Artur Rojek: „Chcę być kundlem”
fot. Szymon Rogiński

Artur Rojek: „Chcę być kundlem”

Jego fani czekali na to sześć lat. Muzyk wraca z nową płytą „Kundel” i przesłaniem, żebyśmy doceniali zwyczajność.
Wika Kwiatkowska
21.05.2020

Jego debiutancka płyta solowa „Składam się z ciągłych powtórzeń” została świetnie przyjęta i zyskała status podwójnej platyny. Nowy album byłego lidera Myslovitz ma szanse powtórzyć ten sukces. Artysta miał ruszyć w wielką trasę koncertową, ale przerwała ją pandemia koronawirusa. Pandemia, która jednocześnie sprawiła, że druga płyta Rojka jest wyjątkowo aktualna. Bo jak sam mówi: „Te teksty bardziej opowiadają o rzeczach, które mają przynieść ukojenie. Ono jest możliwe wtedy, gdy docenisz rzeczy zwykłe, proste, to, co masz w tej chwili. Dlatego tak często pojawia się na tej płycie słowo »doceń«”.

Wika Kwiatkowska: Nowy album zatytułowałeś „Kundel”. To nie jest trochę obraźliwe określenie?

Artur Rojek: Dla mnie to pozytywne słowo. Opisuję kundla jako kogoś, kto jest przeciwieństwem rasowości świata, ale rasowości ujętej w cudzysłów. Tego ciągłego aspirowania do bycia lepszym, niezwykłym, nadzwyczajnym. Pomysł na te piosenki wziął się z dużych tematów. Dotyczących życia, które w sposób nieprzewidywalny może ci się w każdej chwili zmienić. Bo jedna mała sytuacja może spowodować, że potoczy się w innym kierunku. Takim, którego ani nie planujesz, ani się nie spodziewasz. I nawet jeżeli podczas tej zmiany dotknie cię tragedia, po czym będziesz miała to już za sobą, powiesz sobie, że najgorsze w życiu już przeżyłaś, to może się okazać, że przed tobą jest coś jeszcze gorszego.

Bardzo optymistyczna wizja…

Taki był pomysł na teksty. Zdrada, śmierć, choroba, wypadek, wojna, trzęsienie ziemi – sytuacje, które wywracają życie do góry nogami. I zawsze zaskakują. A widzę wokół siebie mnóstwo osób, które nie zauważają, jak bardzo życie jest nieprzewidywalne. Sądzą, że wszystko można zaplanować, do wszystkiego się przygotować. Człowiek często ma przeświadczenie, że jest niezniszczalny, nic go nie dotknie. Kiedy się nad tym zastanawiałem, pojawiła się myśl: „Co w takim razie powinno być dla nas najważniejsze?”. Nasza istota, czyli nasza zwykłość. Bo każdy w istocie jest zwykły, tylko z czasem oblepiamy się piórkami, naklejkami, dodajemy sobie znaczenia różnymi gadżetami.

Zwykłość rozumiesz jako naturalność, prawdę o sobie?

Tak. Znalazłem cytat z księdza Tischnera. On, uznany teolog i filozof, kiedy wracał w rodzinne strony, odwiedzał w Łopusznej starych górali, którzy znali jeszcze jego rodziców. Jak już zrobili w ciągu dnia wszystko, co mieli do zrobienia, po prostu siadali na ławce przed domem i patrzyli przed siebie. I profesor Tischner, ten znany, mądry człowiek, mówił im: „Wy tutaj wiecie najwięcej”. Właśnie dlatego, że prowadzili proste życie, nie obklejali się niepotrzebnymi sprawami. 

Niezwykła lekkość bytu

Też poczułeś potrzebę pozbycia się tego, co niepotrzebne?

Gdybym nie poczuł, to tak bym tego tematu nie drążył. Nie wiem, jak masz ty, jak mają inni ludzie, ale ja czasami patrzę na swoje życie i mam taką chęć powrotu do prostszych czasów. Nie chodzi o to, że teraz muszę być bardziej odpowiedzialny, ale one były jakoś pełniejsze, mimo że nie tak atrakcyjne jak teraz. Bo były w pełni przeżywane, a dzisiaj wszystko przeżywane jest krótko, uzależnione od liczby polubień i lajków.

Na „Kundlu” jest sporo melancholii. To też tęsknota za młodzieńczymi złudzeniami?

Nie wydaje mi się. Te teksty bardziej opowiadają o rzeczach, które mają przynieść ukojenie. Ono jest możliwe wtedy, gdy docenisz rzeczy zwykłe, proste, to, co masz w tej chwili. Bo to jest najważniejsze. Dlatego tak często pojawia się na tej płycie słowo „doceń”.

Teraz bardziej potrafisz doceniać to bycie tu i teraz?

Myślę, że od pewnych cech charakteru człowiek nie jest w stanie się uwolnić. Więc nie mogę powiedzieć, że teraz, po tej płycie, zmądrzałem. Tylko z czasem nabieram więcej krytycyzmu wobec pewnych swoich cech i zachowań. Jestem człowiekiem często niezadowolonym, podważającym swoją wartość, roztrzepanym, nieskoncentrowanym, głuchym i pędzącym. Jedyne, co mogę zrobić, to nauczyć się z tym żyć. Aby mną nie sterowały, nie pchały mnie w stronę, w której nie znajdę satysfakcji. 

Nie chcesz pędzić za nadzwyczajnością?

Nie chcę być rasowy na siłę. Chcę być kundlem. (śmiech)

Pytanie: czy nim jesteś?

Wolałbym nim być. Zawsze imponowała mi zwykłość bycia. I niedoskonałość. Dostrzegałem w niej więcej interesujących rzeczy. Doskonałość nie budzi we mnie zaufania. Może dlatego, że sam jestem niedoskonały? I otaczam się niedoskonałymi ludźmi.

Gdzie widzisz tę doskonałość?

W przeświadczeniu ludzi. Chcą być doskonali, wciąż coraz lepsi i lepsi. W samorozwoju nie ma nic złego, ale mówię o tej „doskonałości”, która nie wynika z czegoś naturalnego, z dążenia ku pozytywnym celom, tylko z wzorców narzucanych z zewnętrz. Które sprawiają, że pieczołowicie konstruuje się na Instagramie i Facebooku swojego awatara.

Kundel
mat. prasowe

Przeraża cię to, że zbliżasz się do magicznej pięćdziesiątki?

Nie przeraża, ale też nie nastraja tak, że wszystko wiem albo że już jestem dojrzały. Nie, cały czas się czegoś dowiaduję. Wydaje mi się, że tak już zostanie. 

Chcesz, aby twoja muzyka zmieniała ludzi?

Na pewno nie chcę, aby pozostawiała ich obojętnymi. Dla mnie muzyka nie jest tylko tłem, najczęściej słucham jej po to, by coś przeżyć. I moim zdaniem jest w stanie nas zmieniać, podkreślać stany duchowe, koić potrzeby emocjonalne. To nie przypadek, że niektórzy lubią muzykę wesołą, a inni smutną. Niektórzy metalową, inni ambientową.

A tobie jaka jest bliższa?

Generalnie lubię muzykę smutną. Ale nie chciałem, żeby ta płyta była smutna. Mam nadzieję, że tak się jej nie odbiera. Ma w sobie jakąś dozę melancholii w takich piosenkach jak: „W nikogo nie wierzę tak jak w ciebie”, „Bez końca” czy „A miało być jak we śnie”. Ale jest na niej więcej tematów podejmujących kwestie społeczne niż stricte osobistych przeżyć. To był świadomy zabieg, chciałem wejść w trochę inną skórę.

Miałeś kiedyś poczucie, że się za bardzo odsłoniłeś w tekstach?

Za każdym razem mam takie poczucie. I na tej płycie postanowiłem nie babrać się w sobie. Nie można się rozgrzebywać za często. Bo to wchodzi w każdą sferę życia i staje się trudne do zniesienia: dla mnie, dla moich bliskich, dla wszystkich. Zaczynasz przeżywać, zamykać się, jesteś wiecznie niezadowolony, ciągle coś ci się nie podoba, dochodzisz do wniosku, że chyba się do tego nie nadajesz, mówisz, że tego nienawidzisz, że musisz się zająć w życiu czymś innym itd.

Zacytowałeś kiedyś Quincy’ego Jonesa, który powiedział, że komponowanie to zdzieranie z siebie kolejnych warstw.

Dlatego to tak długo trwa. Ta płyta zajęła mi dwa lata. Najpierw zawsze powstaje melodia i dopiero wtedy przechodzę do fazy pisania tekstów. Na tej płycie było o tyle inaczej, że już w trakcie tworzenia muzyki i pracy w studiu z producentem Bartkiem Dziedzicem, który kompozytorsko ze mną współpracuje, powstawała koncepcja tekstów. Pomysł, o czym w ogóle będzie ta opowieść. Nie chciałem kontynuować tematów, które podejmowałem na pierwszej płycie i znowu tekstowo obracać się wokół siebie.

Chętnie zaglądasz w głąb siebie?

Najchętniej bym nie zaglądał. (śmiech) A w każdym razie niekoniecznie aż tak bardzo w głąb. Ale w tekstach bardzo często rozkładam na czynniki pierwsze wszystkie swoje wątpliwości. Chcąc nie chcąc, zajmuję się jakąś psychoanalizą. I to nie jest dla mnie proste, mimo że potem jestem usatysfakcjonowany. Kiedy wiem, że znowu mam ten proces zaczynać, przeżywam to już miesiącami wcześniej. Więc teraz chciałem się trochę odkleić od siebie i dlatego do współpracy przy tekstach zaprosiłem Radka Łukasiewicza. Ja wymyśliłem, o czym ta płyta będzie, a on tę koncepcję pomógł mi zrealizować.

A ja myślałam, że to takie osobiste teksty!

Są osobiste, ale inaczej. Radek pisał pod z góry narzucony przeze mnie temat, przychodził do studia, a ja z Bartkiem pełniliśmy funkcję kontrolną i współdecydowaliśmy, co zostaje, a co nie, gdzie posuwamy się dalej, a co odrzucamy. Ten album to kolektyw: Bartek Dziedzic, Radek Łukasiewicz, Artur Rojek. 

Masz tremę przed trasą?

Teraz tak, bo dopiero dzisiaj zaczynamy próby całego materiału. To duże wyzwanie, myślę, że ciekawe. Musimy to wszystko pogodzić brzmieniowo – nie tylko utwory z nowej płyty, ale też z poprzedniej. 

Zaczynasz od koncertu w NOSPR, czyli najlepszej polskiej sali koncertowej, kończysz 30 maja w Nowym Teatrze, najmodniejszym miejscu Warszawy. Zresztą cała trasa wygląda spektakularnie.

Moja estetyka nie jest typowo klubowa. Koncerty, które grałem po wydaniu pierwszej solowej płyty w NOSPR, Narodowym Forum Muzyki czy Filharmonii Szczecińskiej świetnie się w tych warunkach sprawdziły. Moja publiczność to w dużej mierze osoby, które pamiętają mnie jeszcze z czasów Myslovitz, doceniają jakość doznań. Co nie znaczy, że nie będę grał w klubach. A ta trasa jest już w zasadzie sprzedana.

Na koncerty w wielu miastach już od dawna nie ma biletów. W Warszawie będą dwa, bo bilety na pierwszy rozeszły się błyskawicznie. To tęsknota publiczności?

Myślę, że tęsknota i wierni fani. Którzy są, pamiętają i czekają.

Muzyka alternatywna 

Dlaczego aż sześć lat czekałeś z wydaniem nowej solowej płyty?

Funkcjonuję trochę inaczej niż kiedyś – ze względu na rodzinę i inne zajęcia, które mnie mocno angażują, takie jak organizacja OFF Festivalu. Z Myslovitz przez 20 lat graliśmy koncerty regularnie: piątek, sobota, niedziela. Poza tym trasy, wyjazdy zagraniczne, wydawanie płyt. Wszystko toczyło się wokół jednego tematu. I w 2012 roku świadomie podjąłem decyzję, do której przygotowałem się psychicznie, że – być może nie na zawsze, ale na pewno przez długi czas – nie chcę już tak funkcjonować. Zacząłem dzielić czas pomiędzy różne aktywności i z tego wynika tak długa przerwa między płytami. Bo zajmuję się nimi projektowo: bardzo intensywnie, ale w określonym czasie. Potem robię przerwę i znowu po jakimś czasie wracam.

Nie znajdujesz codziennie godziny na pisanie albo komponowanie?

Powinienem tak robić, bo po dłuższej przerwie trudno jest się rozruszać. Ale z moim charakterem to się nie udaje.

Od lat masz też drugie oblicze: organizatora, dyrektora artystycznego OFF Festivalu. 

To też wbrew pozorom bardzo trudne zajęcie. Równie odpowiedzialne, absorbujące i eksploatujące emocjonalnie, tyle że od innej strony.

Po 15 latach istnienia festiwalu nie odczuwasz rutyny?

Nie, bo muzyka jest moją pasją. O ile kiedyś myślałem, że może to chwilowa zajawka, teraz wiem, że muzyka jest tym, czym żyję. Nie ma żadnej innej dziedziny, którą mój mózg przyswajałby tak łatwo. To dla mnie naturalna potrzeba – ja muzyką rozładowuję napięcie, ona mnie uspokaja, przy niej zasypiam i się budzę. I OFF zrodził się z tej mojej fascynacji. Zdarza mi się rozmawiać z ludźmi, którzy mówią, że przyjeżdżają na festiwal od 15 lat, przywożą już własne dzieci. Opowiadają o tym, jak to wpłynęło na ich życie. Wtedy uświadamiam sobie, że OFF to już kawał historii i że faktycznie miał wpływ na wiele istnień ludzkich. Tutaj przyjeżdża publiczność nie tylko się zabawić, ale przede wszystkim coś przeżyć i odkryć.

Twoi synowie lubią muzykę?

Bardzo, ale na razie inną. Mają 8 i 12 lat, słuchają dużo popu, rapu. Ja nie słuchałem alternatywnej muzyki w wieku 12 lat. Słuchałem wszystkiego, co puszczali w radiu, więc miałem podobnie.

A twoich płyt słuchają?

Nie, bo nie puszczam ich w domu. Mamy wiele innych tematów. Dużo im opowiadam o tym, czym się zajmuję i co robiłem przed ich urodzeniem, ale na siłę nie wciągam ich w moją zawodową historię. Jak będą mieli ochotę, sami to kiedyś bardziej odkryją. 

Rozmowa z Arturem Rojkiem ukazała się w „Urodzie Życia” 4/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Fot. Karol Łakomiec

Kasia Lins: Lubię wstrząsnąć słuchaczem. Dobić go.

O nowej płycie Kasi Lins „Moja wina” mówi się: „mocny kandydat do płyty roku”. Z jakich grzechów spowiada się artystka tuż przed 30. urodzinami? I kiedy jej zdaniem kończy się młodość?
Anna Zaleska
05.06.2020

Wokalistka, pianistka, kompozytorka, autorka tekstów. Jej poprzedni album „Wiersz ostatni” zdobył uznanie zarówno słuchaczy, jak i krytyków. W 2019 roku Kasia Lins była dwukrotnie nominowana do nagrody Fryderyk – w kategoriach Album Roku Pop Alternatywny oraz w kategorii Autor Roku. Nowy album „Moja wina” to opowieść o raju i piekle, grzechu i przebaczeniu, uniesieniach i upadkach. Kasia Lins jest autorką wszystkich tekstów i współautorką muzyki, która powstała w duecie z Karolem Łakomcem. Anna Zaleska: Kilka dni po premierze płyty „Moja wina” ma pani chyba powody do zadowolenia, bo recenzje są świetne. „Warstwa liryczna budzi podziw i zachwyca”, „oryginalna, prawdziwa i spójna”, „mocny kandydat do płyty roku”. Kasia Lins: Tak, recenzje są zaskakująco dobre. Nie zakładałam, że będą dobre czy złe, ale to zawsze miłe. Nigdy nie wiadomo, z jakim odbiorem płyta się spotka. W którym momencie pani czuje, że jest dobra? Nadal nie wiem, czy jest dobra, to raczej ocena słuchaczy. Dla mnie jest po prostu moja. Kiedy czuję, że osiągnęłam to, co chciałam, to jest moment, by płytę oddać w ręce słuchaczy. Jej premiera zbiegła się niemal z pani 30. urodzinami, ukazała się dwa dni wcześniej. To prezent dla samej siebie? Nie ukrywam, zależało mi, by płyta ukazała się przed urodzinami, tak bym mogła powiedzieć, że wydałam ją mając 29 lat. Chciałam, żeby była symbolem zakończenia etapu mojego dwudziestolecia, odcięcia go i wejścia w nowy. „Młodość mi ciąży i czuję ulgę na myśl, że to tylko parę chwil” – to cytat z jednej z pani piosenek. Tak pani myśli o młodości? Że to jest coś, co dobrze mieć już za sobą? Gdy pisałam tę piosenkę, tak myślałam. Ale tutaj nie chodzi o młodość słownikową, ale o...

Czytaj dalej
Okładka płyty „Carla Bruni”

Najpiękniejsze płyty tej jesieni: Carla Bruni, Diana Krall, Melody Gardot i inni

Najbardziej nastrojowe, pełne melancholii i tęsknoty płyty na jesień. Ale też takie, które dodadzą energii, chęci do życia albo podziałają jak balsam dla duszy.
Anna Zaleska
28.09.2020

Płyty nastrojowe i pełne melancholii najlepiej brzmią o tej właśnie porze roku, gdy o szyby deszcz dzwoni jesienny. Ale czasem jak już robi się zbyt smutno, może lepiej zaserwować sobie coś pogodnego? Matt Dusk w duecie ze Zbigniewem Wodeckim czy Melody Gardot ze Stingiem to coś, co w jednej chwili poprawia nastrój. John Legend działa jak balsam dla duszy. John Lennon proponuje: „Imagine…” Carla Bruni, „Carla Bruni”, Universal Spokój, nostalgia, prostota i delikatność. Gitara, fortepian, trochę rytmu, subtelne melodie – to wszystko można znaleźć na nowej płycie Carli Bruni. Tytuł – po prostu „Carla Bruni” – ma podkreślać, jak bardzo osobiste są utwory, które żona byłego prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy'ego napisała na ten album. Większość piosenek śpiewa po francusku, ale jest też utwór po włosku zaśpiewany z siostrą, aktorką Valerią Bruni-Tedeschi. Gdy rozpoczął się lockdown, Carla Bruni miała gotowe prawie pół płyty. Na południe Francji, gdzie rodzina Sarkozych miała mieszkać przez kilka tygodni w odosobnieniu, zabrała ze sobą mikrofon, komputer i gitarę. Przy poprzednich płytach, by pobudzić kreatywność, szła na spacer i przyglądała się ludziom. Teraz to nie było możliwe. Rano ćwiczyła, potem spędzała dużo czasu z dziećmi, gotowała, a potem siadała do pisania piosenek. Może dlatego ta płyta wydaje się jeszcze bardziej intymna niż poprzednie? Melody Gardot „Sunset in the Blue”, Decca Records Kto słuchał w Trójce „Markomani” Marka Niedźwieckiego, na pewno świetnie zna Melody Gardot. Ta amerykańska piosenkarka jazzowa sama pisze swoje piosenki, jest też pianistką i gitarzystką. Jej nowy, długo wyczekiwany album „Sunset in the Blue” zapowiedział singiel „Little Something”, na którym Melody Gardot...

Czytaj dalej
Natalia Kukulska
East News

Natalia Kukulska podsumowuje rok 2020: najlepsza płyta, książka, serial, film i wydarzenie

Jej płyta „Czułe struny” nagrana z orkiestrą Sinfonia Varsovia jest zdecydowanie naszą płytą roku: kobieca, refleksyjna, energetyczna i odważna, bo Natalia Kukulska tym razem wzięła na swój warsztat utwory Fryderyka Chopina. W wywiadzie dla „Urody Życia” mówiła, że chce w życiu iść po swoje marzenia, a „Czułe struny” były jednym z jej największych życiowych marzeń.
Sylwia Niemczyk
29.12.2020

Poprosiłyśmy artystkę, by opowiedziała nam o swoich tegorocznych odkryciach: muzycznych, książkowych, serialowych… Powstała inspirująca lista rzeczy „do nadrobienia” – posłuchajcie, oddajemy głos samej artystce: *** Płyta roku 2020 Rok pandemii pokazał też, że muzyka ma olbrzymie znaczenie. Pomaga przetrwać ciężkie chwile, przeczekać, zapomnieć, ukoić nerwy. Sama, choć byłam zanurzona w pracę nad swoją płytą, wiele słuchałam - zarówno nowości jak i sprawdzonych wykonawców i ich albumów. Dlatego nieprzypadkowo wróciły do mnie dwie stare symfoniczne płyty. Jedna to „Both Sides, Now” Joni Mitchel, a druga to płyta Petera Gabriela „Scratch”. Genialnie brzmiące, głębokie… polecam bo to czyste piękno.  Z odkryć tegorocznych – dwie produkcje, które polecił mi mój syn. Płytę basisty -  Thundercat, którego „The Beyond” przyniosło mi w tym roku powiew świeżości i momentalnie skradło mi serce. Kolejny album to nagranie amerykańskiej grupy Vulfpeck „Live at Madison Square Garden”. Album powstał co prawda w 2019 r., ale ja ten koncert zobaczyłam dopiero podczas pandemii i mogę śmiało powiedzieć, że on odczarował nam ten trudny czas i całej rodzinie dodał energii. Włączyliśmy go sobie w domu i przeżywaliśmy go jak byśmy byli na koncercie, łącznie z tańcem! Ten live jest porywający, przezabawny i błyskotliwy. Bardzo nam poprawił humor, świetnie się bawiliśmy –  to super wspomnienie z tego trudnego czasu.   Z zagranicznych albumów, bo jeszcze mam listę polskich wydarzeń!, gorąco poleciłabym album Jacoba Colliera, pt. „Djesse vol. 3”. Dla mnie to geniusz, śmiało możemy nazwać go Mozartem czy Chopinem muzyki rozrywkowej dzisiejszych czasów. Na tej płycie jest wszystko: i jazz, i...

Czytaj dalej
Natalia Kukulska
Karolina Wilczyńska

Natalia Kukulska o dojrzałości, marzeniach i odwadze: „Chcę jeszcze w życiu wielkich emocji”

Natalia Kukulska spełniła swoje marzenia i zrealizowała największy życiowy projekt: płytę z aranżacjami utworów Fryderyka Chopina. „Czułe struny” to bardzo kobieca płyta – o miłości, odwadze, macierzyństwie.
Sylwia Niemczyk
17.10.2020

Jestem w takim momencie życia, że nie chcę już tylko marzyć, ale spełniać swoje marzenia, by za kilka czy kilkanaście lat nie żałować, że nie spróbowałam”, mówi Natalia Kukulska przy okazji premiery płyty „Czułe struny”  z nowymi, wyjątkowymi aranżacjami utworów Fryderyka Chopina. Sylwia Niemczyk: Powiedziałaś kiedyś w „Urodzie Życia”, że w życiu warto kierować się odwagą. Twoja nowa płyta „Czułe struny” pokazuje, że odwagi na pewno ci nie brakuje.  Natalia Kukulska: Dotykanie twórczości wielkich kompozytorów czy poetów zawsze wymaga pewnej zuchwałości i powiem szczerze, że prawdopodobnie bym się na to spotkanie z Chopinem nigdy nie zdecydowała, gdyby nie to, że zostałam na nie w pewien sposób zaproszona. 10 lat temu, w dwusetną rocznicę urodzin Chopina, zostałam jako wokalistka zaproszona przez poznański Classic Jazz Quartet do udziału w koncercie „Chopin nasz współczesny”. Wtedy byłam tym tak samo zdziwiona, jak pewnie dzisiaj są niektórzy, widząc moje „Czułe struny”. Myślałam: „Jak to, ja?!”. Ale po tamtym jednym koncercie miałam duży niedosyt i pomyślałam, że warto byłoby kiedyś jeszcze do Chopina wrócić. I jako że jestem osobą, która lubi sobie wszystko planować z dużym wyprzedzeniem, to już wtedy, te 10 lat temu zaplanowałam, że wrócę w kolejną okrągłą rocznicę urodzin Chopina. Miałam dużo czasu, żeby ten pomysł się w mojej głowie zweryfikował. Po pierwsze: czy, ale przede wszystkim: jak to zrobić.  I to „jak” jest zrobione naprawdę z przytupem: razem z tobą na płycie występuje Sinfonia Varsovia.  To już od długiego czasu było moim wielkim marzeniem. Każdy artysta, który miał okazję wystąpić na scenie z orkiestrą symfoniczną,...

Czytaj dalej