniętych wojnami i głodem. U boku trzeciego męża, otoczona przez bliskich, Audrey wreszcie znalazła to, czego tak pragnęła przez całe życie: szczęśliwą rodzinę. Niestety, nie było jej dane, by długo się tym cieszyć. W 1992 roku u aktorki zdiagnozowano nowotwór. Rok później, tuż po Bożym Narodzeniu, które spędziła z najbliższymi w La Paisible, Audrey Hepburn odeszła na zawsze.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Adam Pawlikowski i Teresa Tuszyńska
Adam Pawlikowski i Teresa Tuszyńska. Fot. Archiwum Filmu/Forum, Roman Sumik/Archiwum Filmu/Forum

Adam Pawlikowski i Teresa Tuszyńska: Książę i Tetetka, czyli najsmutniejsza historia miłosna PRL-u

Oboje w latach 50. szturmem zdobyli kino. Ona alkoholiczka, on cyklofrenik. Ta miłość musiała się bardzo źle skończyć.
Magdalena Żakowska
03.12.2020

„Pojawiła się w moim życiu niczym płonący meteor” – pisał o niej reżyser Kazimierz Kutz i to jest bardzo dobre porównanie, bo Teresa Tuszyńska była płonącym meteorem. Urodziła się na początku wojny, a po powstaniu warszawskim wraz z matką i starszym bratem odbyła dramatyczną podróż do Oświęcimia – w ostatniej chwili, tuż przed stacją końcową, udało im się uciec z pociągu. Po wojnie wrócili do dawnego mieszkania na Woli, a po kilku latach odnalazł się także ojciec Teresy Tuszyńskiej, zesłany do obozu pracy w Niemczech. Ojciec wraz z bratem otworzyli zakład masarski i dobrze im szło. Tuszyńska nie potrafiła się tak łatwo odnaleźć w nowej rzeczywistości. Była na tyle trudnym dzieckiem, że rodzice zdecydowali się wysłać ją do szkoły z internatem prowadzonej przez siostry zakonne. Ale one też z nią długo nie wytrzymały i odesłały z powrotem do domu. Już zawsze będzie sprawiała wszystkim trudności. Dziewczyna z ekranu W szkole miała opinię zdolnej, ale krnąbrnej uczennicy. Zresztą, dużo bardziej od nauki interesowała ją moda, muzyka i imprezowanie. Już jako czternastolatka w towarzystwie dużych starszych kolegów chodziła na potańcówki do modnego wśród artystów klubu Stodoła. Bywali tam Roman Polański, Janusz Morgenstern, Krzysztof Komeda, Agnieszka Osiecka, a także fotografowie łowiący dziewczyny na okładki kolorowych magazynów. Tym sposobem wylądowała na okładce „Kobiety i Życia”. A była tak piękna, że raz ją widząc, nie sposób już było o niej zapomnieć.  Kiedy magazyn „Film” ogłosił konkurs „Piękne dziewczyny na ekrany” Teresa Tuszyńska miała 16 lat i właśnie ostatecznie wyrzucono ją ze szkoły. Nie spełniała więc dwóch podstawowych kryteriów konkursu: nie miała ukończonych 17 lat i średniego...

Czytaj dalej
Jane Fonda
Getty Images

Jane Fonda dorastała w toksycznym domu, przebaczyła rodzicom dopiero po latach

Dorastała pozbawiona uczuć. Dopiero pisząc autobiografię, próbowała zrozumieć rodziców. Wybaczyć im. I dzięki temu zbliżyć się do własnych dzieci. „Nigdy nie jest za późno” – mówi Jane Fonda.
Marta Strzelecka
12.06.2020

Jane Fonda, którą znamy – piękna, wysportowana, zdobywająca Oscary gwiazda, dorastała jako pełna kompleksów, samotna dziewczynka. Ojciec, słynny amerykański aktor Henry Fonda zajęty był swoją karierą i romansami. Matka cierpiała na chorobę psychiczną. W mediach życie ich rodziny przedstawiano jako bajkę, w rzeczywistości było od niej bardzo dalekie. Sama aktorka dopiero po latach odkryła, jak bardzo cierpiała jej matka, zrozumiała, co się z nią naprawdę stało. Z ojcem zdążyła się pogodzić przez jego śmiercią. Pisząc autobiografię „My Life So Far” gotowa była nie tylko na rodzinne rozrachunki, ale na czułość i przebaczenie. Dużo też zmieniło się w jej życiu. W ostatnich latach uroczyste kolacje u Jane Fondy wyglądają podobnie. Kilkanaście osób zasiada przy jednym stole: Jane, jej partner, córka, syn, dwoje wnucząt, przyjaciele, krewni. Atmosfera jest luźna, stroje codzienne, nikt nie przejmuje się konwenansami. Po deserze zazwyczaj ktoś przypomina sobie o rodzinnej tradycji – każdy każdemu mówi, jakie wydarzenie w ostatnim czasie było dla niego najważniejsze. „Wiedziałam, co powiem córce, kiedy do mnie podejdzie – Jane wspomina kolację sprzed kilku lat. – Ale ona odezwała się pierwsza: »Ty. Ty byłaś dla mnie najważniejszym wydarzeniem roku«. Mogłabym wtedy umrzeć i byłoby w porządku. Bo to był czas, kiedy w końcu, po 37 latach, udało mi się nawiązać szczerą relację z córką”. Jane Fonda, dzisiaj 82-letnia, w autobiografii „My Life So Far” pisze o swoich latach po sześćdziesiątce, że to trzeci akt. Nie etap odpoczynku, jak zazwyczaj myślimy. Ale okres, w którym najłatwiej naprawić relacje z najbliższymi.Bo najwięcej wie się o sobie samym. Ale dla Jane trzeci akt oznaczał nie tylko nadrabianie lat, w których nie potrafiła być blisko...

Czytaj dalej
East News

Kate Winslet: „Nie mam kucharza, kierowcy, pani do sprzątania. To nie byłoby dobre dla mojej rodziny”

Sława nigdy jej nie interesowała, co innego wymagające role. Ale jak przyznaje sama KateWinslet, najważniejsza jest rodzina.
Sylwia Arlak
18.10.2020

Schodzi z planu i rusza prosto do swojej XVII-wiecznej angielskiej posiadłości. Mówi, że stara się spędzać możliwie, jak najwięcej czasu ze swoimi dziećmi: 20-letnią Mią, 17-letnim Joe i 7-letnim Bearem. I zapewnić im możliwie najlepszą opiekę. „Nie mam szefa kuchni, kierowcy ani innych pomocników. Byłabym nieszczęśliwa, gdybym nie była samodzielna, nie czułabym się prawdziwą osobą. Tylko dlatego, że jestem w takiej sytuacji, w której mogę mieć te wszystkie rzeczy, nie oznacza, że muszę. To nie byłoby dobre dla mojej rodziny. Wiem, że moje dzieci by tego nienawidziły. Chcę, aby kiedyś, gdy spojrzą wstecz, pamiętały mój rosół, suchy prowiant na lunch i wspólnie spędzony czas” — podkreślała Kate Winslet w jednym z wywiadów. Kate Winslet — matka, żona, gwiazda filmowa Mówi o sobie, że „jest szczęściarą”. Razem z mężem tworzą dom, do którego chce jej się wracać. Pomimo mono wyśrubowanych standardów Hollywood lubi siebie taką, jaka jest (Kate od zawsze znana była ze swoich pełnych, kobiecych kształtów), a na jej biurko wciąż trafiają ciekawe scenariusze filmowe. Jest rozpoznawalna na całym świecie, a jednak na co dzień prowadzi zupełnie normalne życie. Z dala od fleszy i czerwonych dywanów. I to jej odpowiada. „Nie tylko nie czuję się jak gwiazda filmowa, nie sądzę, żebym zachowywała się jak jedna z nich. Moim zdaniem gwiazdą jest się tak długo, jak trwa ceremonia wręczenia Oskarów. Tylko wtedy ważne są pozory, opakowanie, od którym przemycasz na widownię całkiem zwyczajnego człowieka. Po zakończeniu imprezy natychmiast wyskakuję z efektownego pudełka i znowu jestem kobietą, matką” — mówiła aktorka. Przyznaje, że nigdy nie marzyła o sławie, a sukces „Titanica”, filmu Jamesa Camerona, w...

Czytaj dalej
Natalie Wood i Robert Wagner z córkami Natashą i Courtney/ HBO

Tajemnica śmierci Natalie Wood – w końcu wyjaśniona?

W filmie HBO mąż legendarnej aktorki Robert Wagner, podejrzewany o jej zamordowanie, po raz pierwszy opowiada o wydarzeniach tamtej tragicznej nocy.
Anna Zaleska
08.05.2020

Był niedzielny poranek po Święcie Dziękczynienia. Natasha Gregson Wagner miała jedenaście lat, nocowała u przyjaciółki. Gdy rano się obudziła, usłyszała włączone radio. W wiadomościach podawano informację, że niedaleko wybrzeża Cataliny znaleziono ciało jej mamy, Natalie Wood. Po powrocie do domu położyła się w jej łóżku. Wciąż wierzyła, że nic poważnego się nie stało. Może mama jest tylko ranna? Złamała nogę? Ale gdy wrócił jej ojczym Robert Wagner, kiedy zobaczyła jego wyraz twarzy, wszystko stało się jasne. Od takiej poruszającej opowieści 49-letniej dziś Natashy Gregson Wagner zaczyna się film dokumentalny „Historia Natalie Wood. Pociecha w tym, co było”, który właśnie miał premierę na HBO. Blisko czterdzieści lat po tamtych wydarzeniach córka legendarnej aktorki jeszcze raz do nich wraca. Przede wszystkim po to, by na zawsze zakończyć spekulacje na temat tragicznej śmierci jej matki. Pierwsze dochodzenie wykazało, że na Catalinie doszło do tragicznego wypadku. Sprawę zamknięto. Ale gdy w 2011 roku kapitan jachtu Dennis Davern wydał książkę, w której o śmierć Natalie Wood obwinił jej męża, Roberta Wagnera, temat powrócił. W filmie dziewięćdziesięcioletni dziś Wagner po raz pierwszy publicznie opowiada o wydarzeniach tamtej nocy. „Cieszę się, że mogę z tobą porozmawiać o mojej mamie, o wszystkich dobrych i złych chwilach”, zaczyna rozmowę Natasha. Złota para Hollywood Uchodzili za jedną z „królewskich par” Hollywood. Oboje grali w filmach od najmłodszych lat. Natalie Wood zadebiutowała jako pięciolatka. Na oczach milionów dorastała, z grzecznej dziewczynki z warkoczami zmieniając się w zbuntowaną nastolatkę („Buntownik bez powodu”), a potem w piękną kobietę. Roberta Wagnera po raz pierwszy zobaczyła, gdy miała dziesięć lat, on...

Czytaj dalej