Artur Rojek: „Chcę być kundlem”
fot. Szymon Rogiński

Artur Rojek: „Chcę być kundlem”

Jego fani czekali na to sześć lat. Muzyk wraca z nową płytą „Kundel” i przesłaniem, żebyśmy doceniali zwyczajność.
Wika Kwiatkowska
21.05.2020

Jego debiutancka płyta solowa „Składam się z ciągłych powtórzeń” została świetnie przyjęta i zyskała status podwójnej platyny. Nowy album byłego lidera Myslovitz ma szanse powtórzyć ten sukces. Artysta miał ruszyć w wielką trasę koncertową, ale przerwała ją pandemia koronawirusa. Pandemia, która jednocześnie sprawiła, że druga płyta Rojka jest wyjątkowo aktualna. Bo jak sam mówi: „Te teksty bardziej opowiadają o rzeczach, które mają przynieść ukojenie. Ono jest możliwe wtedy, gdy docenisz rzeczy zwykłe, proste, to, co masz w tej chwili. Dlatego tak często pojawia się na tej płycie słowo »doceń«”.

Wika Kwiatkowska: Nowy album zatytułowałeś „Kundel”. To nie jest trochę obraźliwe określenie?

Artur Rojek: Dla mnie to pozytywne słowo. Opisuję kundla jako kogoś, kto jest przeciwieństwem rasowości świata, ale rasowości ujętej w cudzysłów. Tego ciągłego aspirowania do bycia lepszym, niezwykłym, nadzwyczajnym. Pomysł na te piosenki wziął się z dużych tematów. Dotyczących życia, które w sposób nieprzewidywalny może ci się w każdej chwili zmienić. Bo jedna mała sytuacja może spowodować, że potoczy się w innym kierunku. Takim, którego ani nie planujesz, ani się nie spodziewasz. I nawet jeżeli podczas tej zmiany dotknie cię tragedia, po czym będziesz miała to już za sobą, powiesz sobie, że najgorsze w życiu już przeżyłaś, to może się okazać, że przed tobą jest coś jeszcze gorszego.

Bardzo optymistyczna wizja…

Taki był pomysł na teksty. Zdrada, śmierć, choroba, wypadek, wojna, trzęsienie ziemi – sytuacje, które wywracają życie do góry nogami. I zawsze zaskakują. A widzę wokół siebie mnóstwo osób, które nie zauważają, jak bardzo życie jest nieprzewidywalne. Sądzą, że wszystko można zaplanować, do wszystkiego się przygotować. Człowiek często ma przeświadczenie, że jest niezniszczalny, nic go nie dotknie. Kiedy się nad tym zastanawiałem, pojawiła się myśl: „Co w takim razie powinno być dla nas najważniejsze?”. Nasza istota, czyli nasza zwykłość. Bo każdy w istocie jest zwykły, tylko z czasem oblepiamy się piórkami, naklejkami, dodajemy sobie znaczenia różnymi gadżetami.

Zwykłość rozumiesz jako naturalność, prawdę o sobie?

Tak. Znalazłem cytat z księdza Tischnera. On, uznany teolog i filozof, kiedy wracał w rodzinne strony, odwiedzał w Łopusznej starych górali, którzy znali jeszcze jego rodziców. Jak już zrobili w ciągu dnia wszystko, co mieli do zrobienia, po prostu siadali na ławce przed domem i patrzyli przed siebie. I profesor Tischner, ten znany, mądry człowiek, mówił im: „Wy tutaj wiecie najwięcej”. Właśnie dlatego, że prowadzili proste życie, nie obklejali się niepotrzebnymi sprawami. 

Niezwykła lekkość bytu

Też poczułeś potrzebę pozbycia się tego, co niepotrzebne?

Gdybym nie poczuł, to tak bym tego tematu nie drążył. Nie wiem, jak masz ty, jak mają inni ludzie, ale ja czasami patrzę na swoje życie i mam taką chęć powrotu do prostszych czasów. Nie chodzi o to, że teraz muszę być bardziej odpowiedzialny, ale one były jakoś pełniejsze, mimo że nie tak atrakcyjne jak teraz. Bo były w pełni przeżywane, a dzisiaj wszystko przeżywane jest krótko, uzależnione od liczby polubień i lajków.

Na „Kundlu” jest sporo melancholii. To też tęsknota za młodzieńczymi złudzeniami?

Nie wydaje mi się. Te teksty bardziej opowiadają o rzeczach, które mają przynieść ukojenie. Ono jest możliwe wtedy, gdy docenisz rzeczy zwykłe, proste, to, co masz w tej chwili. Bo to jest najważniejsze. Dlatego tak często pojawia się na tej płycie słowo „doceń”.

Teraz bardziej potrafisz doceniać to bycie tu i teraz?

Myślę, że od pewnych cech charakteru człowiek nie jest w stanie się uwolnić. Więc nie mogę powiedzieć, że teraz, po tej płycie, zmądrzałem. Tylko z czasem nabieram więcej krytycyzmu wobec pewnych swoich cech i zachowań. Jestem człowiekiem często niezadowolonym, podważającym swoją wartość, roztrzepanym, nieskoncentrowanym, głuchym i pędzącym. Jedyne, co mogę zrobić, to nauczyć się z tym żyć. Aby mną nie sterowały, nie pchały mnie w stronę, w której nie znajdę satysfakcji. 

Nie chcesz pędzić za nadzwyczajnością?

Nie chcę być rasowy na siłę. Chcę być kundlem. (śmiech)

Pytanie: czy nim jesteś?

Wolałbym nim być. Zawsze imponowała mi zwykłość bycia. I niedoskonałość. Dostrzegałem w niej więcej interesujących rzeczy. Doskonałość nie budzi we mnie zaufania. Może dlatego, że sam jestem niedoskonały? I otaczam się niedoskonałymi ludźmi.

Gdzie widzisz tę doskonałość?

W przeświadczeniu ludzi. Chcą być doskonali, wciąż coraz lepsi i lepsi. W samorozwoju nie ma nic złego, ale mówię o tej „doskonałości”, która nie wynika z czegoś naturalnego, z dążenia ku pozytywnym celom, tylko z wzorców narzucanych z zewnętrz. Które sprawiają, że pieczołowicie konstruuje się na Instagramie i Facebooku swojego awatara.

Kundel
mat. prasowe

Przeraża cię to, że zbliżasz się do magicznej pięćdziesiątki?

Nie przeraża, ale też nie nastraja tak, że wszystko wiem albo że już jestem dojrzały. Nie, cały czas się czegoś dowiaduję. Wydaje mi się, że tak już zostanie. 

Chcesz, aby twoja muzyka zmieniała ludzi?

Na pewno nie chcę, aby pozostawiała ich obojętnymi. Dla mnie muzyka nie jest tylko tłem, najczęściej słucham jej po to, by coś przeżyć. I moim zdaniem jest w stanie nas zmieniać, podkreślać stany duchowe, koić potrzeby emocjonalne. To nie przypadek, że niektórzy lubią muzykę wesołą, a inni smutną. Niektórzy metalową, inni ambientową.

A tobie jaka jest bliższa?

Generalnie lubię muzykę smutną. Ale nie chciałem, żeby ta płyta była smutna. Mam nadzieję, że tak się jej nie odbiera. Ma w sobie jakąś dozę melancholii w takich piosenkach jak: „W nikogo nie wierzę tak jak w ciebie”, „Bez końca” czy „A miało być jak we śnie”. Ale jest na niej więcej tematów podejmujących kwestie społeczne niż stricte osobistych przeżyć. To był świadomy zabieg, chciałem wejść w trochę inną skórę.

Miałeś kiedyś poczucie, że się za bardzo odsłoniłeś w tekstach?

Za każdym razem mam takie poczucie. I na tej płycie postanowiłem nie babrać się w sobie. Nie można się rozgrzebywać za często. Bo to wchodzi w każdą sferę życia i staje się trudne do zniesienia: dla mnie, dla moich bliskich, dla wszystkich. Zaczynasz przeżywać, zamykać się, jesteś wiecznie niezadowolony, ciągle coś ci się nie podoba, dochodzisz do wniosku, że chyba się do tego nie nadajesz, mówisz, że tego nienawidzisz, że musisz się zająć w życiu czymś innym itd.

Zacytowałeś kiedyś Quincy’ego Jonesa, który powiedział, że komponowanie to zdzieranie z siebie kolejnych warstw.

Dlatego to tak długo trwa. Ta płyta zajęła mi dwa lata. Najpierw zawsze powstaje melodia i dopiero wtedy przechodzę do fazy pisania tekstów. Na tej płycie było o tyle inaczej, że już w trakcie tworzenia muzyki i pracy w studiu z producentem Bartkiem Dziedzicem, który kompozytorsko ze mną współpracuje, powstawała koncepcja tekstów. Pomysł, o czym w ogóle będzie ta opowieść. Nie chciałem kontynuować tematów, które podejmowałem na pierwszej płycie i znowu tekstowo obracać się wokół siebie.

Chętnie zaglądasz w głąb siebie?

Najchętniej bym nie zaglądał. (śmiech) A w każdym razie niekoniecznie aż tak bardzo w głąb. Ale w tekstach bardzo często rozkładam na czynniki pierwsze wszystkie swoje wątpliwości. Chcąc nie chcąc, zajmuję się jakąś psychoanalizą. I to nie jest dla mnie proste, mimo że potem jestem usatysfakcjonowany. Kiedy wiem, że znowu mam ten proces zaczynać, przeżywam to już miesiącami wcześniej. Więc teraz chciałem się trochę odkleić od siebie i dlatego do współpracy przy tekstach zaprosiłem Radka Łukasiewicza. Ja wymyśliłem, o czym ta płyta będzie, a on tę koncepcję pomógł mi zrealizować.

A ja myślałam, że to takie osobiste teksty!

Są osobiste, ale inaczej. Radek pisał pod z góry narzucony przeze mnie temat, przychodził do studia, a ja z Bartkiem pełniliśmy funkcję kontrolną i współdecydowaliśmy, co zostaje, a co nie, gdzie posuwamy się dalej, a co odrzucamy. Ten album to kolektyw: Bartek Dziedzic, Radek Łukasiewicz, Artur Rojek. 

Masz tremę przed trasą?

Teraz tak, bo dopiero dzisiaj zaczynamy próby całego materiału. To duże wyzwanie, myślę, że ciekawe. Musimy to wszystko pogodzić brzmieniowo – nie tylko utwory z nowej płyty, ale też z poprzedniej. 

Zaczynasz od koncertu w NOSPR, czyli najlepszej polskiej sali koncertowej, kończysz 30 maja w Nowym Teatrze, najmodniejszym miejscu Warszawy. Zresztą cała trasa wygląda spektakularnie.

Moja estetyka nie jest typowo klubowa. Koncerty, które grałem po wydaniu pierwszej solowej płyty w NOSPR, Narodowym Forum Muzyki czy Filharmonii Szczecińskiej świetnie się w tych warunkach sprawdziły. Moja publiczność to w dużej mierze osoby, które pamiętają mnie jeszcze z czasów Myslovitz, doceniają jakość doznań. Co nie znaczy, że nie będę grał w klubach. A ta trasa jest już w zasadzie sprzedana.

Na koncerty w wielu miastach już od dawna nie ma biletów. W Warszawie będą dwa, bo bilety na pierwszy rozeszły się błyskawicznie. To tęsknota publiczności?

Myślę, że tęsknota i wierni fani. Którzy są, pamiętają i czekają.

Muzyka alternatywna 

Dlaczego aż sześć lat czekałeś z wydaniem nowej solowej płyty?

Funkcjonuję trochę inaczej niż kiedyś – ze względu na rodzinę i inne zajęcia, które mnie mocno angażują, takie jak organizacja OFF Festivalu. Z Myslovitz przez 20 lat graliśmy koncerty regularnie: piątek, sobota, niedziela. Poza tym trasy, wyjazdy zagraniczne, wydawanie płyt. Wszystko toczyło się wokół jednego tematu. I w 2012 roku świadomie podjąłem decyzję, do której przygotowałem się psychicznie, że – być może nie na zawsze, ale na pewno przez długi czas – nie chcę już tak funkcjonować. Zacząłem dzielić czas pomiędzy różne aktywności i z tego wynika tak długa przerwa między płytami. Bo zajmuję się nimi projektowo: bardzo intensywnie, ale w określonym czasie. Potem robię przerwę i znowu po jakimś czasie wracam.

Nie znajdujesz codziennie godziny na pisanie albo komponowanie?

Powinienem tak robić, bo po dłuższej przerwie trudno jest się rozruszać. Ale z moim charakterem to się nie udaje.

Od lat masz też drugie oblicze: organizatora, dyrektora artystycznego OFF Festivalu. 

To też wbrew pozorom bardzo trudne zajęcie. Równie odpowiedzialne, absorbujące i eksploatujące emocjonalnie, tyle że od innej strony.

Po 15 latach istnienia festiwalu nie odczuwasz rutyny?

Nie, bo muzyka jest moją pasją. O ile kiedyś myślałem, że może to chwilowa zajawka, teraz wiem, że muzyka jest tym, czym żyję. Nie ma żadnej innej dziedziny, którą mój mózg przyswajałby tak łatwo. To dla mnie naturalna potrzeba – ja muzyką rozładowuję napięcie, ona mnie uspokaja, przy niej zasypiam i się budzę. I OFF zrodził się z tej mojej fascynacji. Zdarza mi się rozmawiać z ludźmi, którzy mówią, że przyjeżdżają na festiwal od 15 lat, przywożą już własne dzieci. Opowiadają o tym, jak to wpłynęło na ich życie. Wtedy uświadamiam sobie, że OFF to już kawał historii i że faktycznie miał wpływ na wiele istnień ludzkich. Tutaj przyjeżdża publiczność nie tylko się zabawić, ale przede wszystkim coś przeżyć i odkryć.

Twoi synowie lubią muzykę?

Bardzo, ale na razie inną. Mają 8 i 12 lat, słuchają dużo popu, rapu. Ja nie słuchałem alternatywnej muzyki w wieku 12 lat. Słuchałem wszystkiego, co puszczali w radiu, więc miałem podobnie.

A twoich płyt słuchają?

Nie, bo nie puszczam ich w domu. Mamy wiele innych tematów. Dużo im opowiadam o tym, czym się zajmuję i co robiłem przed ich urodzeniem, ale na siłę nie wciągam ich w moją zawodową historię. Jak będą mieli ochotę, sami to kiedyś bardziej odkryją. 

Rozmowa z Arturem Rojkiem ukazała się w „Urodzie Życia” 4/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Kazik Staszewski
Adam Polański

Kazik Staszewski: „Kwestia podzielenia Polski to ostatnie lata. Kiedyś rozmawialiśmy ze sobą”

Głos pokolenia. A właściwie kilku pokoleń, bo jest na scenie od ponad 30 lat. Kazik Staszewski opowiada o punkowej rebelii, artystycznej bezkompromisowości i tym, jak to jest być mężem, ojcem i dziadkiem.
Wika Kwiatkowska
17.05.2020

Kazimierz Staszewski – rocznik 1963. Wokalista i autor tekstów, lider Kultu i wielu innych formacji muzycznych. Jedna z czołowych postaci polskiego undergroundu lat 80. Mąż (żona Anna), ojciec (synowie Kazimierz i Jan) i dziadek (wnuczki Hanna i Helena).  W wywiadzie dla „Urody Życia” mówi: „Zrozumiałem, że piosenka, a tym bardziej wykrzyczany tekst, niesie za sobą o wiele większy przekaz niż słowo mówione czy pisane”. Wika Kwiatkowska: Waszą kultową płytę „Spokojnie” nagraliście ponad 30 lat temu. Cenzura nie przeszkadzała? Kazik Staszewski: Byliśmy już po dwóch płytach. Podczas obowiązkowych wizyt w urzędzie cenzury przepadł cały materiał pierwszej, musieliśmy wybierać z tekstów drugo- albo nawet trzeciorzędnych. Nie godziłem się na żadne ingerencje – albo teksty szły tak, jak napisałem, albo w ogóle.  Cenzorów było dwóch – ten dobry i ten zły. Zły nazywał się Witold Gawdzik, był leciwym panem i purystą językowym, zresztą autorem słynnych w PRL-u książek dla dzieci „Ortografia na wesoło” i „Gramatyka na wesoło”. Oczywiście czepiał się treści, ale czasem się rozpędzał i chciał też poprawiać ortografię czy składnię. Drugi nazywał się Wiesław Konopka i był tym dobrym. Mówił: „Musimy tak zrobić, żeby ci na górze się nie domyślili”. To była nie tyle walka z systemem, co prawdziwy Monty Python.  Na drugiej płycie po przepychankach przepuścili tekst „Wódki” pod warunkiem, że dam słuchaczom do zrozumienia, iż problem alkoholizmu dotyczy nie tylko Polski. Mocowałem się ze sobą, czy tego typu ustępstwo jest godne, czy niegodne. W końcu dałem tytuł: „Na całym świecie źle się dzieje, koledzy”.  Wybrnąłeś. A jak było ze...

Czytaj dalej
Marek Niedźwiedzki
Darek Kawka

Marek Niedźwiecki: „Pierwsze notowanie Listy zrobiliśmy w kwietniu 1982…”

16 maja 2020 r. Marek Niedźwiecki ogłosił, że odchodzi z Trójki. Za dwa tygodnie, 29 maja 2020 miało odbyć się prowadzone przez niego 2000. notowanie listy. Ostatnie piątkowe głosowanie zostało decyzją zarządu Programu 3. Polskiego Radia unieważnione. W unieważnionym głosowaniu na 1. miejscu ukazała się piosenka Kazika „Twój ból jest lepszy niż mój”.
Magdalena Felis
17.05.2020

Czy jest ktoś, kto nie zna Listy Przebojów Trójki, nawet jeśli się na niej nie wychował? Nadawana w każdy piątek, prowadzona przez Marka Niedźwieckiego już od 38 lat w wielu domach była tradycją. 16 maja 2020 r. Marek Niedźwiecki ogłosił, że odchodzi z Trójki. Za dwa tygodnie, 29 maja 2020 miało odbyć się prowadzone przez niego 2000. notowanie listy. Ostatnie piątkowe głosowanie zostało decyzją zarządu Programu 3. Polskiego Radia unieważnione. W unieważnionym głosowaniu na 1. miejscu ukazała się piosenka Kazika „Twój ból jest lepszy niż mój”.  W aktualnym wydaniu „Urody Życia” twórca i prowadzący LP3 Marek Niedźwiecki opowiadał, jak ukochane piosenki wpływały na jego i nasze życie.  Nigdy pan nie żałował, że nie podjął pracy jako technolog budowlany? Rzeczywiście, taki kierunek skończyłem na Wydziale Budownictwa Politechniki Łódzkiej, ale wybrałem tę uczelnię tylko dlatego, żeby dostać się do Studenckiego Radia Żak. I się dostałem – a stamtąd do łódzkiej rozgłośni Polskiego Radia. Ale gdybym nie trafił do radia, to pracowałbym w bibliotece w Szadku, moim rodzinnym miasteczku. Nic innego mi nie przychodzi do głowy. A to prawda, że rozmowa wstępna na stanowisko prowadzącego Listę Przebojów Trójki trwała niecałą minutę? Mogło to tyle trwać. Pamiętam, że pojechałem do siedziby Polskiego Radia na ulicy Malczewskiego, gdzie miałem spotkać się z Andrzejem Turskim, nowym redaktorem naczelnym Programu III Polskiego Radia. To był 1982 rok.  Wyznaczył mi spotkanie, ale ostatecznie nie miał dla mnie czasu, więc szliśmy tylko korytarzem. Ciągle pamiętam, że był ubrany w kurtkę w kolorze wojskowej zieleni, ale nie wojskową. Biegłem obok niego, kiedy powiedział, że będę prowadził listę przebojów. Zapytałem...

Czytaj dalej
Hot16Challenge
YouTube

Artyści, jesteście wielcy! Wielkie dzięki za  #Hot16Challenge2 

Muzycy, aktorzy, youtuberzy, stand-uperzy świetnie bawią się, tworząc własne rymy, a przy tym wspierają służby walczące z koronawirusem. #Hot16Challenge2 to akcja, jakiej potrzebowaliśmy.
Sylwia Arlak
13.05.2020

Ponad 1 milion zł (!!!) zebrali artyści, którzy wzięli udział w akcji #Hot16Challenge2 (zbiórka organizowana jest za pomocą siepomaga.pl). Zainicjowana przez polskich raperów akcja, w której artyści składają śpiewające podziękowania lekarzom, pielęgniarkom i ratownikom medycznym, bije rekordy popularności i już dawno wyszła poza środowisko raperskie.  Które wykonania podobały nam się najbardziej? Wybór nie był prosty. W zestawieniu nie braliśmy jednak pod uwagi raperów (wyszłyśmy za założenia, że rapowa nawijka to dla nich chleb powszedni). Nie znajdziecie też w nim wykonań polityków, bo wolimy przemilczeć udział wielu z nich w tej szczytnej akcji.  1. Marian Lichtman „Popatrz, jak ten bicik wchodzi, japajapapaj…” Nominowany przez Łonę 73-letni ex-Trubadur zachwycił nie tylko wciąż wspaniałym głosem, lecz także niezwykłym poczuciem humoru. Po jego nagraniu baliśmy się, że nikt już nie odważy nagrać się swoich 16 linijek! „Dzięki, że o mnie pamiętacie. Wielkie podziękowania dla służby zdrowia, naszych bohaterów” – recytował artysta, a my dziękujemy mu za to, że wziął udział w akcji i zrobił to naprawdę, jak na mistrza przystało, po mistrzowsku.    2. Kayah: „Ktoś na górze (…) zapomniał o kulturze” Nie zawiodłyśmy się też na Kayah, która swoim wspaniałym głosem przypomniała, że pandemia dotyka nas wszystkich: „Intencje są ważne, wspierajmy i w końcu przydałoby się wesprzeć także przedsiębiorców. Wesprzeć artystów, kochani, bo tam ktoś na górze odmrożeniem mami, a zapomniał o kulturze”. Choć zazwyczaj gwiazda nie komentuje publicznie tego co dzieje się na scenie politycznej, tym razem nie ukrywała krytycznej...

Czytaj dalej