Anna Smolar: Jestem częścią walki o lepszy świat
Reżyserka teatralna Anna Smolar. Fot. Tatiana+Karol

Anna Smolar: Jestem częścią walki o lepszy świat

Kiedy oglądałam relacje z marszu, myślałam o twardym wychowaniu, o wstydzie, o mężczyznach, którym zabroniono okazywać słabość – mówi Anna Smolar, reżyserka spektaklu „Koniec z Eddym” w Teatrze Studio w Warszawie
Magdalena Żakowska
20.11.2020

Urodziła się i wychowała we Francji. Jej rodzice – Irena Grosfeld i Aleksander Smolar (wieloletni prezes Fundacji Batorego) – wyjechali z Polski na początku lat 70. na fali wydarzeń marcowych. Anna Smolar jest absolwentką literaturoznawstwa na paryskiej Sorbonie, a dziś zaliczana jest do grona najzdolniejszych reżyserek teatralnych młodego pokolenia. Do Polski przeprowadziła się w 2004 roku i tu założyła rodzinę. Jest laureatką Paszportów Polityki 2016 za tworzenie kameralnego i empatycznego teatru, w którym podejmuje tematy zepchnięte na margines. Taki jest też jej najnowszy spektakl, „Koniec z Eddym” w Teatrze Studio. 

Magda Żakowska: „Koniec z Eddym” Edouarda Louisa porusza bardzo aktualny w Polsce temat nietolerancji i homofobii.   

Anna Smolar: W teatrze spektakle najczęściej planuje się z dwuletnim wyprzedzeniem, więc to nie jest tak, że podejmuję tematy doraźne, żeby odpowiadać na to, co dzieje się na ulicach. Ale staram się wybierać tematy, które wydają mi się pilne i żywe. Podobnie było ze spektaklem „Kowboje”, opowiadającym o nauczycielach i ich trudnej kondycji, poczuciu misji, frustracjach, o budowaniu poczucia zaufania i sensu, o doświadczeniu wrogości i opresji.

Premiera „Kowbojów” w Teatrze im. Osterwy w Lublinie przypadkowo zbiegła się z pierwszym tygodniem strajku nauczycieli. 

Takie tematy, jak walka o nowoczesną edukację, prawa kobiet, LGBT i innych mniejszości, w Polsce niestety nigdy nie schodzą z pierwszego planu. I to nawet w samym epicentrum pandemii. Premiera spektaklu „Koniec z Eddym” zbiegła się z decyzją Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji. Tymczasem opowieść Edouarda Louisa o przemocy systemowej jest bezpośrednio powiązana z sytuacją kobiet w Polsce.

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Jakie są reguły gry

Louis dotyka kwestii prastarego porządku, który definiuje kontury rzeczywistości wszystkich – mężczyzn, kobiet, ludzi o różnej orientacji seksualnej, dzieci i dorosłych. Jakie są reguły gry tego świata? Jak się wyrażają w różnych środowiskach i w różnych klasach społecznych? Jak te reguły determinują rozmaite decyzje, które stanowią o losie człowieka? O tym opowiadamy w spektaklu.

„Koniec z Eddym” reż. Anna Smolar
„Koniec z Eddym”, reż. Anna Smolar, Teatr Studio. Fot. Bartek Warzecha

Jak definiujecie te reguły?

Można je nazwać patriarchatem, Edouard Louis używa też określenia „maskulinizm”, czyli porządek systemowy, w którym twardość i tzw. „prawdziwa męskość” kształtuje relacje społeczne, stosunek do edukacji i ścieżki zawodowej, definiuje również najbardziej prywatne i intymne więzi. Wtedy nawet kwestia miłości staje się polityczna – Louis pokazuje, jak w jego otoczeniu ludzie nie mieli nawet szansy nauczyć się języka miłości, bo zasady świata twardzieli niejako wypierały naukę komunikacji miękkiej, czułej.

Ta definicja pasuje też do tych chłopców, którzy stają dziś na przeciwko protestujących kobiet, agresywnych nacjonalistów, kiboli, którzy nie znają innego języka manifestowania swoich wartości niż przemoc. 

Nie wiem, czy ci, którzy brali udział w Marszu 11 listopada, są jednolitą grupą i wolałabym nie wsadzać wszystkich do jednego wora. Tak samo kobiety, które ostatnio wychodzą na ulice, są bardzo różne, reprezentują rozmaite wartości. Kiedy patrzyłam na relacje z marszu, na rzucone race w stronę balkonu podobnego do mojego, obwieszonego tęczową flagą i piorunem, to myślałam właśnie o tym: o twardym wychowaniu, o zaniechaniu dialogu między dorosłymi, a dziećmi. O wstydzie, który uniemożliwia wyrażanie swoich emocji czy akceptacji ciała i jego potrzeb. O wrogości, która płynie ze wstydu i braku autentycznego dialogu.

W świecie, który opisuje Edouard Louis, nawet kobiety muszą być twarde.

Muszą porządkować swój świat według tych narzuconych reguł i tresować do nich swoje dzieci. Muszą żyć u boku mężczyzn, którym zabroniono okazywać słabość.

W ostatnich latach odeszłaś od wystawiania dramatów, zaczęłaś szukać wypowiedzi bardziej osobistych, tekstów, które angażują wszystkich twórców spektaklu. Aktorzy mają coraz większy wpływ na kształt przedstawienia. Tak było też tym razem?

Taką metodę pracy rozwijałam od 2015 roku, czyli ostatnie 5 lat rządów PiS-u. Uświadomiłam to sobie ostatnio i to raczej nie jest przypadkowa zbieżność. W świecie, w którym narzuca nam się jedną, jedynie słuszną ideologię, a politycy u władzy używają języka, który dehumanizuje część społeczeństwa, czuję potrzebę usłyszenia osobistych opowieści. Tylko wielogłos jest w stanie rozbić monolityczne, stereotypowe myślenie. Postrzegam zespół aktorski jako ciało reprezentujące rozmaite grupy społeczne, doświadczenia, konstrukcje tożsamościowe, cielesności. 

Zresztą często zaczynamy pracę od warsztatów, zapraszamy osoby, które są ekspertami w danej dziedzinie, one dzielą się swoimi opowieściami. Wymiana, która podczas warsztatów następuje między aktorami a gośćmi, staje się fundamentem pracy aktorów. Ze sceny zabierają głos nie tylko we własnym imieniu ale też tych ludzi, którzy wnieśli w proces tworzenia spektaklu bardzo realne doświadczenie. 

„Koniec z Eddym” reż. Anna Smolar
„Koniec z Eddym”, reż. Anna Smolar, Teatr Studio. Fot. Bartek Warzecha

W przypadku spektaklu „Koniec z Eddym” z jednej strony mamy autora, który jest gwiazdą literatury francuskiej, i jego głos jest w naszym spektaklu bardzo ważny. A z drugiej strony jego perspektywa zderza się z wrażliwością naszego zespołu. Pracowaliśmy nad tym spektaklem na bazie improwizacji. Rozmawialiśmy, wymienialiśmy doświadczenia związane z kwestią klasowości i determinizmu społecznego, tożsamości seksualnej, zmagania się z oczekiwaniami innych. Jakie role kulturowe są nam od momentu narodzin narzucane? Jak jesteśmy przywoływani do społecznego porządku? Nasz spektakl jest wypadkową tego spotkania między autorem i zespołem. Większość scen to swobodne wariacje na temat książki Edouarda Louisa. 

Wątek wykorzenienia, który jest ważnym wątkiem książki Louisa, jest też w jakimś sensie twoim doświadczeniem. Urodziłaś się i wychowałaś we Francji, teraz mieszkasz w Polsce. Wniosłaś to swoje doświadczenie do spektaklu?

W jakimś stopniu tak, ale moje doświadczenie emigracyjne dotyczy zmiany kontekstu kulturowego, zmiany języka.

Książka jak oskarżyciel

Czym Polska różni się tu od Francji?

We Francji klasy społeczne są bardzo wyraźnie rozgraniczone i niezwykle trudno o transfer z jednej klasy do drugiej. W Polsce jest chyba pod tym względem łatwiej. Wśród ludzi kultury jest wiele osób pochodzących z małych miejscowości, z klasy robotniczej. I droga od jednego do drugiego środowiska wydaje się czymś bardziej powszechnym. Raczej tu trudno sobie wyobrazić taki wysiłek ukrywania swoich korzeni jak ten, który opisuje socjolog Didier Eribon w „Powrocie do Reims”. Niemniej wieloletnie zmaganie się ze wstydem klasowym jest uniwersalnym doświadczeniem. Tak samo tu czy tam doświadczenie transferu klasowego wiąże się nieraz z trudnym uczuciem podwójności, niedopasowania, lawirowania między dwoma światami. 

Edouard Louis, aby opowiedzieć o tym doświadczeniu, zastosował przewrotną metodę, która polega na wykreśleniu swojej przeszłości, wymazaniu części siebie – stąd tytuł „Koniec z Eddym”, ale poprzez świadectwo, czyli w jakimś sensie uwiecznienie. 

Tak, właśnie podstawową inspiracją dla Louisa była książka Eribona. Tyle że Eribon jest przypadkiem autora, który przez lata funkcjonował w środowisku elit Paryża, ukrywając swoje pochodzenie. Wyszedł z jednej szafy, jako gej, ale pozostał w drugiej – klasowej. To doświadczenie wstydu przerwał, pisząc właśnie książkę „Powrót do Reims”. Ta książka wywołała wielką debatę, myślę, że miała wpływ na wielu ludzi, w tym na Edouarda Louisa, który czytając ją zrozumiał, że doświadczenie opisane przez Eribona jest mu szalenie bliskie, ale dzięki temu oparł się pokusie kamuflowania swojego pochodzenia. Z klasowego wykluczenia wynikającego z robotniczego pochodzenia uczynił źródło swojej pracy. Stworzył narrację, która zaprasza kolejne osoby do kręgu przełamywania poczucia wstydu wynikającego z pochodzenia i przerzucania tego wstydu na drugą stronę.

Podobny gest emancypacyjny stosują dziś ofiary przemocy, m.in. w ramach ruchu #metoo: dlaczego to my mamy się wstydzić i chować nasze opowieści? Przecież wstyd leży po stronie oprawców, jest tam gdzie jest bieda, przemoc systemowa, homofobia, gdzie mniejszości są dyskryminowane i żadna struktura państwa ich nie chroni.

Wokół postaci Edouarda Louisa narosło we Francji wiele kontrowersji.

Najpierw książka była odsyłana przez wydawców z wyraźną niechęcią i rozdrażnieniem. Uważano, że jego świadectwo to przesada, karykatura, że we Francji XXI wieku nie ma już takiego nieszczęścia. Po publikacji narosły kontrowersje natury etycznej. Z jednej strony Louis deklaruje, że napisał autobiografię i wszystko, co w niej zawarł jest prawdą, a z drugiej nazywa swoją książkę powieścią, bo jest precyzyjnie zaplanowaną konstrukcją literacką. Swoją kolejną książkę, „Historię przemocy”, też nazywa powieścią, chociaż opiera ją na faktach, opowiada w niej o gwałcie i pobiciu przez mężczyznę, z którym spędził noc. Premiera książki zbiegła się z aresztowaniem tego mężczyzny, a ona sama stała się niejako „oskarżycielem posiłkowym” w procesie. Była traktowana jako materiał dowodowy, chociaż sam autor nazywa ją powieścią. Jest to precedens. Z jednej strony Edouard Louis jest w tej książce ofiarą przemocy i gwałtu, ale z drugiej strony, jako autor, występuje i pisze z pozycji uprzywilejowanej. 

Mamy drugą falę pandemii, teatry są zamknięte, kolejne premiery odwoływane. Twój spektakl jeszcze zdążył mieć premierę…

To trudne. Od marca wszyscy się konfrontujemy z nieznośną niepewnością, bytową i ontologiczną – jaki jest nasz status? Jak funkcjonować dalej? Ludzie kultury nie dostają żadnej sprawiedliwej propozycji, ministerstwo kultury nie proponuje systemowego wsparcia, a ludzie bankrutują albo muszą się przebranżowić. Ich talent, dorobek, wkład w polską kulturę są tracone. Pandemia brutalnie ujawniła prekarność wszystkich tych, którzy pracują w sektorze kultury, a szczególnie ludzi związanych ze sztukami performatywnymi, teatrem, tańcem, muzyką.

Siostrzeństwo w czasach konfliktu

Wielu ludzi traci wszelkie źródła dochodów. W kontekście teatru w tej sytuacji znaleźli się nie tylko artyści, ale też ekipy techniczne, pedagodzy, ludzie piszący o teatrze. Na wiosnę pojawiały się programy mające wspierać działania w sieci, ale w żaden sposób nie rozwiązujące problemów większości z nas, freelancerów, którzy nie mają stałych dochodów i zabezpieczeń, którzy też na dobrą sprawę nie są żadnymi ekspertami od wideo-artu. Zresztą kto ma siłę codziennie oglądać jakieś kolejne wydarzenia online?

Teraz Ministerstwo ogłosiło Fundusz Wsparcia Kultury, który tylko pogłębia nierówności i opiera się na bezmyślnym rozdawaniu pieniędzy według algorytmu, z uwzględnieniem jednak tego, czy dany podmiot prezentuje postawę raczej prorządową czy nie. Te ostatnie miesiące mocno uderzają w poczucie sensu. A izolacja w domach generuje ogromne zagubienie. Kim jest artysta w takich czasach i jak może pracować, w jakich ramach, co może proponować, żeby kontakt z odbiorcą zachował ciągłość? Przecież siłą teatru jest żywa obecność. To doświadczenie społeczne i duchowe, którego wszyscy teraz bardzo potrzebujemy.

Ale paradoksalnie teatr stał się w ostatnim czasie bardzo elitarny. Chociaż jest tak potrzebny.

Ja miałam dużo szczęścia, bo doszło do premiery naszego spektaklu, chociaż w zasadzie do ostatniego dnia nie byliśmy tego na sto procent pewni. Pragnienie w zespole, żeby przychodzić codziennie do pracy i spotkać się z widzem była tak ogromna, że byliśmy przeszczęśliwi, mimo tego, że na widowni mogła być garstka ludzi. Ale to ambiwalentna sytuacja. Pracujemy dla grupy uprzywilejowanych ludzi, którzy mogą zaryzykować przyjście do teatru, bo pozwala im na to sytuacja finansowa i zdrowotna. Chociaż gwarantuję, że przed zamknięciem panowały tam tak restrykcyjne zasady, że teatry były najbezpieczniejszym miejscem w mieście. 

„Koniec z Eddym” reż. Anna Smolar
„Koniec z Eddym”, reż. Anna Smolar, Teatr Studio. Fot. Bartek Warzecha

Z drugiej strony do ostatniej chwili funkcjonowały też programy szalenie demokratyzujące dostęp do kultury, jak „Teatr Polska”. W ramach tego projektu zdążyliśmy pojechać ze spektaklem „Kowboje” do Chełma i Sandomierza. Do Olecka i Ełku nie zdążyliśmy. Występowaliśmy w domach kultury, mogliśmy zapraszać na nasz spektakl ludzi, którzy do instytucjonalnych teatrów mają daleko. 

To projekt podobny do Polski Światłoczułej.

Tak. Zainicjował go wiele lat temu Maciej Nowak, kiedy był jeszcze szefem Instytutu Teatralnego. Co roku kilkanaście spektakli jeździ w ten sposób po Polsce. To świetny sposób, żeby czynić kulturę bardziej dostępną. 

To są spotkania, które pozwalają ci poznać Polskę i Polaków?

Na pewno. Dzięki teatrowi znam więcej polskich miast niż poznałam francuskich, żyjąc tam aż do przeprowadzki w wieku 24 lat. 

Dlaczego Polska?

Trudno jednoznacznie to podsumować. Myślę, że takie decyzje rozkładają się na lata, to długi proces. Kiedy w 2004 roku przyjechałam do Polski, nie miałam pojęcia, że tu zostanę, nie przyszło mi to wtedy do głowy. Moja decyzja wynikała po pierwsze z tego, że poznałam szybko mojego przyszłego męża, a po drugie ze spotkania z polskim teatrem. Przyjechałam pracować tu, mając jedynie pojęcie o kilku najsławniejszych twórcach. Zafascynowali mnie ludzie, których miałam szansę poznać tuż po przyjeździe, twórcy pracujący w różnych dziedzinach.

Zresztą to też zjawisko charakterystyczne dla polskiego świata kultury: wymiana między twórcami różnych dziedzin sztuki oraz między pokoleniami jest dynamiczna, istnieje ogromna otwartość w porównaniu z francuskim środowiskiem artystycznym. Zafascynowało mnie też polskie aktorstwo i rodzaj społecznej i politycznej świadomości u aktorów. To jest coś, czego we Francji nie spotkałam – tego rodzaju zaangażowania, wiedzy o świecie i refleksji na temat swojego miejsca w społeczeństwie. Spodobała mi się polska zdolność do wchodzenia w relacje bez asekuracji, do głębszych rozmów, bez tych gier społecznych, które są o wiele silniejsze we Francji, o czym pisze m.in. właśnie Edouard Louis. 

A dzisiaj, jak patrzysz na to, co dzieje się w Polsce, na to, co minister Czarnik robi nauczycielom, na decyzję Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji, nie żałujesz tej decyzji?

Absolutnie nie. Moja decyzja o przeprowadzce do Polski to nie była kalkulacja, nigdy nie rozgrywałam strategii pod kątem wygodnego albo bezpiecznego życia. Wiadomo, że wolałabym mieć pewność, że moje dzieci dorastają w kraju otwartym i chroniącym prawa człowieka. Ale jestem częścią walki o lepszy świat. Czuję, że uczestniczę w ogromnie ważnych wydarzeniach, w historii tego kraju.

Jestem częścią tej rzeczywistości, pracuję tutaj, od lat pracuję na rzecz dialogu z tutejszą publicznością, moje dzieci chodzą tu do szkoły, angażuję się lokalnie w rozmaite społeczności. A za każdym razem, kiedy władza przekracza jakąś fundamentalną granicę to wychodzę na ulicę i nie oszczędzam się, tak było teraz po decyzji Trybunału Konstytucyjnego, nieraz przekładałam Strajk Kobiet nad inne obowiązki. Jestem po prostu obywatelką tego kraju, jestem tu cała. 

Wychowałaś się w kraju, w którym prawo do aborcji jest prawem kobiet już od lat 70-tych. W tym roku francuski parlament przyjął ustawę przewidującą kary za publikowanie na stronach internetowych nieprawdziwych informacji mających na celu zniechęcenie kobiet do wykonywania zabiegu aborcji. Grozi za to kara do dwóch lat więzienia. My walczymy o fundamentalne prawo do aborcji, Francja dba o to, aby tło kulturowe nie sprawiało, że kobiety będą czuły się winne, gdy rozważają przerwanie ciąży. 

Staram się nie porównywać Francji i Polski, bo to dwie różne kultury, w których Kościół odgrywa zupełnie inną rolę. Panują u nas inne reguły gry i porządek obyczajowy. Ale jako kobieta, obywatelka i matka uważam, że postulaty, które formułuje Strajk Kobiet, opierające się na idei wolnego wyboru, są po prostu oczywiste i nie podlegają dyskusji. Pilną sprawą wydaje mi się rozdział państwa od Kościoła, odpolitycznienie Kościoła i „odkościelnienie” polityki. Uzdrowiłoby to obie strony, a przede wszystkim pomogłoby to wiernym, którzy są teraz w trudnej sytuacji, rozdarci między walką o podstawowe prawa kobiet, a odbierającym godność i podmiotowość przekazem płynącym od strony władz kościelnych. 

Powiedziałaś kiedyś, że twoją kobiecą świadomość ukształtowała mama, z feministycznym wydźwiękiem, chociaż pewnie wyparłaby się słowa feminizm. Dlaczego?

Sądzę że, tak jak wiele kobiet jej pokolenia,  mama przez wiele lat dystansowała się od tego słowa, bo było postrzegane stereotypowo. Dziś powoli odzyskuje swój humanistyczny wydźwięk: feminizm w swoim fundamentalnym aspekcie jest walką o równość kobiet, mężczyzn - oraz warto dodać: osób niebinarnych. Jest więc po prostu walką o prawa człowieka. Czasem wydaje mi się, że niektóre słowa są już stracone, że trzeba wymyślić inne, żeby ludzie zdali sobie sprawę, że na poziomie wartości nieraz się spotykają i zgadzają. Że trzeba dokopać się do sedna, porzucając wszelkie –izmy. Słownictwo się zmienia, znaczenia słów się zmieniają, musimy za tym nadążać. To, co było jeszcze kilka miesięcy temu dla dużej grupy nie do pomyślenia, czyli wulgaryzmy używane przez Margot, dzisiaj są ważnym składnikiem protestów. To Margot otworzyła nam drogę do wyrażania naszych emocji i gniewu wprost, do porzucenia niuansów. Wierzę, że to jej zawdzięczamy energię, która tak zaraziła młode pokolenie w małych i dużych miastach. 

Wypierdalać to hasło, które dobrze oddaje to, o co walczymy?

Szczerze mówiąc na ten moment nie widzę lepszego. Uważam, że Marta Lempart fantastycznie nadaje ton protestom i uruchomiła zbiorowe emocje na rzecz niezgody, krzyku, niezgody w postaci wielkiego „stop”. Bardzo jej jestem za to wdzięczna. 

Kolejny spektakl realizujesz na wiosnę w Starym Teatrze w Krakowie. Co to będzie?

Teatralna wersja „Halki”. Nie koniecznie śpiewana, nie operowa, za to współczesna. Będzie przepisywać tę znaną wszystkim historię na miarę kobiet XXI wieku. Myślę, że warto przyglądać się temu, jak opowiadać dziś o relacjach między kobietami, na przykład między Haliną a Zosią, czyli gdzie w czasach konfliktu szukać siostrzeństwa. 

Spektakl „Koniec z Eddym” w reżyserii Anny Smolar od 1 grudnia będzie dostępny online na platformie www.vod.teatrstudio.pl

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Kaja Godek, projekt
East News

Projekt „Stop LGBT” w Sejmie. Kaja Godek nie poprzestaje na zakazie aborcji

Kaja Godek wciąż walczy. W poniedziałek 9 listopada w Sejmie planuje złożyć projekt „Stop LGBT”, który ma zakazać m.in. organizowania parad równości.
Kamila Geodecka
09.11.2020

Kaja Godek poprzez swój projekt doprowadziła do niemal całkowitego zakazu aborcji w Polsce, a teraz uderza w LGBT. Dziś w Sejmie jej Fundacja Życie i Rodzina złożyła projekt obywatelski. Tym razem aktywistka chce odebrania praw wszystkim tym, którzy identyfikują się ze społecznością LGBT. A to dopiero początek jej planów. Stop LGBT Projekt ustawy obywatelskiej „Stop LGBT” zakłada m.in. zakaz organizacji wszystkich manifestacji, które mają na celu kwestionowanie instytucji małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny, propagowanie związków jednopłciowych i adopcji dzieci przez pary homoseksualne. Oznacza to więc, że nielegalne byłyby np. parady równości. Jak tłumaczył w rozmowie z PAP Krzysztof Kasprzak, reprezentant Fundacji Życie i Rodzina, zdaniem jej członków podczas parad dochodzi do łamania konstytucji, ponieważ jest w niej jasno napisane, że małżeństwo to związek kobiety i mężczyzny. Fundacja uważa również, że w czasie parad obraża się symbole religijne, narodowe oraz patriotyczne. Zakazane ma być także promowanie płci „jako bytu niezależącego od uwarunkować biologicznych” czy wszystkie rozwiązania prawne, które miałyby na celu uprzywilejowanie związków osób tej samej płci. Według przygotowanej ustawy dodatkowo chronione mają też być symbole religijne. Czytaj też: „Moje dziecko nie jest hetero” – rodzice na coming out swojego dziecka LGBT reagują żałobą Co dalej z ustawą? Pod projektem podpisało się ponad 200 tys. osób – chwali się Fundacja Życie i Rodzina. Były one zbierane od połowy sierpnia. Kaja Godek o pomoc poprosiła Kościół, jednak finalnie nie wszyscy biskupi zgodzili się na to, by na terenach kościelnych były zbierane podpisy pod projektem „Stop LGBT”. Zebrano jednak ponad 100 tys....

Czytaj dalej
Prawa LGBT
Adobe Stock

Za skrótem LGBT stoją ludzie z krwi i kości, którzy cierpią – rozmowa z psychiatrą dr. n. med. Bartoszem Grabskim

Trudno matematycznie określić, gdzie zaczyna się homoseksualność, gdzie hetero-, a gdzie biseksualność. Czy mężczyzna, który woli kobiety, a w jakiejś sytuacji ląduje z innym mężczyzną w łóżku i nie uznaje tego za najgorsze doświadczenie, chociaż nie zamierza go powtarzać, jest biseksualny? A może heteroseksualny z pewną płynnością orientacji? Rozmowa z dr. Bartoszem Grabskim.
Ewa Pągowska
30.10.2020

Ile tak naprawdę mamy płci? A może nie ma sensu zadawać tego pytania, bo ono już świadczy o tym, że biorą nad nami górę mity, które narosły wokół tematu osób LGBT? O płeć i orientację seksualną pytamy specjalistę w tym temacie dra n. med. Bartosza Grabskiego, psychiatrę i seksuologa. Ewa Pągowska: Symbolem wielkiego bałaganu, który jako społeczeństwo mamy w głowie w kontekście LGBT, jest dla mnie zdarzenie, do którego doszło niedawno we Wrocławiu. Mężczyzna zniszczył stoisko będące częścią kampanii „Wrocław bez smogu”, na którym widniało hasło „Zmień piec”, bo przeczytał „Zmień płeć”. A co dla pana jest symbolem takiego bałaganu, nieporozumienia, braku wiedzy? Bartosz Grabski: Chyba to, że homoseksualność jest utożsamiana z pedofilią – nawiązuję do haseł widniejących na tych strasznych furgonetkach – i to, że w naszym kraju ludzie nie mają pojęcia, co znaczy słowo „ideologia”. Chociaż nie wiem, ile w tych nieporozumieniach wokół skrótowca LGBT jest rzeczywiście niewiedzy, a ile złej woli, cynizmu i okrucieństwa. Martwi mnie, że cierpią niewinni ludzie, że w tym całym zamieszaniu, jakiego jesteśmy świadkami, z pola widzenia zniknął człowiek, który kryje się za tym akronimem. Może więc dla porządku wyjaśnię, co on oznacza: L to lesbijki, G to geje, B to osoby biseksualne, T – transpłciowe.  Proszę jeszcze powiedzieć, co kryje się za plusem, który jest czasem do LGBT dodawany.  Cała społeczność, która doświadcza seksualności i płciowości w inny sposób niż ludzie heteroseksualni czy przynależący do grup, które wymieniłem. To na przykład osoby niebinarne, czyli takie, które nie identyfikują się ani z płcią męską, ani z żeńską.  No...

Czytaj dalej
LGBT to nie wybór
Getty Images

„Bycie LGBT to nie jest wybór. Jesteśmy tacy, jacy się urodziliśmy”, mówi dr Beata Wróbel 

„Wolimy powielać stereotypy, zamiast zaakceptować czyjąś inność i fakt, że gdy rodzi się dziecko, to już ma ukształtowaną płeć psychiczną i swoją seksualność” – wyjaśnia dr n. med. Beata Wróbel, ginekolog, seksuolog.
Maria Zawała
15.06.2020

Nauka to nie konkurs piękności, tutaj nie ma znaczenia, ilu osobom się jakieś odkrycie naukowe podoba – mówi dr Beata Wróbel, ginekolożka i seksuolożka.  Maria Zawała: Jako społeczeństwo mamy problem z zaakceptowaniem homoseksualizmu? Dr n. med. Beata Wróbel: Jak widać i słychać w mediach, mamy. I jest on tak wielki jak nasza ignorancja, jeśli chodzi o wiedzę na temat seksualności dziecka.  A może brak akceptacji inności wynika z naszej natury? Innym dla mnie jest drugi człowiek. Każdy. Młody, starszy, dziecko, kobieta – każdy jest inny, czyli różny ode mnie. Świadomość inności i jej akceptacja jest podstawą każdego związku między ludźmi. Heteroseksualnego, ale również homoseksualnego. Brak akceptacji na poziomie rodziny, szkoły niszczy więzi, uruchamia agresję i nienawiść. Brak akceptacji mniejszości religijnych, seksualnych, plemiennych czy rasowych stanowi doskonałą podstawę do globalnego szerzenia się tej nienawiści. Rodzice mówią: „Poradziliśmy sobie bez tej wiedzy, to i nasze dzieci też sobie poradzą”.  No cóż, ludzie, którzy nie mają wiedzy o rozwoju seksualnym człowieka, często uważają, że tej wiedzy po prostu nie ma, że ona nie istnieje. Nie dają zatem np. zgody na szkolne lekcje o fizjologii zdrowia seksualnego. Sytuacja całkiem wymknęła się spod kontroli. Nie mogę pojąć, jak to się mogło stać.  Prawda, czyli medycyna oparta na faktach, jest taka, że rodzimy się seksualni, a ta seksualność w człowieku rozwija się i kształtuje od poczęcia. Dwie pary chromosomów płciowych – XX kobiety i XY mężczyzny – już w momencie zapłodnienia decydują, jaką płeć będzie miało ich dziecko. Czy będzie miało kariotyp żeński czy męski. W czasie ciąży kształtują się: płeć gonadalna oraz genitalna i płeć...

Czytaj dalej