Anna Smolar: Jestem częścią walki o lepszy świat
Reżyserka teatralna Anna Smolar. Fot. Tatiana+Karol

Anna Smolar: Jestem częścią walki o lepszy świat

Kiedy oglądałam relacje z marszu, myślałam o twardym wychowaniu, o wstydzie, o mężczyznach, którym zabroniono okazywać słabość – mówi Anna Smolar, reżyserka spektaklu „Koniec z Eddym” w Teatrze Studio w Warszawie
Magdalena Żakowska
20.11.2020

Urodziła się i wychowała we Francji. Jej rodzice – Irena Grosfeld i Aleksander Smolar (wieloletni prezes Fundacji Batorego) – wyjechali z Polski na początku lat 70. na fali wydarzeń marcowych. Anna Smolar jest absolwentką literaturoznawstwa na paryskiej Sorbonie, a dziś zaliczana jest do grona najzdolniejszych reżyserek teatralnych młodego pokolenia. Do Polski przeprowadziła się w 2004 roku i tu założyła rodzinę. Jest laureatką Paszportów Polityki 2016 za tworzenie kameralnego i empatycznego teatru, w którym podejmuje tematy zepchnięte na margines. Taki jest też jej najnowszy spektakl, „Koniec z Eddym” w Teatrze Studio. 

Magda Żakowska: „Koniec z Eddym” Edouarda Louisa porusza bardzo aktualny w Polsce temat nietolerancji i homofobii.   

Anna Smolar: W teatrze spektakle najczęściej planuje się z dwuletnim wyprzedzeniem, więc to nie jest tak, że podejmuję tematy doraźne, żeby odpowiadać na to, co dzieje się na ulicach. Ale staram się wybierać tematy, które wydają mi się pilne i żywe. Podobnie było ze spektaklem „Kowboje”, opowiadającym o nauczycielach i ich trudnej kondycji, poczuciu misji, frustracjach, o budowaniu poczucia zaufania i sensu, o doświadczeniu wrogości i opresji.

Premiera „Kowbojów” w Teatrze im. Osterwy w Lublinie przypadkowo zbiegła się z pierwszym tygodniem strajku nauczycieli. 

Takie tematy, jak walka o nowoczesną edukację, prawa kobiet, LGBT i innych mniejszości, w Polsce niestety nigdy nie schodzą z pierwszego planu. I to nawet w samym epicentrum pandemii. Premiera spektaklu „Koniec z Eddym” zbiegła się z decyzją Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji. Tymczasem opowieść Edouarda Louisa o przemocy systemowej jest bezpośrednio powiązana z sytuacją kobiet w Polsce.

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Jakie są reguły gry

Louis dotyka kwestii prastarego porządku, który definiuje kontury rzeczywistości wszystkich – mężczyzn, kobiet, ludzi o różnej orientacji seksualnej, dzieci i dorosłych. Jakie są reguły gry tego świata? Jak się wyrażają w różnych środowiskach i w różnych klasach społecznych? Jak te reguły determinują rozmaite decyzje, które stanowią o losie człowieka? O tym opowiadamy w spektaklu.

„Koniec z Eddym” reż. Anna Smolar
„Koniec z Eddym”, reż. Anna Smolar, Teatr Studio. Fot. Bartek Warzecha

Jak definiujecie te reguły?

Można je nazwać patriarchatem, Edouard Louis używa też określenia „maskulinizm”, czyli porządek systemowy, w którym twardość i tzw. „prawdziwa męskość” kształtuje relacje społeczne, stosunek do edukacji i ścieżki zawodowej, definiuje również najbardziej prywatne i intymne więzi. Wtedy nawet kwestia miłości staje się polityczna – Louis pokazuje, jak w jego otoczeniu ludzie nie mieli nawet szansy nauczyć się języka miłości, bo zasady świata twardzieli niejako wypierały naukę komunikacji miękkiej, czułej.

Ta definicja pasuje też do tych chłopców, którzy stają dziś na przeciwko protestujących kobiet, agresywnych nacjonalistów, kiboli, którzy nie znają innego języka manifestowania swoich wartości niż przemoc. 

Nie wiem, czy ci, którzy brali udział w Marszu 11 listopada, są jednolitą grupą i wolałabym nie wsadzać wszystkich do jednego wora. Tak samo kobiety, które ostatnio wychodzą na ulice, są bardzo różne, reprezentują rozmaite wartości. Kiedy patrzyłam na relacje z marszu, na rzucone race w stronę balkonu podobnego do mojego, obwieszonego tęczową flagą i piorunem, to myślałam właśnie o tym: o twardym wychowaniu, o zaniechaniu dialogu między dorosłymi, a dziećmi. O wstydzie, który uniemożliwia wyrażanie swoich emocji czy akceptacji ciała i jego potrzeb. O wrogości, która płynie ze wstydu i braku autentycznego dialogu.

W świecie, który opisuje Edouard Louis, nawet kobiety muszą być twarde.

Muszą porządkować swój świat według tych narzuconych reguł i tresować do nich swoje dzieci. Muszą żyć u boku mężczyzn, którym zabroniono okazywać słabość.

W ostatnich latach odeszłaś od wystawiania dramatów, zaczęłaś szukać wypowiedzi bardziej osobistych, tekstów, które angażują wszystkich twórców spektaklu. Aktorzy mają coraz większy wpływ na kształt przedstawienia. Tak było też tym razem?

Taką metodę pracy rozwijałam od 2015 roku, czyli ostatnie 5 lat rządów PiS-u. Uświadomiłam to sobie ostatnio i to raczej nie jest przypadkowa zbieżność. W świecie, w którym narzuca nam się jedną, jedynie słuszną ideologię, a politycy u władzy używają języka, który dehumanizuje część społeczeństwa, czuję potrzebę usłyszenia osobistych opowieści. Tylko wielogłos jest w stanie rozbić monolityczne, stereotypowe myślenie. Postrzegam zespół aktorski jako ciało reprezentujące rozmaite grupy społeczne, doświadczenia, konstrukcje tożsamościowe, cielesności. 

Zresztą często zaczynamy pracę od warsztatów, zapraszamy osoby, które są ekspertami w danej dziedzinie, one dzielą się swoimi opowieściami. Wymiana, która podczas warsztatów następuje między aktorami a gośćmi, staje się fundamentem pracy aktorów. Ze sceny zabierają głos nie tylko we własnym imieniu ale też tych ludzi, którzy wnieśli w proces tworzenia spektaklu bardzo realne doświadczenie. 

„Koniec z Eddym” reż. Anna Smolar
„Koniec z Eddym”, reż. Anna Smolar, Teatr Studio. Fot. Bartek Warzecha

W przypadku spektaklu „Koniec z Eddym” z jednej strony mamy autora, który jest gwiazdą literatury francuskiej, i jego głos jest w naszym spektaklu bardzo ważny. A z drugiej strony jego perspektywa zderza się z wrażliwością naszego zespołu. Pracowaliśmy nad tym spektaklem na bazie improwizacji. Rozmawialiśmy, wymienialiśmy doświadczenia związane z kwestią klasowości i determinizmu społecznego, tożsamości seksualnej, zmagania się z oczekiwaniami innych. Jakie role kulturowe są nam od momentu narodzin narzucane? Jak jesteśmy przywoływani do społecznego porządku? Nasz spektakl jest wypadkową tego spotkania między autorem i zespołem. Większość scen to swobodne wariacje na temat książki Edouarda Louisa. 

Wątek wykorzenienia, który jest ważnym wątkiem książki Louisa, jest też w jakimś sensie twoim doświadczeniem. Urodziłaś się i wychowałaś we Francji, teraz mieszkasz w Polsce. Wniosłaś to swoje doświadczenie do spektaklu?

W jakimś stopniu tak, ale moje doświadczenie emigracyjne dotyczy zmiany kontekstu kulturowego, zmiany języka.

Książka jak oskarżyciel

Czym Polska różni się tu od Francji?

We Francji klasy społeczne są bardzo wyraźnie rozgraniczone i niezwykle trudno o transfer z jednej klasy do drugiej. W Polsce jest chyba pod tym względem łatwiej. Wśród ludzi kultury jest wiele osób pochodzących z małych miejscowości, z klasy robotniczej. I droga od jednego do drugiego środowiska wydaje się czymś bardziej powszechnym. Raczej tu trudno sobie wyobrazić taki wysiłek ukrywania swoich korzeni jak ten, który opisuje socjolog Didier Eribon w „Powrocie do Reims”. Niemniej wieloletnie zmaganie się ze wstydem klasowym jest uniwersalnym doświadczeniem. Tak samo tu czy tam doświadczenie transferu klasowego wiąże się nieraz z trudnym uczuciem podwójności, niedopasowania, lawirowania między dwoma światami. 

Edouard Louis, aby opowiedzieć o tym doświadczeniu, zastosował przewrotną metodę, która polega na wykreśleniu swojej przeszłości, wymazaniu części siebie – stąd tytuł „Koniec z Eddym”, ale poprzez świadectwo, czyli w jakimś sensie uwiecznienie. 

Tak, właśnie podstawową inspiracją dla Louisa była książka Eribona. Tyle że Eribon jest przypadkiem autora, który przez lata funkcjonował w środowisku elit Paryża, ukrywając swoje pochodzenie. Wyszedł z jednej szafy, jako gej, ale pozostał w drugiej – klasowej. To doświadczenie wstydu przerwał, pisząc właśnie książkę „Powrót do Reims”. Ta książka wywołała wielką debatę, myślę, że miała wpływ na wielu ludzi, w tym na Edouarda Louisa, który czytając ją zrozumiał, że doświadczenie opisane przez Eribona jest mu szalenie bliskie, ale dzięki temu oparł się pokusie kamuflowania swojego pochodzenia. Z klasowego wykluczenia wynikającego z robotniczego pochodzenia uczynił źródło swojej pracy. Stworzył narrację, która zaprasza kolejne osoby do kręgu przełamywania poczucia wstydu wynikającego z pochodzenia i przerzucania tego wstydu na drugą stronę.

Podobny gest emancypacyjny stosują dziś ofiary przemocy, m.in. w ramach ruchu #metoo: dlaczego to my mamy się wstydzić i chować nasze opowieści? Przecież wstyd leży po stronie oprawców, jest tam gdzie jest bieda, przemoc systemowa, homofobia, gdzie mniejszości są dyskryminowane i żadna struktura państwa ich nie chroni.

Wokół postaci Edouarda Louisa narosło we Francji wiele kontrowersji.

Najpierw książka była odsyłana przez wydawców z wyraźną niechęcią i rozdrażnieniem. Uważano, że jego świadectwo to przesada, karykatura, że we Francji XXI wieku nie ma już takiego nieszczęścia. Po publikacji narosły kontrowersje natury etycznej. Z jednej strony Louis deklaruje, że napisał autobiografię i wszystko, co w niej zawarł jest prawdą, a z drugiej nazywa swoją książkę powieścią, bo jest precyzyjnie zaplanowaną konstrukcją literacką. Swoją kolejną książkę, „Historię przemocy”, też nazywa powieścią, chociaż opiera ją na faktach, opowiada w niej o gwałcie i pobiciu przez mężczyznę, z którym spędził noc. Premiera książki zbiegła się z aresztowaniem tego mężczyzny, a ona sama stała się niejako „oskarżycielem posiłkowym” w procesie. Była traktowana jako materiał dowodowy, chociaż sam autor nazywa ją powieścią. Jest to precedens. Z jednej strony Edouard Louis jest w tej książce ofiarą przemocy i gwałtu, ale z drugiej strony, jako autor, występuje i pisze z pozycji uprzywilejowanej. 

Mamy drugą falę pandemii, teatry są zamknięte, kolejne premiery odwoływane. Twój spektakl jeszcze zdążył mieć premierę…

To trudne. Od marca wszyscy się konfrontujemy z nieznośną niepewnością, bytową i ontologiczną – jaki jest nasz status? Jak funkcjonować dalej? Ludzie kultury nie dostają żadnej sprawiedliwej propozycji, ministerstwo kultury nie proponuje systemowego wsparcia, a ludzie bankrutują albo muszą się przebranżowić. Ich talent, dorobek, wkład w polską kulturę są tracone. Pandemia brutalnie ujawniła prekarność wszystkich tych, którzy pracują w sektorze kultury, a szczególnie ludzi związanych ze sztukami performatywnymi, teatrem, tańcem, muzyką.

Siostrzeństwo w czasach konfliktu

Wielu ludzi traci wszelkie źródła dochodów. W kontekście teatru w tej sytuacji znaleźli się nie tylko artyści, ale też ekipy techniczne, pedagodzy, ludzie piszący o teatrze. Na wiosnę pojawiały się programy mające wspierać działania w sieci, ale w żaden sposób nie rozwiązujące problemów większości z nas, freelancerów, którzy nie mają stałych dochodów i zabezpieczeń, którzy też na dobrą sprawę nie są żadnymi ekspertami od wideo-artu. Zresztą kto ma siłę codziennie oglądać jakieś kolejne wydarzenia online?

Teraz Ministerstwo ogłosiło Fundusz Wsparcia Kultury, który tylko pogłębia nierówności i opiera się na bezmyślnym rozdawaniu pieniędzy według algorytmu, z uwzględnieniem jednak tego, czy dany podmiot prezentuje postawę raczej prorządową czy nie. Te ostatnie miesiące mocno uderzają w poczucie sensu. A izolacja w domach generuje ogromne zagubienie. Kim jest artysta w takich czasach i jak może pracować, w jakich ramach, co może proponować, żeby kontakt z odbiorcą zachował ciągłość? Przecież siłą teatru jest żywa obecność. To doświadczenie społeczne i duchowe, którego wszyscy teraz bardzo potrzebujemy.

Ale paradoksalnie teatr stał się w ostatnim czasie bardzo elitarny. Chociaż jest tak potrzebny.

Ja miałam dużo szczęścia, bo doszło do premiery naszego spektaklu, chociaż w zasadzie do ostatniego dnia nie byliśmy tego na sto procent pewni. Pragnienie w zespole, żeby przychodzić codziennie do pracy i spotkać się z widzem była tak ogromna, że byliśmy przeszczęśliwi, mimo tego, że na widowni mogła być garstka ludzi. Ale to ambiwalentna sytuacja. Pracujemy dla grupy uprzywilejowanych ludzi, którzy mogą zaryzykować przyjście do teatru, bo pozwala im na to sytuacja finansowa i zdrowotna. Chociaż gwarantuję, że przed zamknięciem panowały tam tak restrykcyjne zasady, że teatry były najbezpieczniejszym miejscem w mieście. 

„Koniec z Eddym” reż. Anna Smolar
„Koniec z Eddym”, reż. Anna Smolar, Teatr Studio. Fot. Bartek Warzecha

Z drugiej strony do ostatniej chwili funkcjonowały też programy szalenie demokratyzujące dostęp do kultury, jak „Teatr Polska”. W ramach tego projektu zdążyliśmy pojechać ze spektaklem „Kowboje” do Chełma i Sandomierza. Do Olecka i Ełku nie zdążyliśmy. Występowaliśmy w domach kultury, mogliśmy zapraszać na nasz spektakl ludzi, którzy do instytucjonalnych teatrów mają daleko. 

To projekt podobny do Polski Światłoczułej.

Tak. Zainicjował go wiele lat temu Maciej Nowak, kiedy był jeszcze szefem Instytutu Teatralnego. Co roku kilkanaście spektakli jeździ w ten sposób po Polsce. To świetny sposób, żeby czynić kulturę bardziej dostępną. 

To są spotkania, które pozwalają ci poznać Polskę i Polaków?

Na pewno. Dzięki teatrowi znam więcej polskich miast niż poznałam francuskich, żyjąc tam aż do przeprowadzki w wieku 24 lat. 

Dlaczego Polska?

Trudno jednoznacznie to podsumować. Myślę, że takie decyzje rozkładają się na lata, to długi proces. Kiedy w 2004 roku przyjechałam do Polski, nie miałam pojęcia, że tu zostanę, nie przyszło mi to wtedy do głowy. Moja decyzja wynikała po pierwsze z tego, że poznałam szybko mojego przyszłego męża, a po drugie ze spotkania z polskim teatrem. Przyjechałam pracować tu, mając jedynie pojęcie o kilku najsławniejszych twórcach. Zafascynowali mnie ludzie, których miałam szansę poznać tuż po przyjeździe, twórcy pracujący w różnych dziedzinach.

Zresztą to też zjawisko charakterystyczne dla polskiego świata kultury: wymiana między twórcami różnych dziedzin sztuki oraz między pokoleniami jest dynamiczna, istnieje ogromna otwartość w porównaniu z francuskim środowiskiem artystycznym. Zafascynowało mnie też polskie aktorstwo i rodzaj społecznej i politycznej świadomości u aktorów. To jest coś, czego we Francji nie spotkałam – tego rodzaju zaangażowania, wiedzy o świecie i refleksji na temat swojego miejsca w społeczeństwie. Spodobała mi się polska zdolność do wchodzenia w relacje bez asekuracji, do głębszych rozmów, bez tych gier społecznych, które są o wiele silniejsze we Francji, o czym pisze m.in. właśnie Edouard Louis. 

A dzisiaj, jak patrzysz na to, co dzieje się w Polsce, na to, co minister Czarnik robi nauczycielom, na decyzję Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji, nie żałujesz tej decyzji?

Absolutnie nie. Moja decyzja o przeprowadzce do Polski to nie była kalkulacja, nigdy nie rozgrywałam strategii pod kątem wygodnego albo bezpiecznego życia. Wiadomo, że wolałabym mieć pewność, że moje dzieci dorastają w kraju otwartym i chroniącym prawa człowieka. Ale jestem częścią walki o lepszy świat. Czuję, że uczestniczę w ogromnie ważnych wydarzeniach, w historii tego kraju.

Jestem częścią tej rzeczywistości, pracuję tutaj, od lat pracuję na rzecz dialogu z tutejszą publicznością, moje dzieci chodzą tu do szkoły, angażuję się lokalnie w rozmaite społeczności. A za każdym razem, kiedy władza przekracza jakąś fundamentalną granicę to wychodzę na ulicę i nie oszczędzam się, tak było teraz po decyzji Trybunału Konstytucyjnego, nieraz przekładałam Strajk Kobiet nad inne obowiązki. Jestem po prostu obywatelką tego kraju, jestem tu cała. 

Wychowałaś się w kraju, w którym prawo do aborcji jest prawem kobiet już od lat 70-tych. W tym roku francuski parlament przyjął ustawę przewidującą kary za publikowanie na stronach internetowych nieprawdziwych informacji mających na celu zniechęcenie kobiet do wykonywania zabiegu aborcji. Grozi za to kara do dwóch lat więzienia. My walczymy o fundamentalne prawo do aborcji, Francja dba o to, aby tło kulturowe nie sprawiało, że kobiety będą czuły się winne, gdy rozważają przerwanie ciąży. 

Staram się nie porównywać Francji i Polski, bo to dwie różne kultury, w których Kościół odgrywa zupełnie inną rolę. Panują u nas inne reguły gry i porządek obyczajowy. Ale jako kobieta, obywatelka i matka uważam, że postulaty, które formułuje Strajk Kobiet, opierające się na idei wolnego wyboru, są po prostu oczywiste i nie podlegają dyskusji. Pilną sprawą wydaje mi się rozdział państwa od Kościoła, odpolitycznienie Kościoła i „odkościelnienie” polityki. Uzdrowiłoby to obie strony, a przede wszystkim pomogłoby to wiernym, którzy są teraz w trudnej sytuacji, rozdarci między walką o podstawowe prawa kobiet, a odbierającym godność i podmiotowość przekazem płynącym od strony władz kościelnych. 

Powiedziałaś kiedyś, że twoją kobiecą świadomość ukształtowała mama, z feministycznym wydźwiękiem, chociaż pewnie wyparłaby się słowa feminizm. Dlaczego?

Sądzę że, tak jak wiele kobiet jej pokolenia,  mama przez wiele lat dystansowała się od tego słowa, bo było postrzegane stereotypowo. Dziś powoli odzyskuje swój humanistyczny wydźwięk: feminizm w swoim fundamentalnym aspekcie jest walką o równość kobiet, mężczyzn - oraz warto dodać: osób niebinarnych. Jest więc po prostu walką o prawa człowieka. Czasem wydaje mi się, że niektóre słowa są już stracone, że trzeba wymyślić inne, żeby ludzie zdali sobie sprawę, że na poziomie wartości nieraz się spotykają i zgadzają. Że trzeba dokopać się do sedna, porzucając wszelkie –izmy. Słownictwo się zmienia, znaczenia słów się zmieniają, musimy za tym nadążać. To, co było jeszcze kilka miesięcy temu dla dużej grupy nie do pomyślenia, czyli wulgaryzmy używane przez Margot, dzisiaj są ważnym składnikiem protestów. To Margot otworzyła nam drogę do wyrażania naszych emocji i gniewu wprost, do porzucenia niuansów. Wierzę, że to jej zawdzięczamy energię, która tak zaraziła młode pokolenie w małych i dużych miastach. 

Wypierdalać to hasło, które dobrze oddaje to, o co walczymy?

Szczerze mówiąc na ten moment nie widzę lepszego. Uważam, że Marta Lempart fantastycznie nadaje ton protestom i uruchomiła zbiorowe emocje na rzecz niezgody, krzyku, niezgody w postaci wielkiego „stop”. Bardzo jej jestem za to wdzięczna. 

Kolejny spektakl realizujesz na wiosnę w Starym Teatrze w Krakowie. Co to będzie?

Teatralna wersja „Halki”. Nie koniecznie śpiewana, nie operowa, za to współczesna. Będzie przepisywać tę znaną wszystkim historię na miarę kobiet XXI wieku. Myślę, że warto przyglądać się temu, jak opowiadać dziś o relacjach między kobietami, na przykład między Haliną a Zosią, czyli gdzie w czasach konfliktu szukać siostrzeństwa. 

Spektakl „Koniec z Eddym” w reżyserii Anny Smolar od 1 grudnia będzie dostępny online na platformie www.vod.teatrstudio.pl

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Sen Henri Rousseau
The Museum of Modern Art, New York. Gift of Nelson A. Rockefeller/Google Arts & Culture

Światowa kultura nigdy nie była tak dostępna, jak teraz

Opery, spektakle i galerie, które dzięki pandemii możesz obejrzeć wirtualnie, zapierają dech w piersiach. Za darmo! 
Magdalena Żakowska
29.04.2020

Kiedy w wyniku pandemii zamknięto kina, jasne było, że wiele filmowych premier przeniesie się na platformy streamingowe. Aktorzy, którzy z dnia na dzień stracili możliwość występowania w teatrze, udostępniają z pomocą social mediów swoje słuchowiska. Podobnie muzycy, którzy grają na żywo w naszych domach za pośrednictwem Facebooka, Instagrama, czy YouTube'a. Koncerty Johna Legenda, Chrisa Martina, Neila Younga, czy Orkiestry Symfonicznej z Melbourne dostępne są na wyciągnięcie ręki. Organizatorzy Festiwalu Jazzowego w Montrealu otworzyli dla fanów darmowy dostęp do archiwalnych koncertów, w tym Raya Charlesa, Marvina Gaye'a czy Niny Simone. Światowa kultura nigdy nie była jeszcze dostępna tak łatwo. Korzystajmy, póki można! Każdy centymetr „Gwiaździstej nocy” Dzięki platformie Google Arts & Culture mamy dziś niepowtarzalną okazję, żeby zwiedzić kompletnie za darmo najważniejsze instytucje kultury i sztuki na świecie – od Muzeum Van Gogha w Amsterdamie, przez Galerię Uffizi we Florencji, Galerię Sztuki w Johannesburgu po Tate Modern w Londynie. Nie dość, że bez kolejki i tłumu turystów, to jeszcze bliżej niż w rzeczywistości. Wystarczy kliknąć na wybrane dzieło, żeby obejrzeć je kawałek po kawałku, niemal pod lupą – tak blisko, żeby prześledzić każdy ruch pędzla. W nowojorskiej MoMA można w ten sposób przestudiować między innymi „Sen” Henri Rousseau i „Gwiaździstą noc” Van Gogha, a w paryskim Musee d'Orsay „Lekcję baletu” Edgara Degas, czy „Kobiety zbierające kłosy” Jean-Francois Milleta. Platforma Google Arts & Culture umożliwia zwiedzanie konkretnych muzeów, ale też wyszukiwanie obrazów konkretnych malarzy spośród kilkudziesięciu muzeów i galerii na świecie. Proponuje kulturalne wycieczki po...

Czytaj dalej
Anna Cieślak
Weronika Kosińska

Anna Cieślak zawodowo gra… żony, a po pracy pomaga kobietom w Fundacji „La Strada”

Od kilku dni jest znowu o niej głośno, za sprawą wieści o związku z Edwardem Miszczakiem. Ale Anna Cieślak woli mówić o planach w pracy – a na jej brak nie może narzekać. Już od 30 kwietnia zobaczymy ją w nowym serialu „Szadź”.
Magdalena Żakowska
17.02.2020

Dla mnie pomaganie jest elementem życia. Potrzebuję tego i naprawdę to lubię” – mówi Anna Cieślak, 40-letnia aktorka znana m.in. z serialu „Na Wspólnej” i dodaje, że  już w dzieciństwie miała ksywę „Caritas”! Obecnie współpracuje z fundacją „La Strada”, która zajmuje się walką z handlem ludźmi i niewolnictwem. Magdalena Żakowska „Uroda Życia”: Czytasz kryminały? Anna Cieślak: Nie, w naszej rodzinie to mama jest od kryminałów. Roberta Ludluma przeczytała na wszystkie strony. Ja wolę baśnie braci Grimm, Oscara Wilde’a czy Edgara Allana Poego, mity i przypowieści z różnych stron świata. Więc uprzedzając twoje kolejne pytanie, nie znałam wcześniej „Szadzi” Igora Brejdyganta.  A to właśnie na podstawie tej powieści powstaje serial kryminalny TVN. Premiera wiosną, w głównych rolach Maciek Stuhr i Aleksandra Popławska, a ty…  …a ja śmieję się, że już etatowo gram żonę.  Dlaczego etatowo? Bo mam wrażenie, że żoną jestem nieustannie! W Teatrze Polskim gram żonę Andrzeja Seweryna w dwóch spektaklach – w „Szkole żon” w reżyserii Jacques’a Lassalle’a i w „Deprawatorze” w reżyserii Macieja Wojtyszki, gdzie wcielam się w postać Rity Gombrowicz. Z Maćkiem Stuhrem po raz pierwszy spotkaliśmy się na planie „Gliny” Władysława Pasikowskiego, gdzie graliśmy parę, a potem drugi raz w „Ślubach panieńskich” Filipa Bajona. No i teraz gram jego żonę po raz trzeci.  Tym razem to trudny związek. Tak. To dla mnie niezwykle ważna rola, bo od 10 lat jestem wolontariuszką Fundacji „La Strada”, która zajmuje się w Polsce walką z handlem ludźmi i niewolnictwem. Maciek gra w naszym serialu...

Czytaj dalej
Fot. East News, Reporter

Murem za kobietami  – mężczyźni, którzy wspierają Strajk Kobiet

W przeciwieństwie do tych, którzy pod pretekstem „obrony kobiet i rodziny” atakują uczestniczki demonstracji, ci mężczyźni naprawdę stoją murem za kobietami, wspierając Strajk Kobiet. Ich wystąpienia są pełne emocji.
Anna Zaleska
03.11.2020

Protesty Strajku Kobiet mają poparcie ponad 60 procent Polaków – tak wynika z badań przeprowadzonych przez IBRiS dla Wirtualnej Polski. Na pytanie: „Czy w obecnej sytuacji epidemicznej protesty powinny dalej trwać?” pozytywnie odpowiedziało 58 proc. kobiet i aż 63 proc. mężczyzn! Mężczyźni są obecni na protestach, ale też w mediach społecznościowych udzielają strajkującym kobietom silnego poparcia. Często nie przebierając w słowach. Przemysław Kossakowski Dziennikarz i podróżnik prowadzący program „Down the Road. Zespół w trasie” 28 października napisał na swoim profilu na Instagramie: „Kobiety powinny mieć prawo do wyboru. Strajk kobiet. Popieram”. Jego wpis dostał ogromne poparcie, ale niektórzy komentatorzy zarzucili mu hipokryzję, twierdząc, że osoba, która robi program z osobami z Zespołem Downa, nie powinna propagować takich poglądów. Kossakowski odpowiedział na to: „ Uważam, że każdy porządny człowiek powinien wspierać ludzi niepełnosprawnych i ich rodziny. Ale to nie oznacza, że mamy prawo zmuszać kobiety do rodzenia trwale i nieodwracalnie uszkodzonych płodów. Kobiety powinny mieć prawo wyboru. Mam nadzieję, że ci, którzy mają inne zdanie, zamiast trwonić energię kanalizowaną w internetowych komentarzach, zainwestują ją, angażując się w wolontariat lub inną pomoc ludziom niepełnosprawnym. Jestem wolontariuszem od ponad roku. To doświadczenie ostatecznie nauczyło mnie, że nie mamy prawa nakazywać kobietom, aby poświęcały swoje życie dla jakiejkolwiek wizji świata ”. A na koniec dodał: „Domy dziennej pomocy, warsztaty terapii zajęciowej, stowarzyszenia i fundacje czekają. Może, zamiast klepać w klawiatury, zróbcie dla odmiany coś, co zmieni świat na lepsze”. Wojciech Chmielarz „Miałem kilka pomysłów, w jaki...

Czytaj dalej
Karolina Gruszka
Filip Zwierzchowski

Karolina Gruszka: „Szukam bogini w sobie”

Karolina Gruszka w rozmowie o kobiecości, kobiecej boskości, medytacji i planach na czasy po pandemii.
Magdalena Żakowska
14.12.2020

Znakomita w poważnym teatrze i komediowym serialu. Ostatnio w „Królestwie kobiet” w TVN. Nam Karolina Gruszka mówi o kobiecej więzi, medytacji i wspólnej drodze z mężem, cenionym reżyserem Iwanem Wyrypajewem. Magdalena Żakowska: Policzyłam, że zagrałaś już w ponad 30 filmach. I pomyślałam sobie: ależ my już jesteśmy stare! Karolina Gruszka: Na swoje usprawiedliwienie powiem, że wcześnie zaczęłam. W „Bożej podszewce” zagrałam w liceum. A jeszcze wcześniej wystąpiłaś w „Dyskotece pana Jacka”. Nieustannie mnie to dziwi. Ty, taka nieśmiała introwertyczka? Coś ty?! Ja jestem taką typową aktorką, która zapędy do występów na scenie miała od dziecka. Tańce, piosenki – proszę bardzo. Budziłam się rano i uczyłam na pamięć wiersza. Już w podstawówce zapisałam się do Teatru Muzycznego „Pantera”, a stamtąd trafiłam do Jacka Cygana. A kiedy w telewizji pokazano serial „Modrzejewska” z Krystyną Jandą, zapragnęłam być drugą Modrzejewską. To prawda, że zawsze opowiadam o sobie jako introwertyczce, ale całkiem niedawno zrozumiałam, że to nie jest do końca prawda. Mam poczucie, że ten jungowski podział na introwertyków i ekstrawertyków stworzył mi w głowie pewien schemat, który od jakiegoś czasu przestał być dla mnie wyczerpujący. Zaczęłam to widzieć trochę inaczej. Karolian Gruszka o kobiecości i kobiecej boskości w każdej z nas To znaczy? W pandemii przeczytałam bardzo fajną książkę, „Boginie w każdej kobiecie”, amerykańskiej psychiatry i psycholożki Jean Shinody Bolen. Opisuje tam archetypy kobiece, opierając się na mitologii greckiej, pisze o tym, jak cechy greckich bogiń objawiają się w kobiecej psychice. Według Bolen każda kobieta może mieć wewnętrznie dostęp do każdej z tych bogiń i może...

Czytaj dalej