Anna Król i Paulina Wilk, twórczynie Big Book Festival mówią: „Składamy się z liter” 
mat. prasowe

Anna Król i Paulina Wilk, twórczynie Big Book Festival mówią: „Składamy się z liter” 

O książkach, czytaniu i festiwalu, który… miał się nie udać, opowiadają Anna Król i Paulina Wilk, pomysłodawczynie Big Book Festival, który już od 8 lat gości na kulturalnej mapie Warszawy.
Sylwia Niemczyk
11.05.2020

Rozmawiamy przez Skype’a w samym środku kwarantanny. Od kilku tygodni żadna z nas trzech nie wyszła z domu dalej niż na spacer z psem. W takim zamknięciu jeszcze wyraźniej widać, ile dają nam książki: są przyjaciółmi, bliskimi, czasem nawet najbliższymi, towarzyszami. Właśnie takie myślenie o książkach i czytaniu doprowadziło do powstania Big Book Festival, największego warszawskiego festiwalu książkowego – i jednej z najlepszych imprez roku!

Pamiętacie pierwszą edycję Big Book Festivalu?
Ania:
To był 2013 rok, w lutym dowiedziałyśmy się, że dostałyśmy miejską dotację, a to był ostatni moment, bo już powoli traciłyśmy nadzieję, że uda się kogokolwiek przekonać do naszego marzenia. Wcześniej przez dwa lata chodziłyśmy po urzędach i sponsorach. 
Paulina: Wiedziałyśmy, że teraz albo nigdy. Jak o tym dziś myślę, to widzę, że porwałyśmy się z motyką na słońce, to absolutnie nie miało prawa się udać. Sto procent brawury, ale okazało się, że ta nasza motyka miała odrzutową siłę. 
Ania: Udało się i tamten pierwszy Big Book Festival przyniósł nam wiele radości, ale nie chciałabym przechodzić drugi raz przez tamten czas. Te cztery miesiące, podczas których musiałyśmy postawić festiwal od zupełnego zera, to była bardzo ciężka praca, dużo nerwów, cały czas nie zgadzał nam się budżet, zresztą nie zgodził się do końca i pamiętam, że mniej więcej 20 proc. kosztów pokryłam z moich oszczędności, ostatnich, jakie miałam w życiu! To było działanie na pograniczu partyzantki. Ale jednocześnie tamtemu festiwalowi towarzyszył ogromny entuzjazm, poczucie wspólnoty i przekonanie, że zaczynamy coś wielkiego.

Zastanawiacie się, jak to się stało, że jednak wam się udało? 
Ania:
Ja z tamtego czasu najbardziej pamiętam to, że robiłyśmy wszystko: planowałyśmy program, zapraszałyśmy gości, kleiłyśmy scenografię, roznosiłyśmy ulotki, a na koniec wchodziłyśmy na scenę, żeby prowadzić spotkania z  autorami. 
Paulina: To były tygodnie wielkiej, niebywałej energii. Pamiętam, jak któregoś razu wyszłam z biura o wpół do pierwszej w nocy, a cały zespół został jeszcze na miejscu, ktoś coś pisał, ktoś wiązał gumkami rolki plakatów. Doszłam na przystanek tramwajowy i nagle myśl: „Ale co ja sama będę robić w domu?”. Odwróciłam się na pięcie, wróciłam, usiadłam do komputera i do bladego rana pracowaliśmy dalej. 
Ania: Na pewno pomogło nam pospolite ruszenie wielu przyjaciół, pisarzy, dziennikarzy, wydawców. Mnóstwo ludzi ucieszyło się na wieść, że Warszawa w  końcu będzie miała swój międzynarodowy festiwal literacki.
Paulina: Pomysł i plan festiwalu narodził się w głowie Ani, ja dołączyłam do niej trochę później. Od samego początku wiedziałyśmy, że festiwal musi być duży. Wiedziałyśmy, że skoro robimy to w Warszawie, to musimy działać na taką skalę, jaka jest typowa dla tego miasta. I  nas to nie przerażało, być może dlatego, że należymy do bardzo specyficznego pokolenia. Dorastałyśmy w oku transformacji i dostałyśmy wyraźny przekaz od historii: wszystko, co ma być zrobione, musisz zrobić sama, nie oglądać się na innych i  nie czekać na inną rzeczywistość. Jako dzieci chłonęłyśmy ten przekaz. 

Co zapamiętałyście z tamtego pierwszego festiwalu najlepiej?
Paulina: Było strasznie gorąco, pot się z nas lał strumieniami. Pamiętam tłum wachlujący się podkładkami, które zrobiliśmy do siedzenia na trawie czy na chodniku, bo podczas pierwszej edycji zaplanowaliśmy m.in. bicie rekordu świata we wspólnym czytaniu na wolnym powietrzu. 
Ania: Te podkładki posłużyły jako wachlarze także w hali Dworca Centralnego, gdzie przez 12 godzin 24 artystów i polityków czytało dzieła Sławomira Mrożka. Miał być wtedy też z nami sam pan Mrożek, ale zachorował, więc przysłał w zastępstwie żonę, która świetnie się z nami bawiła. Czytaliśmy wtedy do północy, były kamery telewizyjne, dzikie tłumy, a  czytanie przerywały komunikaty z megafonów, że „pociąg pośpieszny do Radomia odjedzie z toru trzeciego, podróżnych przepraszamy za opóźnienie” – mrożkowski absurd i poczucie humoru były z nami cały czas. Maraton zamknął Bogusław Linda, zresztą pamiętam, że był wtedy niesłychanie zestresowany swoim wystąpieniem. 
Paulina: Siadał nam sprzęt, mikrofony sprzęgały, rozpadała się scenografia – ale nigdy nie nawalili ludzie. Choćby tamto czytanie Mrożka: 24 sławne osoby muszą się zjawić w konkretnym czasie i miejscu – i  żadna z nich nie spóźnia się nawet minutę. I chociaż ja tak samo jak Ania nie tęsknię do tamtych pionierskich czasów, to paradoksalnie wyciągam z nich poczucie bezpieczeństwa i siły, nawet w  czasach tak trudnych jak teraz – bo my się wtedy nauczyłyśmy, że nie ma rzeczy, których nie jesteśmy w stanie zrobić. Nie ma marzeń nie do zrealizowania, tylko że realizacja niektórych wymaga ogromnej pracy. 

Big Book Festival
mat. prasowe
Zadie Smith była gościem Big Book Festivalu w 2015 roku.

A jakie dokładnie było to wasze marzenie? Po prostu: zrobić festiwal?
Ania: Nie chciałyśmy tworzyć festiwalu dla samego festiwalu, ale po to, żeby coś poprzez niego zmienić w literackim pejzażu Polski. I to też nam się udało: jestem pewna, że to między innymi dzięki Big Book Festival w końcu przestaliśmy postrzegać czytanie jako wyższą czynność umysłową, uprawianą przez elity w  eleganckich okolicznościach. Wprowadziliśmy lekki, pogodny ton, pokazaliśmy, że o literaturze można rozmawiać bez zadęcia, na chodniku, na dworcu PKP. Literatura przestała być święta. 
Paulina: Zależało nam, żeby na naszym festiwalu ludzie rozmawiali odważnie o  świecie, o wszystkim, co w życiu najważniejsze. I już od drugiej edycji zaczęli do nas przyjeżdżać na wizyty studyjne dyrektorzy festiwali ze Szwecji, Finlandii, Norwegii, Wielkiej Brytanii. I  mówili nam, że tak odważnego festiwalu u  nich nikt nie robi. Dla nas to uznanie z  zagranicy było dużym komplementem i zaskoczeniem, bo okazało się, że w  ferworze wymyślania i organizowania na początku nie zauważyłyśmy, jak niebywale fajną i ważną rzecz udało nam się zrobić. 

Jesteście dumne? To dzięki wam polscy czytelnicy mogli porozmawiać z Zadie Smith czy z Alessandrem Baricco.
Paulina:
To jest taka cudowna prawda o  Big Booku, że co roku zapraszamy pisarzy, których podziwiamy i którzy nas interesują, ale jednocześnie zapraszamy tylko tych, którym też zależy na tej wizycie. Czyli nie autora, który właśnie wydał książkę i odbywa tournée po całej Europie i – przepraszam za słowo –  odhacza 24 miasta. Nie możemy skusić pieniędzmi, więc kusimy czym innym: pewną autentycznością zdarzeń. Zadie Smith przyjechała do nas m.in. dlatego, bo dowiedziała się, że nasz festiwal odbywa się w  dawnej fabryce serów, w mieście, w  którym nieraz była, bo pracował tu jej mąż. I gdy przyjechała, to było widać, że jeszcze trzyma gwiazdorską gardę: powiedziała, że będzie podpisywać książki tylko około 20 minut. Na spotkanie z nią przyszło 600 osób, podpisywała trzy godziny i jak papież przyjmowała niemowlęta na ręce. Jestem pewna, że będzie pamiętała to do końca życia, bo nie spodziewała się, że akurat w Polsce tak dużo znaczy dla tak wielu ludzi. 

Macie nosa, bo na przykład Swietłanę Aleksijewicz zaprosiłyście tuż przed jej Noblem, a Karla Ovego Knausgårda tuż przed światowym sukcesem „Mojej walki”. Dziś jego przyjazd do Polski graniczyłby chyba z cudem.
Ania: To jedno z moich ulubionych wspomnień: jest 2014 rok, stoję z Karlem Ovem Knausgårdem, pijemy kawę i  palimy papierosy, on jest zdenerwowany przed spotkaniem, bo w gruncie rzeczy jest bardzo nieśmiały i raczej wycofany, w końcu gasi papierosa, wzdycha: „Dobra, to idę” i wychodzi do naszej publiczności. A kilka miesięcy później w  Nowym Jorku na spotkanie z nim ustawiają się kilometrowe kolejki. Jestem bardzo dumna, że udaje nam się zapraszać pisarzy tuż przed ich światowymi sukcesami, że mamy intuicję. Ale dumna jestem nie tylko z powodu zagranicznych gwiazd. Także choćby z tego, że wybitni polscy artyści biorą udział w spektaklach festiwalowych, które reżyseruję. Przygotowujemy je przez kilka miesięcy, a  przecież wystawiane są tylko raz. 

Od lat wieszczy się schyłek książki, ale wy chyba tego nie zauważacie? 
Ania: Przeciwnie, uważam, że ostatnie 20 lat było bardzo łaskawe dla literatury. Zmienia się ton rozmowy o  książkach, a  wyjście z poczucia, że jest to przestrzeń niezwykle elitarna, sprawia, że ludzie odważają się czytać i  mówić o  książkach. Przestaliśmy w końcu dzielić literaturę na wyższą i niższą, dzisiaj rozróżniamy po prostu dobre i  złe książki. Jest mnóstwo pisarzy, którzy w  swoim życiu napisali i takie, i takie. 
Poza tym widzimy, że mnóstwo ludzi pragnie być w świecie literatury. I  widzimy to nie tylko na festiwalu, ale też na spotkaniach w Big Book Cafe, kawiarni, którą otworzyłyśmy trzy lata temu. Na  niektóre przychodzi tak dużo ludzi, że  czasem nie jesteśmy w stanie ich wszystkich pomieścić. I dla nas to jest bardzo wzmacniające, że tyle osób podejmuje wysiłek powtórnego wyjścia z  domu po powrocie z pracy i przyjechania do nas, a  nawet jeśli nie uda im się wcisnąć, to nie odchodzą ze złością, tylko obiecują, że spróbują następnym razem. 
Paulina: Albo stają pod naszym oknem, żeby chociaż posłuchać rozmowy z  pisarzem, nawet jeśli nie mogą wziąć w niej udziału. Czytanie to zjawisko wspólnotowe. Poza tym nie ma innej dziedziny sztuki, która by tak bardzo pobudzała wyobraźnię – film, teatr, malarstwo próbują tę wyobraźnię raczej wyręczyć, a  nie zaprząc do roboty. Ale choć czytanie wymaga od nas bardzo dużo, to  z drugiej strony każdy, kto czyta dobrą książkę, nie czuje tego wysiłku. Raczej szczęście. Gdy budzimy się rano i patrzymy na półki pełne książek, to myślę, że czujemy się jak wśród przyjaciół. Wszystkich nas łączy to samo marzenie: żeby nasze życie było piękniejsze, pełniejsze, lepsze, mocniej przeżyte. I  właśnie od  tego jest literatura.

Big Book Festival
mat. prasowe

W tym roku Big Book Festival odbędzie się nie w czerwcu, ale w ostatni weekend sierpnia. Wszystkie wydarzenia bedzie można ogladać na żywo na stronie www.bigbookfestival.pl. Jednocześnie organizatorki zapowiadają, że jeśli przepisy dotyczących bezpieczeństwa i zdrowia na to pozwolą, to wydarzenia będą dostępne dla publiczności – tegoroczne lokalizacje to Big Book Cafe, Centrum Łowicka przy Łowickiej 21 oraz Domu i Muzeum Władysława Broniewskiego. Hasłem tegorocznej edycji będzie CZYSTA MIŁOŚĆ #PURE LOVE. 

Big Book Festival
mat. prasowe

Anna Król i Paulina Wilk – pierwsza z nich (na zdjęciu od prawej) jest pisarką, reżyserką i wydawczynią. Druga przez lata była dziennikarką działu kultury w „Rzeczpospolitej”, dziś nadal publikuje i pisze książki. Razem z Julią, Dorotą, Bartkiem i Kasią, członkami Fundacji „Kultura nie boli”, organizują Big Book Festival. Na co dzień prowadzą centrum literackie Big Book Cafe, przygotowując w nim innowacyjne wydarzenia literackie.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG

Gwiazdy światowej literatury na Big Book Festival 2020! Na kogo najbardziej czekamy?

Big Book Festival 2020 to trzy dni i ponad 30 wydarzeń: spotkań z pisarzami, dyskusji, spektakli i performansów. Start 28 sierpnia. Czego absolutnie nie możecie przegapić?
Anna Zaleska
06.08.2020

Mam mnóstwo wspomnień związanych z Big Book Festival. Pierwsze – z 2014 roku, kiedy razem z moimi córkami brałam udział w biciu rekordu Guinessa pod względem liczby osób czytających jednocześnie książki na świeżym powietrzu. Do dziś mam też pamiątkowe trzy tekturowe głowy Jarosława Iwaszkiewicza, pamiątkę po maratonie literackim „Iwaszkiewicza sprawy osobiste”. A moje najważniejsze bigbookowe przeżycie? Chyba spotkanie autorskie z Karlem Ove Knausgradem zaraz po tym, jak przeczytałam pierwszy tom „Mojej walki” i byłam tą książką mocno poruszona. Nie zapomnę też spotkań ze Swiatlaną Aleksijewicz, Zadie Smith czy Larsem Saabye Christensenem. Twórczynie Big Book Festivalu Anna Król i Paulina Wilk zawsze trzymają rękę na pulsie i doskonale wiedzą, kogo w danym roku trzeba do Warszawy zaprosić. Big Book Festival 2020: poznaj największe gwiazdy Z powodu pandemii festiwalowe spotkania z pisarzami ze świata odbywać się będą zdalnie, prowadzący rozmowy będą łączyć się z nimi na żywo z Centrum Łowicka, ale publiczność też będzie mogła zadawać pytania. Plus tego jest taki, że wszystkie festiwalowe spotkania z autorami i dyskusje będą transmitowane online na stronie festiwalowej i będą dostępne dla czytelników z całego świata. A lista zagranicznych pisarzy jest jak co roku imponująca. Osobiście najbardziej czekam na Agnetę Plejiel . Szwedzka pisarka i poetka (prywatnie żona wybitnego pisarza i dziennikarza Macieja Zaremby Bielawskiego) w Polsce wydała już kilka powieści: „Kto zważa na wiatr”, „Zima w Sztokholmie”, „Lord Nevermore” (o przyjaźni Witkacego i Malinowskiego). Najciekawsze są jednak dwie autobiograficzne powieści Agnety Plejiel: „Wróżba” (opowieść o dorastaniu, młodzieńczych niepokojach i ucieczkach w literaturę) i...

Czytaj dalej
Zadie Smith
East News

Zadie Smith: „Wolę być średnią pisarką niż Virginią Woolf.”

„Odmierzam czas w opublikowanych książkach. Może skończę jeszcze 12, zanim umrę?”
Sylwia Niemczyk
04.01.2019

Jedna z najważniejszych pisarek XXI wieku - Zadie Smith, autorka wielokrotnie nagradzanych "Białych zębów". Mówią o niej, że jest głosem pokolenia, ale ona twierdzi, że nie chce poświęcać pisaniu całego życia. „Wolę być szczęśliwa niż najlepsza” – mówi.   Podstawę adresu Smith zna każdy fan – z tytułu jej powieści – „Londyn. NW”, średnio zamożna północno-zachodnia część miasta. Kiedy docieram na miejsce, nie zaskakują też szczegóły – opisywała i tutejsze mało wytworne kawiarnie, i szeregi bliźniaczych domów, i dzieciaki o różnych kolorach skóry przesiadujące na murkach i ławkach.     Na powitanie wybiega do mnie Maud, mops, dziewięcioletnia suczka Zadie, jej jedyna towarzyszka podczas codziennych świętych godzin ciszy i pracy. Nie ma wtedy w domu męża Zadie, irlandzkiego pisarza i poety Nicka Lairda, ani dwójki ich dzieci – czteroletniej Kit i dwuletniego Harveya.   Smith przygotowuje herbatę z mlekiem i zaprasza do swojej pracowni. W tym pokoju pełnym książek, z oknem wychodzącym na jeden z kilkuset podobnych w okolicy ogródek, mówi: – Wychowałam się nieopodal, mama mieszka za rogiem. Wczoraj miałam lekcję jazdy samochodem i kiedy jeżdżę tutejszymi uliczkami, zdaję sobie sprawę, że znam mniej więcej każdego, kogo widzę przez okno albo w lusterkach. To jak mieszkanie na wsi w XIX w. Wszyscy wiedzą, kim jesteś.   Tylko że pani jest dzisiaj kimś zupełnie innym niż dziewczyna, którą mogą pamiętać z podwórka – ambitna córka imigrantki z Jamajki. Z mojego punktu widzenia – myślę też, że z punktu widzenia moich sąsiadów – nie zmieniło się to, co najważniejsze w mojej osobowości. Przede wszystkim jestem molem...

Czytaj dalej
Magdalena Parys, Książę
Anna Powałowska-Górska

Achtung, mamy lata 20.! – Magdalena Parys w „Księciu” ostrzega przed powrotem historii

„Książę” Magdaleny Parys to książka-ostrzeżenie. Pisarka, która będzie gościć w Polsce na Big Book Festivalu, obnaża mechanizmy mediów i wielkiej polityki.
Sylwia Niemczyk
27.08.2020

Magdalena Parys mieszka w Niemczech, a jej bestsellerowe książki: „Tunel”, „Magik” czy „Biała Rika” dotyczą tematyki niemieckiej lub stosunków polsko-niemieckich. I powinny być dla nas wszystkich lekturą obowiązkową, bo możemy w nich wyczytać to, co może już niedługo być naszą rzeczywistością. Tak jest na pewno w „Księciu”, nowej książce Parys, opowiadającej o odradzaniu się nazistowskich i antyimigranckich nastrojów w Niemczech.  Sylwia Niemczyk: Myślisz, że naprawdę gdzieś w centralnej Europie może w XXI w. powstawać tajne nazistowskie wojsko? Magdalena Parys: Ja nie myślę, ja to wiem. Dzieje się tak na przykład w specjalnych jednostkach wojskowych w Niemczech. Powstają na ten temat reportaże, ukazują się pierwsze nieśmiałe artykuły, tylko Polska tak bardzo zajęta jest sobą, że tego nie dostrzega. W ogóle Niemcy mają w tym względzie niechlubną tradycję. To kraj, w którym często dochodziło do puczu. W latach czterdziestych, kiedy los państwa niemieckiego był niepewny i za najmniejsze przewinienie groził stryczek, w Niemczech powstawała tzw. armia cieni. Organizowali ją byli hitlerowscy oficerowie. Wyobrażasz to sobie? Dopiero co wywołali największą katastrofę ludzkości i znów szykują się do wojny! Kiedy o tym czytałam po raz pierwszy, myślałam, że to żart, ale artykuł ukazał się w „Spieglu”, więc o żarcie nie mogło być mowy. Z kolei całkiem niedawno, w roku 2011 Niemcami wstrząsnęły morderstwa wykonane przez komórkę NSU, podziemną neonazistowską organizację, której głównym motywem działania była nienawiść do obcokrajowców. Początkowo nikt w to nie wierzył, podejrzewano, że chodzi o jakieś porachunki między gangami. Ogólnie liczbę osób zaangażowanych szacuje się na 200 osób, a skazano tylko jedną. Ze...

Czytaj dalej
Roman Gutek
Łukasz Gawroński

Roman Gutek o przyszłości kina: „Ludzie wrócą. Już za nimi tęsknię” 

Pierwsze kina otworzą się na widzów prawdopodobnie na przełomie maja i czerwca, ale rygory sanitarne będą bardzo wysokie.
Magdalena Żakowska
06.05.2020

Roman Gutek co roku na festiwalu Nowe Horyzonty, nie tylko prezentuje najlepsze premiery filmowe, ale też pokazuje nam, co ciekawego dzieje się w kinie światowym. W tym roku, po raz pierwszy od 20 lat festiwal się nie odbędzie w lipcu, ale w listopadzie, razem z drugim festiwalem organizowanym przez Stowarzyszenie Nowe Horyzonty: American Film Festival. Takie są plany – bo dzisiaj niczego nie wiadomo na pewno. Wiadomo jednak, że tęsknimy za kinem i czekamy na premiery filmowe 2020. Pytamy Romana Gutka o przyszłość kina i filmy najlepsze na kwarantannę.  Magdalena Żakowska, „Uroda Życia”: Myśli pan, że ludzie wrócą do kin? Roman Gutek: Wrócą. To będzie proces. Sieć Multikino zrobiła niedawno badania wśród swoich widzów, z których wynika, że 20 procent z nich jest gotowa wrócić do kin natychmiast, 40 procent po miesiącu od ich otwarcia, a kolejne 20 procent po dwóch miesiącach. To w sumie 80 procent widzów – bardzo optymistyczne dane. W ramach komisji antykryzysowej przygotowujemy też dużą akcję „Powrót do kina”, na którą złożą się PISF, dystrybutorzy, kiniarze. Mamy nadzieję, że pomogą również media. Będziemy informować w niej widzów, jakie zasady bezpieczeństwa dla nich przygotowaliśmy, ale też, że po prostu za nimi tęsknimy. Bo tęsknimy. Kiedy kina już się dla widzów otworzą, będzie co oglądać. Wielkie wytwórnie filmowe trzymają na ten moment swoje najważniejsze produkcje.  No właśnie niekoniecznie. W pierwszym etapie po otwarciu kin, którego można spodziewać się na przełomie maja i czerwca, może być z tym problem. Rygory sanitarne wymuszą ograniczoną liczbę widzów, czyli też mniejsze przychody dla dystrybutorów. Obawiam się, że nie będą chcieli dać dużych tytułów. Błędne koło. ...

Czytaj dalej