Natalia Kukulska o mamie, Annie Jantar: „Nikt mi nie powiedział, że mama zginęła…”
Anna Jantar / East News

Natalia Kukulska o mamie, Annie Jantar: „Nikt mi nie powiedział, że mama zginęła…”

„Nikt mi nigdy nie powiedział, że mama zginęła, odeszła na zawsze. Gdy na lotnisku, trzymając bukiet frezji, nie doczekałam się przylotu mamy i spotkania z nią… to tak jakby czekanie na jej powrót przeciągnęło się do teraz”, pisze Natalia Kukulska w 70. urodziny swojej mamy Anny Jantar.
Anna Zaleska
09.06.2020

Gdyby nie wielka tragedia, która wydarzyła się 14 marca 1980 roku, Anna Jantar kończyłaby dziś 70 lat. Cieszyłaby się sukcesami córki, trójką wnucząt i miałaby pewnie poczucie spełnienia patrząc wstecz na życie wypełnione niezapomnianymi przebojami, koncertami granymi na całym świecie i wyrazami uwielbienia fanów.

Książka Marcina Wilka „Tyle słońca. Anna Jantar. Biografia” (Wydawnictwo Znak) to biografia wyjątkowej kobiety. „Ania całą sobą niosła aurę słońca”, wspominała ją Halina Frąckowiak. Zarazem była utalentowaną piosenkarką, pracowitą, skoncentrowaną na tym, by spełniać swoje marzenia. Jej życie zakończyło się w szczytowym momencie kariery, na pogrzeb przyszło 40 tysięcy ludzi, nad grobem przemawiał Daniel Olbrychski, kilka kobiet zemdlało. Przebój „Nic nie może przecież wiecznie trwać” nabrał nowego sensu.

Drugie wydanie biografii legendarnej piosenkarki ukazało się właśnie teraz, w rocznicę jej 70. urodzin, wzbogacone o wzruszający wstęp napisany przez córkę artystki, Natalię Kukulską. Jego fragmenty publikujemy poniżej, razem z fragmentami opowieści o Annie Jantar (wtedy jeszcze Hani Szmeterling) z czasu, gdy miała tyle lat, co teraz jej wnuczka, Ania. Marcin Wilk w swojej biografii nie ogranicza się tylko do czasu, kiedy Anna Jantar, była już sławną piosenkarką, w swojej opowieści cofa się do jej okresu nastoletniego, kiedy 14–15-letnia Hanka wbrew zakazom mamy zaczyna się malować, eksperymentuje z modą, spotyka się z przyjaciółkami, flirtuje z chłopakami i rozrabia na lekcjach.

Jej życie  odmieniło spotkanie z zespołem Szafiry: czterema chłopakami, którzy początkowo chcieli być jak Beatlesi, ale potem uznali, że przydałaby im się wokalistka. Potem wydarzają się jeszcze dwa przełomowe momenty. Jeden: Ania nie zdaje egzaminu do szkoły aktorskiej. Drugi: na jej drodze pojawia się Jarosław Kukulski, który napisze dla niej jej największe przeboje i zostanie jej mężem. 

Fragmenty książki Marcina Wilka „Tyle słońca. Anna Jantar. Biografia”:

* * *

Natalia Kukulska o mamie:

„Po swojemu Ciebie znam. Myślę, że właśnie taka mogłabyś być, jaką stworzyłam, gdy brakowało mi Ciebie”. To fragment tekstu piosenki «Po tamtej stronie», który napisałam w roku 2005. Mojego jedynego utworu poświęconego mojej mamie, a w zasadzie naszej relacji, która pomimo braku mamy jest bardzo żywa.

Tak, w zasadzie stworzyłam sobie pewien jej obraz. Posklejałam go z różnych urywków pamięci, wspomnień bliskich osób, nagrań audio i video, wywiadów, zdjęć i dodałam cząstkę siebie… bo przecież wiele cech mojej mamy, jej cząstka jest we mnie.

Moje życie co chwilę daje preteksty do spotkań z mamą, jej twórczością… Czasami sama je generuję z potrzeby serca, ale bardzo się cieszę, gdy wychodzą od innych. Mam wrażenie, że pamięć nie cichnie, wręcz coraz więcej jest jej dowodów. Po czterdziestu latach od śmierci mamy lampek na cmentarzu ciągle przybywa, odbywają się koncerty jej poświęcone, festiwale, programy. Powstają artykuły, książki oraz wznowienia wydawnictw fonograficznych, a nawet propozycje ekranizacji historii jej życia. Fani przekazują swoją do niej sympatię kolejnym pokoleniom. Przypomina mi to rozrastające się drzewo, które im starsze, tym ma mocniejsze korzenie i szerszy pień. Tym pniem, trzonem jest właśnie mama i to, co po sobie zostawiła. Choć już bezpośrednio od niej nie wyjdzie nic nowego, to co jakiś czas owocuje… Ożywa.

Prawdę mówiąc, nikt mi nigdy nie powiedział, że mama zginęła, odeszła na zawsze. Gdy na lotnisku, trzymając bukiet frezji, nie doczekałam się przylotu mamy i spotkania z nią… to tak jakby czekanie na jej powrót przeciągnęło się do teraz. Tyle że teraz nie ona do mnie, ale ja do niej wracam…

Hanka, nie Hania

Jest rok 1965, kwiecień. Hanka (bo już nie Hania) ma skończonych piętnaście lat. No i wreszcie w sobotnie popołudnie już wyszła z budy, czyli ze szkoły.

Zbiega po schodach. Za nią brachol, czyli brat. Zatrzymują się na półpiętrze, trochę chichotów, lekka szamotanina. Hanka czegoś szuka.

W końcu wyciąga tusz do rzęs i cienie do powiek. Romek nie będzie się interesował, skąd to całe oprzyrządowanie (w końcu to babskie sprawy), ale jak przystało na brachola – będzie krył młodszą siorę i nie powie rodzicom. Zwłaszcza mamie, która będzie się denerwować za każdym razem, gdy zobaczy ślady kosmetyków na twarzy Hanki.

Wujenka potem przyzna: „Kiedy Ania miała już lat czternaście, a może szesnaście, przyszła do nas z mamą i babcią. Babunia prosiła mnie, bym porozmawiała z Hanką, bo »o zgrozo, maluje się«. (…) Okazało się, że przyjemność sprawiało jej samo malowanie się, które traktowała jako »zajęcie artystyczne«. Wówczas polegało to na przyciemnianiu brwi i rzęs”.

A więc lekko podmalowana Hanka zbiega po schodach, wychodzi z domu. Ma na sobie płaszcz, a na głowie zielony kapelusz. Już wie, co modne. Sam „Przekrój” piórem Hoff zalecał kapelusze „wkładane na tył głowy, od czoła, z odgiętym do tyłu rondkiem, od rondka średniego (jak dawny piotruś) do bardzo dużego”. Należało je nosić do beatlesowej fryzury, ale „także na fryzurę »włosy w dół« oraz do włosów włożonych pod kapelusz”. „Obecnie – dodawała Hoff – kapelusze bardzo lubią grzywkę, ale mogą się bez niej obejść”.

Leopold Tyrmand dorzuci, że on kapeluszy nie lubi, ale uważa, „że kapelusz u kobiety odgrywa taką rolę jak krawat u mężczyzny. Dlatego że zarówno krawat, jak i kapelusz odzwierciedlają osobowość. Przy pierwszym spotkaniu z kobietą w kapeluszu wiem, co o niej sądzić. (…) Słomkowe lubię”. – stwierdzi.

Hanka – w kapeluszu i płaszczu – idzie więc przed siebie, krokiem lekko tanecznym, ale bez zwiewności, której w krokach panny Szmeterling, a potem pani Jantar-Kukulskiej będzie zawsze trochę brakowało.

Podbiega do bimby, czyli do tramwaju. Chce podjechać w stronę Armii Czerwonej. Będzie przyciągać wzrok niektórych szczunów, czyli poznańskich chłopaków. Czasem odwzajemni uśmiech, czasem odwróci się lodowato. Zna swoją wartość, atrakcyjna mela, czyli dziewczyna.

Przy Armii Czerwonej jest kawiarnia Kociak. Hanka zasiądzie jak prawdziwa dama ze swoją przyjaciółką, na przykład z Walą Ziembą, i zamówią coś przepysznego. Omawiają ważne dziewczęce sprawy i dużo się śmieją. Po prostu się wygłupiają, Hanka zawsze była bardzo wesoła.

Walentyna Martinek wspomina: „Jechałyśmy kiedyś tramwajem (…), a był to czas, kiedy motorniczych na niektórych liniach wyposażono w mikrofony, by zapowiadali kolejne przystanki. Ania podeszła do motorniczego, mówiąc: »Zapowiadanie przystanków jest nudne, więc może ja coś powiem?«. Oczarowała go swymi pięknymi oczami i uśmiechem, chwyciła mikrofon i… zaczęła opowiadać dowcipy”.

O czym dziewczyny rozmawiają? Może wspominają, jak narozrabiały na lekcji historii. Profesor Jan Niedziela zaplanował wtedy powtórkę materiału. Przepytywał z listy jak leci, alfabetycznie, aż dotarł do litery „S”.

 „Ania przerażona trąciła mnie w bok: »Wala, zrób coś« – opowiadała potem Walentyna Martinek Marioli Pryzwan.  – Siedziałam przy ścianie i jedyne, co przyszło mi do głowy, to włożyć cyrkiel do kontaktu. Zrobiło się spięcie i światło zgasło. Zaskoczony profesor nie zorientował się, posłał po elektryka, a ja w ciemności usłyszałam tylko chichot mojej przyjaciółki. Po kilku minutach przyszedł woźny i wymienił bezpieczniki. Lekcja trwała nadal, ale numer z cyrklem powtórzyłyśmy jeszcze dwa razy i w ten sposób upiekła się Ani dwója z historii”.

No ale przecież nie rozmawiają tylko o szkole. Muszą mówić o jakichś poważniejszych kwestiach, a może o muzyce czy literaturze i poezji – tak modnej wśród tych wyjątkowo przystojnych studentów polonistyki.

Hania i Szafiry

Trochę wcześniej, bo na przełomie czerwca i lipca 1962 roku, do Szczecina na Festiwal Młodych Talentów zjechali się amatorzy muzyki z całego kraju. Niemal wszyscy byli jeszcze nastolatkami – pełnymi energii i nadziei, że można coś nowego zaprezentować, coś zmienić. No i pokazać siebie.

Karin Stanek, lat dziewiętnaście, właśnie robiła karierę z Czerwono-Czarnymi dzięki piosence Jimmy Joe. Zaraz pojedzie do Sopotu i ludzie oszaleją tam na punkcie „Malowanej lali”.

Helena Majdaniec przekroczyła już co prawda dwudziestkę, lecz podbije serca publiczności i jury w Szczecinie. Niebawem nagra w Paryżu płyty w ramach prestiżowego kontraktu z firmą Philips.

Czesław Juliusz Wydrzycki, później Niemen, ma więcej niż dwadzieścia lat, to fakt, ale za to zachwyci wszystkich i rozpocznie naprawdę budzącą szacunek karierę.

Nie będzie na tym festiwalu Hani Szmeterling, lat dwanaście, ale jest niejaki Piotr Kuźniak, lat czternaście. Przyjechał ze swoim amatorskim zespołem, w którym występują jego siostra i kumpel. Zespół nazywa się Trio Poznańskie i oczaruje jury do tego stopnia, że młodzi zdobędą pierwszą nagrodę w kategorii duetów i tercetów, czyli małych zespołów. – Pamiątkowy dyplom wisi u mnie w domu – powie mi Kuźniak podczas rozmowy. Zadzwonię do niego, bo wspominają go wszyscy, z którymi rozmawiam o Ani Jantar z jej poznańskiego okresu. Jest ważną dla Ani postacią, chyba nie tylko w sprawach związanych z muzyką.

Po powrocie z festiwalu Piotr Kuźniak postanowił – na fali sukcesu – za wygrane pieniądze kupić gitarę. Grać na niej nauczył się sam. Miał podstawy wokalu i harmonii, bo wcześ­niej skończył kurs gry na akordeonie i występował jako solista w Chórze Stuligrosza. Był wrzesień roku 1962, Kuźniak rozpoczął właśnie naukę w Technikum Łączności i wtedy założył swój pierwszy zespół. Już bardziej profesjonalny niż Trio. Swój band nazwał Szafiry.

Na początku zasilali go koledzy ze szkoły. Ciągle któryś odchodził, a w jego miejsce pojawiał się nowy, były spore rotacje. W końcu uformowała się stała czwórka. „Czwórka” zresztą brzmiało bardzo dobrze, zwłaszcza że grali dużo z repertuaru Beatlesów. O własnych kompozycjach mogli jedynie pomarzyć. Nie mieli jeszcze na tyle umiejętności, choć z czasem powstawały i autorskie kawałki. Na przykład piosenka „Ja jestem blisko”, do której Kuźniak powróci w swoim późniejszym zespole – Wagantach.

Notowania Szafirów rosły. Dowodem były kolejne zlecenia, które dostawali od Estrady Poznańskiej. Grali między innymi w pobliskim Strzeszynku, znanym ośrodku wypoczynkowym, oddalonym od Poznania ledwie o kilka kilometrów. Chodziło o umilenie czasu spędzającym urlopy. To było łatwe zadanie, dla chłopaków – standard.

Ale w 1964 roku zaczęło Szafirom czegoś brakować. Wszyscy naokoło poszerzali składy o solistki. Dochodziła więc nowa jakość – głos kobiecy. Chłopcy czuli, że tracą na atrakcyjności. – Wtedy było bardzo trudno, bo nie istniały żadne programy łowiące talenty i oglądane przez miliony telewidzów. Szukało się na własną rękę – powie mi Kuźniak, kiedy rozmawiamy w lecie roku 2014, pół wieku od czasu, gdy grał w Strzeszynku. Szukanie polegało na ogół na uważnym śledzeniu – podglądaniu i uważnym słuchaniu tego, co się dzieje w klubach studenckich, szkołach, na nielicznych festiwalach. Choć i tak najczęściej liczył się łut szczęścia.

W Strzeszynku, obok miejsca, w którym zatrzymał się zespół, rozbito namiot. Dwuosobowy na oko, ale widać było wyraźnie, że mieści się tam nieco więcej człowieka na metr sześcienny, niż przewidywała norma. W każdym razie kłębiły się też tam trzy dziewczyny, z których na pewno jedna śpiewała wyjątkowo czysto i ładnie. Tak ładnie, że zwróciła uwagę Szafirów, zwłaszcza Kuźniaka, który po jakimś czasie dowiedział się, że posiadaczka urokliwego głosu nazywa się Ania Szmeterling. Przyjechała do Strzeszynka z bratem, jego kolegą i dwiema koleżankami. To oni kotłowali się w tym namiocie.

Piotr Kuźniak nie wahał się, prawie od razu spytał śpiewającą dziewczynę, czy zgodziłaby się z nimi występować. Ani nie trzeba było długo namawiać. W zasadzie już od dawna o tym myślała i tak naprawdę o tym właśnie marzyła.

„Chłopak powinien być przystojny”

(…) Można zresztą przypuszczać, że kilka innych decyzji też już musiało zapaść, choć w wieku młodzieńczym nigdy nie wiadomo, co w którą stronę się potoczy. Wiedziała o tym Hanka Szmeterling, która potrafiła zaskakiwać i zawsze będzie spontaniczna. Nie tylko godziła się na nowe sytuacje, ale chętnie się w ten sposób uczyła życia (będzie mieć to po pani Halince, odziedziczy to potem Natalia).

Gdy bywało ciężko w domu, bez specjalnego szemrania dorzucała się do rodzinnego budżetu. Romek i Hania będą bowiem raz, dwa razy w tygodniu, grając między innymi fajfy, przynosić kilka złotych. Kochała rodzinę, chociaż zdarzały się problemy. Jak to w życiu.

Poza tym, mimo że to Romek przysparzał więcej kłopotów, Hanka też nie należała do niewiniątek. Flirtowała z chłopakami. Romek powie Marioli Pryzwan, że według Hani „chłopiec powinien być przystojny, a samochód był mile widzianym dodatkiem”.  – No, miała taki głupi okres w życiu, to prawda – potwierdzi pani Halinka.

Przez pewien czas miała sympatycznego chłopaka, który studiował i był bardzo pomocny. Chciał na przykład wymalować mieszkanie, ale mógł też robić cokolwiek innego, byle tylko przebywać w niewielkiej odległości od Hanki. Spodobał się zwłaszcza pani Halince. Ale gdy tylko dzwonił do drzwi, Hanka znikała.

Szkoła aktorska

Egzamin do szkoły aktorskiej to był skok na głęboką wodę. Ale się uparła, że spróbuje. „To było straszne – powie Marioli Pryzwan pani Halinka.  – Leżałam w szpitalu poważnie chora i ona do mnie zadzwoniła, że zdała z piątą lokatą. W komisji byli między innymi Hanka Bielicka, Kazimierz Rudzki i Aleksander Bardini”.

Pani Halinka nie była zachwycona, że Ania jedzie do stolicy. Po kilku dniach jednak na uczelni pojawiła się komisja, by zrobić ponowną selekcję. Doszły punkty za pochodzenie i nagle się okazało, że pierwszeństwo miały dzieci robotników i dzieci wiejskie. Ania spadła na trzynaste miejsce, za dalekie, by dostać indeks.

Anna, już wtedy Jantar, po latach powie: „Czasem zastanawiam się, jaką byłabym aktorką. Moi koledzy już pokończyli szkołę – część gra w Teatrze Narodowym, część wyjechała z Warszawy. Rozmawiałam kiedyś z mamą jednej z moich koleżanek aktorek. Jest już sławna, ale jakim kosztem, godzina w godzinę zajęta: teatr, telewizja, film. Nie wiem, czy starczyłoby mi sił. (…) Wtedy zrezygnowałam, gdyż musiałam zarabiać na siebie i chorą matkę. Nie stać mnie było na studia w Warszawie”.

Rektor PWST Władysław Krasnowiecki pocieszał Anię i przekonywał, żeby próbowała dostać się do szkoły za rok. Ale ona już nie chciała. W życiu Anny Szmeterling pojawił się ktoś nowy. I nie był to rektor uczelni artystycznej, nie był to członek jury festiwalu ani dekadencki poeta. Nie był to nawet syn bogatych rodziców z dobrym samochodem, za którym jeszcze niedawno Ania poleciałaby jak w dym.

Był to ktoś, dzięki komu pojawiły się nowe możliwości, przy kim można było poważnie boksować się ze światem…”

* * *

Tym mężczyzną był oczywiście muzyk i kompozytor Jarosław Kukulski, z którym rok później, w wieku 20 lat, Anna Jantar wzięła ślub. „Miłość do muzyki i wspólne zainteresowania zbliżyły nas do siebie, ale nasza wzajemna fascynacja polegała głównie na tym, że po prostu lubiliśmy być z sobą – powie po latach Jarosław Kukulski. – Kochałem jej uśmiech i zapach, kochałem jej maleńkie ręce i piękne sarnie oczy, w których gdzieś na dnie tkwił ledwo dostrzegalny smutek”. W 1976 roku przyszła na świat ich córka Natalia.

Lata siedemdziesiąte były dla piosenkarki dekadą sukcesów. Kolejne utwory: „Tyle słońca w całym mieście”, „Staruszek świat”, „Za każdy uśmiech”, „Baju-baj proszę pana”, „Radość najpiękniejszych lat”, „Mój tylko mój”, „Wielka dama tańczy sama”, zajmowały czołowe miejsca na listach przebojów.

Często koncertowała w Europie i na świecie. W końcu grudnia 1979 roku udała się po raz trzeci w trasę koncertową do Stanów Zjednoczonych. Do domu wracała samolotem „Mikołaj Kopernik”. Rozbił się, podchodząc do lądowania na warszawskim Okęciu. W dniu śmierci Anna Jantar miała niespełna 40 lat.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Krystyna Mirek / Fot. Radosław Kaźmierczak

Krystyna Mirek: Nie odkładam życia na później

„Gdybym napisała książkę o swojej historii, mało kto by uwierzył, że to naprawdę się wydarzyło. Nauczycielka z małej miejscowości rzuca pracę i spełnia marzenie, zostaje pisarką? Niemożliwe! A jednak” – mówi Krystyna Mirek, pisarka, autorka 24 bestsellerów.
Anna Zaleska
05.06.2020

Krystyna Mirek to polska pisarka, autorka książek obyczajowych, mama czwórki dzieci (trzech dorastających córek i jednego chłopca). Na koncie ma ponad 20 powieści obyczajowych, w których porusza współczesne problemy, ale które zawsze niosą pozytywne przesłanie – że warto walczyć o miłość, rodzinę i marzenia. Najnowsza „Inni mają lepiej” (Wydawnictwo Edipresse) to opowieść o trzech kobietach. Zuza samotnie wychowuje córeczkę i opiekuje się chorym ojcem. Jagoda jest trenerką rozwoju osobistego, ma szczęśliwy dom, męża, z którym łączy ją prawdziwa bliskość, i wspaniałych synów. Natalia cierpi, bo w jej małżeństwie coraz mniej jest uczucia. Każda z nich patrzy na przyjaciółki i jest przekonana, że są szczęśliwsze iż ona. Okazuje się jednak, że pozory mylą. Krystyna Mirek jak zawsze napisała książkę, w której wiele czytelniczek może odnaleźć fragmenty własnych historii. Anna Zaleska: Czy to przypadek, że pierwszą książkę napisała pani w wieku czterdziestu lat, czy plan na życie? Krystyna Mirek: To nie przypadek. Czterdziestka to był dla mnie ważny moment. Z jakiegoś powodu wystraszyłam się, że jeśli nie zdążę zostać pisarką do tego momentu, to już nigdy się nie uda. Dziś wiem już, że po czterdziestce też jest życie. Ten impuls dał mi jednak siłę. Długo marzyłam, by zmienić zawód, ale brakowało mi odwagi, czasu, możliwości. Byłam wtedy mamą trójki dzieci, uczyłam w szkole na pełny etat, żyłam w sporym pośpiechu i zmęczeniu. Tak jak żyje wiele kobiet. Rano – wieczór, rano – wieczór, poniedziałek – piątek, poniedziałek – piątek, Boże Narodzenie – Wielkanoc, Boże Narodzenie – Wielkanoc. Lata szybko mijały wśród licznych obowiązków i wyzwań. Dużym szokiem było uświadomienie...

Czytaj dalej
Pixabay.com/zdjęcie ilustracyjne

Szczęście się nie „przytrafia”, można się go nauczyć i je pielęgnować

Szczęśliwi ludzie żyją dłużej i cieszą się lepszym zdrowiem. Wszyscy chcemy być szczęśliwi, ale nie wszyscy wiemy, jak się za to zabrać.
Sylwia Arlak
05.06.2020

Choć często wolimy myśleć w ten sposób – bo tak jest nam zwyczajnie łatwiej – szczęście nie jest czymś, co nam się przytrafia. Każda z nas może o nie zwalczyć, bo pochodzi z wewnątrz. Naucz się oswajać negatywne myśli i zacznij podchodzić do życia w bardziej optymistyczny sposób. Oto cała recepta. Tak, to właśnie takie proste. Pokonaj negatywne myśli Większość z nas ma tendencję do przeżywania swoich porażek. Wolimy skupiać się na tym, co nam nie wyszło niż przyznać, w czym jesteśmy naprawdę dobrzy. Ma to zresztą swoje uzasadnienie — ucząc się na własnych, negatywnych doświadczeniach, łatwiej unikniesz ich w przyszłości. Jest duża szansa, że następnym razem w sytuacji kryzysowej zareagujesz inaczej, szybciej. Powstrzymywanie negatywnych myśli nie ma sensu. Kiedy mówisz sobie „muszę przestać o tym myśleć”, myślisz o tym jeszcze więcej. Uświadom sobie jednak, że to tylko myśl – i że to ty możesz nad nią zapanować. Zamiast „przeżuwać” w kółko słowa wewnętrznego krytyka i biczować się za błędy i porażki, powiedz sobie, że każdy człowiek ma gorsze okresy. Bądź dla siebie dobra. Jaką radę dałabyś przyjaciółce? No właśnie – teraz spróbuj zastosować ją do siebie. Pamiętaj, że większość naszych negatywnych myśli nie ma potwierdzenia w faktach. To jedynie nasze przypuszczenia, ogląd na daną sytuację. Zamiast mówić sobie „jestem porażką”, powiedz „tak, tym razem mi się nie udało, ale jedno niepowodzenie nie robi ze mnie gorszej osoby”. Jutro też jest dzień, a człowiek uczy się przez całe życie. Oddychaj świadomie Nauka dopiero zaczyna dostarczać nam dowodów na korzyści płynące z kontrolowanego oddychania. Jak pisze „New York Times”, z najnowszych badań wynika, że...

Czytaj dalej
Dominika Kuźniak
fot. Michał Dembiński

Dominika Kluźniak o samotności, dzieciństwie i książkach, które leczą duszę

O takich jak ona mówi się mól książkowy – cały czas coś czyta. Ona sama porównuje się do chaotycznie latającej ćmy i przyznaje: „Spokój to ideał, na razie dla mnie nieosiągalny.” Czy to debiut literacki pomoże jej zatrzymać się w miejscu?
Wika Kwiatkowska
04.06.2020

Jej twarz znają i miłośnicy seriali, i ambitnego teatru. W zeszłym roku wydała pierwszą bardzo dobrze przyjętą powieść „Miejsce” . Nam Dominika Kluźniak opowiada o zapachu prawdziwych książek, bibliotece w domu rodzinnym, fascynacji Dostojewskim i kobiecej literaturze, która ją ukształtowała. Wika Kwiatkowska: Twoi koledzy z teatru mówią, że zawsze masz w ręku książkę, cały czas czytasz.   Dominika Kluźniak:  Tak jest, odkąd pamiętam. Dorastałam we Wrocławiu, w starej kamienicy blisko rynku, mieszkanie miało bardzo wysokie sufity. Jedna ze ścian była od góry do dołu wypełniona szczelnie książkami. I pamiętam, jak bardzo chciałam sięgnąć po coś z Dostojewskiego, a rodzice mówili: „Poczekaj jeszcze rok. Teraz przeczytaj co innego”. Jestem bardzo wdzięczna za ten dom pełen książek. Bo dzięki rodzicom i babci pokochałam literaturę. Ale też muzykę. Chodziliśmy do opery, filharmonii, teatru. Skończyłam zresztą szkołę muzyczną, ale wybrałam teatr. Fiodor Dostojewski, Virginia Woolf i Sylvia Plath Pisarz, który zrobił na tobie wtedy największe wrażenie?   Właśnie Dostojewski. Jego „Bracia Karamazow” i „Idiota”. Przeczytałam te powieści, kiedy miałam jakieś 14 lat. A potem całą resztę – „Gracza”, „Łagodną”, „Wspomnienia z domu umarłych”, no i oczywiście „Zbrodnię i karę”. Mocne wejście. A czy mogłabyś wymienić pięć ważnych dla ciebie książek, napisanych przez kobiety? Na pewno „Do latarni morskiej” Virginii Woolf. Jestem też ogromną fanką „Wichrowych wzgórz” Emily Brontë. Przeczytałam tę powieść ze cztery razy. Ostatnio zachwyciła mnie książka Elizabeth Strout „Trwaj przy mnie”. A moje dwie ulubione poetki to Emily Dickinson i Sylvia...

Czytaj dalej
maciag aga
Robert Wolański

Agnieszka Maciąg: „Ja nie przekwitam, ja się rozwijam”

To od nas zależy, jaki będzie czas naszej dojrzałości, czy będziemy nosić koronę złotą, czy cierniową – pisze Agnieszka Maciąg. Właśnie ukazuje się jej książka „Menopauza. Podróż do esencji kobiecości".
Agnieszka Maciąg
03.06.2020

Menopauza to trudny czas w życiu każdej kobiety. Może dlatego obrosła mnóstwem negatywnych stereotypów i kojarzy się nam się zwykle z definitywnym końcem młodości, utratą kobiecości i seksapealu,  spadkiem sił witalnych. Menopauza na pewno przynosi zmianę, ale czy na gorsze?  Agnieszka Maciąg podchodzi do niej w sposób spokojny  i naturalny, traktuje ją jako kolejny rozdział w życiu, rozdział który służy naszemu rozwojowi, pozwala bowiem jeszcze lepiej i głębiej poznać siebie samą. Nasze życie jest naprawdę w naszych rękach, a to, jak będziemy się czuły i jak spędzimy następne lata w ogromnym stopniu zależy od nas – naszych nawyków jedzeniowych, aktywności fizycznej, dbałości o dobry sen, relacje z bliskimi. Ale też od nastawienia. „Nie wiedziałam dlaczego tak dobrze się czuje, skoro ta menopauza jest taka okropna" – pisze Agnieszka Maciąg.   24 czerwca ukaże się jej nowa książka „Menopauza. Podróż do esencji kobiecości"( Wydawnictwo „Otwarte”, Kraków, 2020). Bowiem, jak tłumaczy  postanowiła zjawisko menopauzy „przytulić do serca" i naprawdę zgłębić. Agnieszka Maciąg i jej „Zaskakujące odkrycie"                   W pewien jesienny dzień – pisze Agnieszka Maciąg , pachnący liśćmi i wiatrem, mój mąż rozpalał ogień w kominku, a ja zaparzyłam herbatę z pomarańczą i cynamonem. Ukroiłam świeżo upieczone ciasto z dyni o barwie intensywnej jak zachodzące słońce. Usiedliśmy przy stole, a obok nas nasi dawno niewidziani przyjaciele. Zaczęliśmy opowiadać, co u każdego z nas się wydarzyło. Nasze ścieżki rozeszły się na kilka lat, aby tego dnia spleść się ponownie w serdecznym uścisku przyjaźni.          ...

Czytaj dalej