Anna Maria Jopek: „Człowiek zaczyna się po 40-tce”
Zuza Krajewska/LAF AM
#czytajdlaprzyjemności

Anna Maria Jopek: „Człowiek zaczyna się po 40-tce”

Piosenkarka szczerze o muzyce, ukochanej babci i o tym, czemu nie pojawia się na ściankach.
Sylwia Niemczyk
31.01.2019

Jak ktoś nagle każe mi być twardą, to pytam, dlaczego mam stawać się kimś, kim nie jestem. Uważam,  że to urąga mojej kobiecości, bo z natury jestem miękka – mówi Anna Maria Jopek w rozmowie z Marzeną Rogalską.

 

Marzena Rogalska: Moje pierwsze spotkanie z tobą – koncert w kopalni soli w Wieliczce – ja prowadzę, ty śpiewasz. Ile to już lat?

Anna Maria Jopek: Pewnie 20! Pierwszy raz dostałam nagrodę. Za osobowość. Niewiele pamiętam, bo to było pięć dni po śmierci mojej babci. Mieszkałyśmy razem i umarła, gdy byłyśmy same. Bardzo to przeżyłam. Miałam wtedy parę koncertów, których nie mogłam odwołać. Zresztą babcia by mi nie darowała, gdybym siedziała w domu i lamentowała. Ona była pasjonatką życia i prosiła: „Jak umrę, włóż suknię w kwiaty i idź tańczyć”. Obłędna kobieta! Gdy odeszła, była zima. Sukienka w kwiaty i taniec odpadały, ale mogłam nie rezygnować z tych wszystkich propozycji, które dostałam od losu. Śpiewałam niezmiennie.

 

Byłaś wtedy młoda, nie bałaś się przeprowadzania kogoś na drugą stronę?

Bałam się. I babcia pewnie też, była już wtedy w półśnie, w tamtej ostatniej fazie choroby. Cichutko prosiłam, żeby nie umierała, gdy będziemy same, bo mogę sobie nie poradzić. I oczywiście byłyśmy same, a ja miałam dość siły, żeby to przyjąć. Dziś myślę, że to, że możemy być dla kogoś bramą, ręką przeprowadzającą między światami, jest największą misją. Z babcią mieszkałam dwa lata. Wcześniej opiekowałam się jej mieszkaniem, gdy żyła w Australii. Tata nie był zachwycony, że wyniosłam się z domu w czasie studiów, ale przekonywałam: „Muszę już mieszkać sama, chcę zobaczyć, jak to jest, gdy cieknie zlew, muszę wynieść swoje śmieci, zarobić na komorne, inaczej muzyka mnie zje”.

 

Miałaś świadomość, że możesz się zatracić?

Wiedziałam, że muszę pracować nad równowagą, że jeżeli będę tylko siedziała w neurozie mojego grania, to źle się dla mnie skończy. Bo tak jak śpiewanie nigdy mnie nic nie kosztowało, tak w przypadku fortepianu wszystko było okupione nerwami. To nie był mój naturalny dar. Ręce nigdy nie były posłuszne, a wierność tekstom mistrzów spinała mi głowę i bark. Grałam wielkie dzieła Beethovena, Griega czy Debussy’ego w pokorze ale… bez radości. I jak zaczęłam mieć to mieszkanie, przykręcać zlewik i dobrze zarabiać – notabene, zarabiać śpiewem – wszystko zaczęło się lepiej układać. I wtedy wróciła babcia. Okazało się, że jest ciężko chora. Przyjechała na leczenie do Centrum Onkologii i zaczęła się dla nas obu trudna historia, którą ona przechodziła z wielką pogodą ducha. Oczywiście wielu rzeczy nie mówiłyśmy wprost. Kiedy spała, gęstą szczotką zbierałam z dywanu garści jej włosów gubionych po chemii. Czasem żałuję, że nie miałam takich możliwości jak teraz, by leczyć ją holistycznie.

 

Czyli?

Nie uruchomiłam ziół, homeopatii i nie zrobiłyśmy duchowych porządków. Dziś wiem, że każda choroba jest tylko skutkiem. Przyczyna siedzi w głowie. Nasza medycyna zajmuje się skutkami choroby. Systemy, które poznałam, jeżdżąc po świecie, docierają do przyczyn i pomagają ci odkręcić cały proces chorobowy, który czasem narasta od jednej pełnej żalu myśli, jednego „supła” w głowie. Możesz odkręcać te procesy z pozycji ducha i ciała. Z pozycji ducha jest najskuteczniej, ale to wymaga wiary i otwartości. Z pozycji ciała – odzyskanie biologiczno-chemicznej równowagi jest możliwe na milion sposobów. Na przykład w Japonii dwa razy w tygodniu obowiązkowo idziesz na masaż. W każdym hotelu są masażyści, którzy wymasują cię o każdej porze dnia i nocy. Kiedy jestem w Tokio, mam jet lag i nie mogę spać o drugiej w nocy, to zamawiam masaż, przychodzi do mnie „pani ninja” i daje mi taki wycisk, że śpię jak dziecko, a potem budzę się jak torpeda do działania. Można też zwyczajnie biegać. To powoduje, że inaczej pracuje każda nasza komórka, że wydalamy toksyny, że mózg wchodzi w zupełnie inną wibrację, że zaczyna nam się czyścić głowa.

 

Teraz wszyscy biegają! To jakieś szaleństwo!

Nie biegam wyczynowo. Ja się wlokę. Bieg to dla mnie medytacja, możliwość ucieczki. Wkładam trampki i zostawiam za sobą wszystko. Zapominam o tym, że biegnę, ciało mnie niesie, a ja mogę przepracować w głowie mnóstwo spraw i wreszcie wnikliwie posłuchać muzyki. Na szlaku zdarza mi się też iluminacja. Jak choćby rok temu, gdy biegłam ciężka od troski i na wysokości Cytadeli, gdy mijałam dwóch osiłków, jeden się odwrócił i dał mi klapa! Normalnie mi wlał! W przestworzach jeszcze chwilę rezonował odgłos mojego plaśniętego pośladka, nim zrozumiałam, co zaszło. Stanęłam osłupiała i zaczęłam wygrażać tym chłopcom, którzy byli już daleko. Zrozumiałam, że dostałam tego klapa z nieba za moje głupie, zatrute myśli, żebym się opamiętała.

 

Dobrze zinterpretowany klaps!

To bieganie od czegoś mnie ocala. Ćwierćwyczynowo biegam czasem półmaratony. Kiedy się rejestruję, organizatorzy zachęcają: „Pani Aniu, zapraszamy do VIP-ów, ogłosimy, że pani biegnie”. A ja odmawiam. To straszna odpowiedzialność – i ja absolutnie nie biegam po vipowsku! Zawsze staję w takim sektorze, który szacuje siebie najmarniej, bo przed startem możesz robić jakieś założenia: godzina dziesięć czy godzina trzydzieści – ja staję przy dwa trzydzieści. W tym sektorze pojawiają się emeryci, państwo z brzuszkiem, gospodynie domowe, a za nami niepełnosprawni. Wiesz, że to najcudowniejszy sektor, w jakim mogę się znaleźć? Ponieważ ludzie, którzy tam są, nie oceniają siebie nawzajem i w dodatku biegną z prawdziwej radości biegania, mimo problemów z ciałem, mimo ułomności.

 

Dlaczego tak konsekwentnie uciekasz od bycia VIP-em?

Bo nie ma nic ciekawego w VIP-ach, jeśli sprowadza się to tylko do ubioru i demonstrowania na ściance… Chodziłam do poważnej, artystycznej szkoły, ćwiczyłam gamy od siódmego roku życia – i nikt mi nie powiedział, że będą mnie potem z butów rozliczać.

 

Ktoś cię w to wrobił i teraz chcesz się z tego wypisać?

Wszyscy się w to wrobiliśmy. Powiem ci więcej – uwielbiam mieć piękną sukienkę i jak gramy wielki koncert, to korzystam z talentów polskich projektantów. To są artyści najwyższej próby. Ale chodzi o to, żeby te buty i ta sukienka były użyte w sprawie – żeby podbijały efekt mojej pracy na scenie. Choć lubię też zen w sztuce estradowej – zero efektów specjalnych, gdy idę na koncert Bobby’ego McFerrina, który niezmiennie wychodzi w niebieskich wytartych dżinsach, T-shircie i z gołymi nogami. Bobby otwiera usta i przenosi mnie w zupełnie inną rzeczywistość, teleportuje mnie stąd. Wszystko jest więc względne i w ostatecznym rozrachunku, jeżeli nie ma esencji, jeśli nie płynie do ciebie ze sceny serce, to choćbyś miała na tej scenie Diory i tańcujące gołe torsy – nie dostaniesz nic więcej ponad krótkotrwałą rozrywkę, która niczego nie zmieni.

 

Bobby McFerrin, Pat Matheny, Makoto Ozone, Richard Bona i paru innych wielkich, z którymi pracowałaś – zastanawiam się, czy ty ich sobie wymodliłaś, czy jesteś taka przedsiębiorcza?

Nie śmiałabym się o nich modlić. Ale zawsze szukałam mistrzów i dlatego stawali na mojej drodze. Chcesz pracować z najlepszymi, bo oni inspirują do wielkości, nawet tej przerastającej twoją miarę. Przy Pacie czy Makoto musisz być czujnym graczem. Stale w fazie skupienia i wielkiej otwartości. Jeśli raz doświadczysz takiej otwartości, już nigdy nie chcesz grać inaczej. Niedawno grałam w Wadowicach z Richardem Boną i na nic się nie umówiliśmy. Powiedzieliśmy sobie na probie technicznej minimum: że gramy d-moll open na sześć ósmych, ja nabijam tempo, a dalej będzie, co będzie. Dużo ryzykujesz, tak stawiając sprawy, bo może nie być muzyki, tylko poszukiwania. Musisz być szczera i pokorna. Pycha powoduje, że nie słyszysz. Kiedy słuchasz, wiesz dobrze, co zaśpiewać. Wychodzisz na scenę gotowa na wszystko, również na ryzyko, że zrobisz z siebie kompletną kretynkę. Nawet jeśli, co z tego? Jaki problem, że czasem człowiek mógłby się wygłupić? Więc przestajesz myśleć w kategoriach JA i natychmiast przestajesz się bać. Musisz myśleć tylko kategorią: „Coś tutaj jest – coś wspaniałego, co możemy zaraz odkryć, posłucham i pójdę za tym…”. Nie ma czasu ani miejsca na ego. I to jest cud. Muzyka to cud.

 

Każdego roku trzy razy okrążasz kulę ziemską, jeżdżąc na koncerty. Udaje ci się to robić bez poczucia winy, że zostawiasz synów?

Poczucie winy mam zawsze. Jest oddzielnym zagadnieniem. Chłopcy są teraz więksi, ale to niczego nie ułatwia w mojej objazdowej pracy, bo mają inną potrzebę obecności i wsparcia. Trzeba z nimi być, żeby wciąż umieli odróżnić białe od czarnego. Mogę poświęcić wiele dla muzyki, ale tylko w wymiarze, który nie zakłóca mojego balansu rodzinnego. Potrzebuję być obok dzieci. One są moim zasilaniem. Przekonałam się o tym, kiedy po raz pierwszy w życiu wyjechałam z domu na cały miesiąc, żeby pracować z Teatrem Pieśni Kozła nad projektem „Return to the Voice”. Były wakacje, moi chłopcy mieli własne plany z kumplami, pomyślałam, że raz mogę się urwać. I wyjechałam do Edynburga. Synowie nawet nie zauważyli mojej nieobecności, a ja z dnia na dzień życia w Szkocji byłam coraz słabsza, choć koncerty szły fantastycznie. Na ostatniej prostej dostałam takiej migreny, że wyłam z bólu. Nie pomagały żadne proszki.

 

Wytrzymałaś do końca czy wróciłaś czym prędzej do dzieci?

Poszłam do Chińczyków. Pojechaliśmy właśnie z Edynburga do Londynu, a tam punkty medycyny chińskiej masz za każdym rogiem. Mistrz chiński popatrzył na mnie i zdiagnozował: „Nie ma energii, cała energia uszła”. Przytaknęłam: „Nie ma energii, jest za to wielki ból”. A on: „Wielki ból, bo nie ma energii. Kładzie się tu. Na trzy godziny się tu kładzie”. I całą mnie nakłuł igłami, a potem wymasował mi głowę. Podczas tego masażu bez przerwy płakałam, zaczęły schodzić ze mnie nagromadzone napięcia, cała samotność. I przeszło mi wszystko. Zaśpiewałam te dwa ostatnie spektakle tak, jakbym fruwała. A potem wróciłam do domu i już nic mnie nie bolało.

 

Aniu, to jak ty wypuścisz chłopaków w świat? Będziesz umiała?

Już ich już trochę wypuszczam. Oni są już bardzo duzi. Mają pierwsze wąsy! Wszystkiego się będę uczyć na bieżąco. My naprawdę niewiele o sobie wiemy, dowiadujemy się w trakcie. Jest tylko jedna, jedyna rzecz – na nic nie powinno się zamykać.

 

Wychowując synów w czasach kryzysu męskości, myślisz o tych kobietach, z którymi oni potem się zwiążą?

Ponieważ szanuję moich synów i otaczam ich troską, to oni też mnie szanują i otaczają troską. Mam nadzieję, że będą rozumieć swoje kobiety tak, jak mnie rozumieją. Od początku mam z nimi partnerską relację. Gdy byli mali, wszyscy pukali się w głowę: „Co ty się ich pytasz, co będą jedli? Co ty się ich pytasz, co będą robić? Mają robić to, co im każesz!”. Nie wyobrażam sobie, żebym mogła tak postąpić z kimś obcym, a co dopiero z kimś najważniejszym i najbliższym. Moi chłopcy zawsze mówią, co mogą, a czego nie, i kiedy poproszę, na pewno zrobią to, na czym mi zależy, ale nigdy niczego siłowo nie osiągam. Zawsze rozmawiamy. Może źle ich chowam, ale nie umiem inaczej.

 

Piątego września wystąpisz na największym jazzowym festiwalu w Japonii.

Tak! To wielkie wyróżnienie! Mogłabym powiedzieć, że czekałam na to całe życie, ale ja nigdy na nic nie czekam, a już na pewno nie na wyróżnienia. We wrześniu stanę na scenie Tokio Jazz Festiwal. Wielki zaszczyt. Pracowałam uczciwie na moją relację z japońskimi słuchaczami.

 

Zaraz potem premiera „Czasu kobiety” w Teatrze Starym w Lublinie – wystąpisz w spektaklu Leszka Mądzika.

Bosko, że go spotkałam. Pamiętam, podczas trasy w Portugalii zwierzałam się mojej menedżerce, Joasi Droździe, że chciałabym wyjść z takiego trybu myślenia estradowego, że jest światło takie, że stoimy, wyglądamy tak... W ogóle nie umiałam tego nazwać, ale intuicja mówiła mi, że światło i przestrzeń mogłyby wszystko odmienić w mojej muzyce. I oczywiście przyszedł mi na myśl Leszek. Powiedziałam Joasi: „Ten pan by wiedział, czego tak szukam niezdarnie, czuję to!”. A Joasia odparła, że ma jego numer telefonu. Zadzwoniłam od razu: „Panie Leszku, my się nie znamy, ale ja tak ogromnie pana podziwiam, ja tak strasznie potrzebuję pana rady, bo jestem pod ścianą i bardzo potrzebuję oświecenia – i to nie tylko w metafizycznym, ale też czysto fizycznym, scenicznym sensie. Czy pan zechciałby się ze mną spotkać?”.

 

Zechciał?

Mało tego – zaprosiłam go na mój koncert w Lublinie, a potem on mnie – do domu na kolację. I nie uwierzysz, co się stało. Gramy ten koncert w Lublinie, przychodzi Leszek Mądzik i wtedy… wysiada nam światło! Kompletnie! Gramy przy świetle jarzeniowym z widowni, najgorszym, buczącym jak w świetlicy jakiejś. Koncert bez elementarnej magii. Za to kolacja wspaniała! Po jakimś czasie do mnie dzwoni: „Chciałbym zaproponować pani współpracę. Robię mój jubileuszowy spektakl i słyszę, i widzę tam panią”. „Cudownie” – powiedziałam. „Jak mogłabym sie przydać?”, „Jeszcze nie wiem – Leszek na to – może wyświetlę kawałek pani ramienia”. (śmiech) Wersja Leszka jest barwniejsza – on twierdzi, że odpowiedziałam: „Masz mój głos i moje ciało”. (śmiech) I teraz mi mówi: „Proszę cię, podtrzymuj tę wersję, już nawet moja żona się z nią pogodziła”. Podtrzymuję zatem wersję Leszka. Piszę muzykę do tego spektaklu i będę w nim śpiewać.

 

Zdaje się, że zrobiłaś się odważniejsza, i jako artystka, i jako człowiek.

Zawsze taka byłam, ale nie znałam swoich praw. A widzisz, w sztuce sama piszesz sobie regulamin. Nie wiedziałam o tym. Długo odchorowywałam nakazy i zakazy szkolne w swoim życiu.

 

W chwilach słabości nie wątpisz: „Może nie mam racji, bo większość biegnie w prawo, a ja idę w zupełnie inną stronę”?

W muzyce nie dałabym rady robić tego, czego nie czuję i w co nie wierzę. Muzyka jest dla mnie jak religia. Nie wolno się jej sprzeniewierzyć. Poza tym nigdy nie było we mnie strachu, że nie przeżyję i że coś muszę zrobić za wszelką cenę i dla pieniędzy. Wiem, że zawsze sobie poradzę. Mogę robić mnóstwo innych rzeczy w życiu. Skromnie i anonimowo. I przy niczym się nie upieram – że muszę koniecznie grać i wydawać hucznie płyty, najlepiej na całym świecie… Nie stawiam sobie takich celów. Muzyka jest darem. Jako bierny uczestnik – słuchacz, pracując na poczcie, też czułabym się przy niej szczęśliwa. Dzięki muzyce moje życie jest fascynujące. Jeśli mam cel – to zachować ten zachwyt do końca.

 
Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Ale dni coraz szybciej uciekają i my coraz szybciej przemijamy!

Człowiek by nie szanował życia, gdyby nie było śmierci. Poza tym wyobrażasz sobie, że niezmiennie tkwisz w tej samej skórze? Straszna nuda. Ja zresztą nigdy nie widzę wieku ani zmarszczek, nie jestem w stanie powiedzieć, ile ktoś ma lat. Dla mnie ten stopień wartościowania, że jakaś pani, co ma 30 lat, jest fajniejsza od tej, co ma 60, to głupota. Mam poczucie, że człowiek zaczyna się po czterdziestce. Wcześniej to jest jakaś straszna przygrywka. Tylko przeziera czasem przez swoje hormony i ambicje. Trzeba polegać na instynkcie, ale jak bierze on górę nad wszystkim, to jest brak równowagi.

 

A bez niej nie ma szczęścia.

Prawdziwie piękni ludzie pozostają piękni, a ci pozornie ładni, ale od środka robaczywi, robią się nieznośnymi staruszkami. Spotkałam 20-letnich starców i 60-letnich chłopców. Wszystko jest względne. Ludzie się dręczą na drakońskich dietach, bo chcą wyglądać jak modele z gazet. Nie dbam o to, czy ktoś ma 100 lat, czy 100 kilogramów. I jestem zawsze bardzo rozgoryczona, że ktoś zaczyna mi takie rzeczy wypominać. Kiedy ktoś mówi, że na coś jestem za stara albo za gruba, to się złoszczę. To nie są moje kryteria oceny. Robią mi zdjęcie na okładkę, cudownie oświecone, na którym wyglądam tak, jak chciałabym wyglądać codziennie. Potem dostaję to zdjęcie do autoryzacji tak skorygowane przez Photoshop, że nie zostaje mi ani jedna rzecz na swoim miejscu. I wtedy dzwonię i proszę: „Oddajcie mi moje zmarszczki”, a oni mówią do mnie: „Nie możemy tego zrobić, bo nam się źle sprzeda magazyn”. Czasem myślę, że nie mogę już występować w mediach. To się zrobiło za trudne i jakieś wynaturzające…

 

Rozmowa z Anną Marią Jopek ukazała sięw „Urodzie Życia” 9/2015

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
dymna
Fot. Beata Zawrzel/Reporter

Anna Dymna: „Nigdy z nikim się tyle nie śmiałam, co z ludźmi, którzy cierpią”

„Nigdy z nikim się tak nie śmiałam, jak z ludźmi, którzy cierpią. My, zdrowi, zapominamy, co jest naszym źródłem radości. Dziś warto sobie o tym przypomnieć”, mówi Anna Dymna.
Magdalena Żakowska
25.06.2020

Anna Dymna jest jedną z najbardziej znanych polskich aktorek, I to nie tylko dlatego, że zagrała popularną Anię Pawlakównę w „Kochaj albo rzuć”, komedii która bawi niezmiennie kolejne pokolenia. Można by jeszcze do tego dorzucić „Epitafium dla Barbary Radziwiłłówny” czy film „Znachor” - które w latach 80 przyniosły jej nieprzemijającą populaność. Anna Dymna zagrała też w wielu fantastycznych serialach m.in. „Bożej podszewce”, czy „Siedlisku”. Ale jest  kimś więcej niż aktorką. Od wielu lat prowadzi fundację „Mimo wszystko”, opiekuje się ludźmi z niepełnosprawnościami, oddaje swój czas i siły na pracę dla innych. Magdalena Żakowska: W jakich okolicznościach zastała panią pandemia? Anna Dymna: Jak zwykle w pędzie, w drodze. Tuż przed ogłoszeniem kwarantanny zaczęłam zdjęcia do serialu TVN w reżyserii Bartosza Konopki. Po pierwszym dniu wróciłam już pustawym pociągiem z Warszawy do Krakowa. Potem zdążyłam jeszcze dojechać autem do Gdyni na dokrętki do filmu „Amatorzy” w reżyserii Iwony Siekierzyńskiej, o grupie teatralnej złożonej z aktorów z zespołem Downa. Ostatnim rzutem na taśmę nagraliśmy, co trzeba. Zdążyłam wrócić bezpiecznie do domu i wtedy świat się zatrzymał. Jak się pani odnalazła w tym zatrzymanym świecie? Wstrzymałam oddech i nie dopuszczam do siebie żadnych złych emocji. Siedzę w domu i… pracuję od świtu do nocy, choć niby wszystko stanęło. Ale dziwnie się czuję. Jestem aktorką, 50 lat na scenie, 45 lat w Narodowym Starym Teatrze. Nasz zawód polega na bliskim kontakcie z setkami ludzi w teatrze, telewizji, na planie filmowym. A teraz nie gram, nie mam prób, wszystkie spektakle, nagrania, spotkania, konferencje, koncerty odwołano. Ostatni raz taka sytuacja zdarzyła się w stanie...

Czytaj dalej
Maria Sadowska
Bartek Wieczorek

Maria Sadowska szczerze o solidarności wśród kobiet i o tym, co będzie, jeśli nie będziemy razem działać

„Jak się wychylasz, to czasem musisz dostać po głowie. Ale co tam!”
Magdalena Żakowska
29.07.2019

Maria Sadowska od lat łączy kulturę wysoką i rozrywkową – choć sama przyznaje, że nie cierpi tego rozgraniczenia: „Mam szacunek zarówno dla sztuki popularnej i masowej, jak i tej trudnej, elitarnej, „wysokiej” czy „alternatywnej”. (…) Przez długi czas siedziałam w podziemiu, w muzyce klubowej, jazzowej. Teraz wypłynęłam po prostu na szersze wody i dzięki temu mam większą szansę mówić o rzeczach dla mnie ważnych. Mam szansę być usłyszana” – mówi w wywiadzie dla URODY ŻYCIA. Pytamy ją nie tylko o film i muzykę, ale przede wszystkim o ulubione książki.  Magdalena Żakowska, „Uroda Życia” Co teraz czytasz? Maria Sadowska: „Nieistotne wizerunki”, opowiadania Paola Sorrentina. Krótkie formy czytam zupełnie inaczej niż powieści, lubię je sobie dawkować. A w przerwach słucham audiobooków. Sama zamierzam wkrótce wyreżyserować słuchowisko, którego podstawą będzie tekst Łukasza Orbitowskiego – współczesna wersja „Przeminęło z wiatrem”. A w planach mam także adaptację na słuchowisko monodramu „Wanda” Wiesławy Sujkowskiej o Wandzie Rutkiewicz, który dla teatru wyreżyserowałam wspólnie z Joanną Grabowiecką. A powieści? Przeczytałam niedawno „Vox” Christiny Dalcher. To taka feministyczna dystopia o świecie rządzonym przez mężczyzn, w którym kobiety mogą wypowiedzieć tylko sto słów dziennie. Świetny pomysł, świetna fabuła, ale najbardziej dała mi w tej książce do myślenia postać głównej bohaterki, kobiety, która nigdy w życiu nie interesowała się polityką, nie głosowała i nagle obudziła się w takim świecie. W dużej mierze właśnie ta książka uruchomiła mnie do tego, że trzeba działać. Może dlatego w kwietniu postanowiłam wyrazić swoją niezgodę...

Czytaj dalej
Wiktoria Filus
Marek Zimakiewicz

O niej jest głośno! Kim jest Wiktoria Filus, czyli Laura z serialu „W głębi lasu”?

Zachwyciła widzów, przykuwa uwagę, jest odkryciem… – pisze się o Wiktorii Filus, aktorce, która w serialu „W głębi lasu” wcieliła się w młodą Laurę.
Anna Zaleska
24.06.2020

Ma 26 lat, kończy właśnie szkołę filmową w Łodzi. Choć zagrała jedną z głównych ról w najgłośniejszym serialu sezonu – wyprodukowanej przez Netflix ekranizacji powieści Harlana Cobena „W głębi lasu” – i została uznana za odkrycie, niewiele o niej wiadomo. Gdy rozmawiamy przez telefon, w głosie słyszę, jak bardzo pogodną i pełną energii jest osobą. Ale też jak uważnie dobiera słowa, zastanawia się, co chce powiedzieć, a co woli zachować dla siebie. Opowiada o swoich doświadczeniach ze szkoły aktorskiej, kulisach pracy przy produkcji Netflixa, przyjaźniach na planie i o tym, dlaczego lata 90. zawsze ją interesowały. Recenzje po roli w serialu „W głębi lasu” ma pani fantastyczne: zachwyciła widzów, przykuwa uwagę, jest odkryciem… W dodatku serial jest na pierwszym miejscu w TOP 10 Netflixa w Polsce, za granicą też się podoba. Pierwsza duża rola i od razu taki sukces. Tak, aż mnie trochę przytłacza ilość informacji, które zaczęły pojawiać się o mnie w mediach. To dla mnie nowość i staram się nieco od tego odcinać. Nie byłam przygotowana na tak nagłe wejście do życia publicznego, zainteresowanie mediów czy gwałtowny wzrost liczby obserwujących na instagramie. Nie wiem zresztą, czy można się na to przygotować. Jak trafiła pani do „W głębi lasu”? Wszystko bardzo szybko się potoczyło. W maju zeszłego roku na festiwalu szkół teatralnych był pokazywany dyplomowy film mojego roku „Nic nie ginie” w reżyserii Kaliny Alabrudzińskiej. Zobaczyła mnie w nim Ola Cywka, właścicielka agencji aktorskiej, i zaprosiła do współpracy. To Ola wprowadziła mnie do środowiska filmowego. Casting do „W głębi lasu” był jednym z pierwszych, na który poszłam, i udało się. Na pewno pomogło mi to, jak wyglądam, bo szukano dziewczyny podobnej do...

Czytaj dalej
Natalia Kukulska
East News

Natalia Kukulska podsumowuje rok 2020: najlepsza płyta, książka, serial, film i wydarzenie

Jej płyta „Czułe struny” nagrana z orkiestrą Sinfonia Varsovia jest zdecydowanie naszą płytą roku: kobieca, refleksyjna, energetyczna i odważna, bo Natalia Kukulska tym razem wzięła na swój warsztat utwory Fryderyka Chopina. W wywiadzie dla „Urody Życia” mówiła, że chce w życiu iść po swoje marzenia, a „Czułe struny” były jednym z jej największych życiowych marzeń.
Sylwia Niemczyk
29.12.2020

Poprosiłyśmy artystkę, by opowiedziała nam o swoich tegorocznych odkryciach: muzycznych, książkowych, serialowych… Powstała inspirująca lista rzeczy „do nadrobienia” – posłuchajcie, oddajemy głos samej artystce: *** Płyta roku 2020 Rok pandemii pokazał też, że muzyka ma olbrzymie znaczenie. Pomaga przetrwać ciężkie chwile, przeczekać, zapomnieć, ukoić nerwy. Sama, choć byłam zanurzona w pracę nad swoją płytą, wiele słuchałam - zarówno nowości jak i sprawdzonych wykonawców i ich albumów. Dlatego nieprzypadkowo wróciły do mnie dwie stare symfoniczne płyty. Jedna to „Both Sides, Now” Joni Mitchel, a druga to płyta Petera Gabriela „Scratch”. Genialnie brzmiące, głębokie… polecam bo to czyste piękno.  Z odkryć tegorocznych – dwie produkcje, które polecił mi mój syn. Płytę basisty -  Thundercat, którego „The Beyond” przyniosło mi w tym roku powiew świeżości i momentalnie skradło mi serce. Kolejny album to nagranie amerykańskiej grupy Vulfpeck „Live at Madison Square Garden”. Album powstał co prawda w 2019 r., ale ja ten koncert zobaczyłam dopiero podczas pandemii i mogę śmiało powiedzieć, że on odczarował nam ten trudny czas i całej rodzinie dodał energii. Włączyliśmy go sobie w domu i przeżywaliśmy go jak byśmy byli na koncercie, łącznie z tańcem! Ten live jest porywający, przezabawny i błyskotliwy. Bardzo nam poprawił humor, świetnie się bawiliśmy –  to super wspomnienie z tego trudnego czasu.   Z zagranicznych albumów, bo jeszcze mam listę polskich wydarzeń!, gorąco poleciłabym album Jacoba Colliera, pt. „Djesse vol. 3”. Dla mnie to geniusz, śmiało możemy nazwać go Mozartem czy Chopinem muzyki rozrywkowej dzisiejszych czasów. Na tej płycie jest wszystko: i jazz, i...

Czytaj dalej