Anna German była boginią, Rosjanie nazwali nawet jej imieniem jedną z asteroid. Wypadek wszystko zmienił
SPUTNIK/EAST NEWS

Anna German była boginią, Rosjanie nazwali nawet jej imieniem jedną z asteroid. Wypadek wszystko zmienił

Po tym, jak Anna German uległa wypadkowi, lekarze nie dawali jej szans na powrót na scenę i normalne życie. Ona jednak była uparta.
Sylwia Arlak
13.01.2021

Jej największym marzeniem był własny dom. Do końca życia pamiętała o biedzie, wielkim głodzie, ciężkiej chorobie (mała Ania, podobnie jak jej brat, miała szkarlatynę. Młodszy o rok Fryderyk zmarł w Taszkiencie) i tułaczce.

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

Anna German nawet w Polsce nie była tak popularna jak w ZSRR

Anna German urodziła się w 1936 roku w Urgenczu w Uzbekistanie. Wraz z matką Irmą German przez wiele lat włóczyła się po ZSRR, szukając ojca aresztowanego w 1937 roku przez NKWD. W 1942 roku mama Anny ponownie wyszła za mąż. Polak, Herman Berner, rok później zginął pod Lenino. Ślub pozwolił Irmie wyrobić polskie dokumenty, dzięki czemu wraz z matką i córką po wojnie zamieszkały w Nowej Rudzie, a następnie we Wrocławiu. W końcu znalazły swoje miejsce. Tu Anna skończyła szkołę, a później studia. Śpiewała od dziecka, ale chciała mieć „konkretny zawód”. Postawiła więc na geologię.

Pasja była jednak silniejsza. Zadebiutowała jeszcze na studiach. Występowała w teatrze studenckim Kalambur, a tuż po tym, jak zdobyła tytuł magistra, zdobyła uprawnienia estradowe. W 1963 roku wzięła udział w III Międzynarodowym Festiwalu Piosenki w Sopocie, gdzie zdobyła drugą nagrodę za utwór „Tak mi z tym źle”. Rok później zdobyła kolejne wyróżnienie za „Tańczące Eurydyki”, tym razem na Festiwalu Piosenki w Opolu. Kolejne nagrody i sukcesy rozbudziły jej apetyt na więcej.

Zaczęły się wyjazdy za granicę. Największe uznanie zdobyła w Związku Radzieckim. To tam nagrała swoją pierwszą płytę i do dzisiaj cieszy się największą popularnością. Rosjanie uważają ją za „swoją”, do dziś obchodzą rocznice jej urodzin i śmierci. Jako jedyną cudzoziemkę upamiętnili ją gwiazdą przed hotelem Rossija w Moskwie. Wyprodukowali serial biograficzny „Anna German. Tajemnica białego anioła” (główną rolę zagrała polska aktorka Joanna Moro), który kosztował ok. 10 mln dol. Jej piosenka „Nadzieja” została hymnem rosyjskich kosmonautów. Imieniem Anny German nazwano nawet jedną z asteroid. Rosjanie i Amerykanie próbowali przekonać ją, by wyrzekła się polskiego obywatelstwa i przeprowadziła do nich na stałe. Powtarzała jednak, że jej miejsce jest w Polsce.

„Zapłaciła najwyższą cenę za to swoje śpiewanie, za ogromną sympatię radzieckiej publiczności. W Polsce dochodziły do niej różne, niezbyt miłe opinie na jej temat. Miała świadomość tego, że jest w jakiś sposób pomijana i w radiu, i w telewizji. Bardzo to przeżywała. Dlatego tak chętnie jeździła do Związku Radzieckiego. Mówiła mi zamyślona: »Tam jestem przyjmowana z otwartymi ramionami, czekają na mnie, a we własnym kraju…«” – opowiadał w jednym z wywiadów przyjaciel rodziny German.

Czytaj też: Maria Winiarska i Wiktor Zborowski: „My już nawet chorujemy na te same choroby, na bank będziemy zawsze razem”

Źle czuła się w roli diwy

Śpiewała w aż siedmiu językach (od dziecka miała do czynienia z wieloma kulturami; ojciec niemieckiego pochodzenia urodził się w rosyjskiej wówczas Łodzi, matka pochodziła z holenderskiej rodziny). Koncertowała w NRD, Wielkiej Brytanii, Francji, Azji, obu Amerykach, a tuż przed śmiercią również w Australii. Podpisała kontrakt z włoską wytwórnią Company Discografica Italiana i rozpoczęła tournée po Włoszech. W 1967 roku jako pierwsza cudzoziemka zaśpiewała na XV Festiwalu Piosenki Neapolitańskiej. Jako pierwsza (i jedyna w historii) polska artystka wystąpiła na XVII Festiwalu w San Remo.

Wyjazd do Włoch przypłaciła ogromnym stresem. Skromna, pełna kompleksów (German uważała, że nigdy nie zrobi kariery przez swój wysoki wzrost – mierzyła 184 cm), źle czuła się w roli diwy. W Mediolanie udzielała wywiadu za wywiadem, brała udział w licznych programach telewizyjnych i pokazach mody. Wciąż ktoś rozpoznawał ją na ulicy.

„Miała wyjątkową, łatwo rozpoznawalną barwę głosu, a do tego urodę, która także zwracała uwagę. Spotkały się u niej wszystkie elementy potrzebne, by zrobić karierę: głos, wygląd, ale też dobrze dobrany repertuar. Piosenki liryczne, niewykazujące niestosownej w tym przypadku awangardy, ale przede wszystkim melodyjne i eksponujące urodę jej głosu. To była wyjątkowa osoba, nieporównywalna z żadną inną w historii powojennej piosenki” – mówił o niej w jednym z wywiadów Sławomir Pietras, były dyrektor teatrów operowych w Warszawie i w Poznaniu.

Czytaj też: Andrzej Wajda i Krystyna Zachwatowicz. Poznali się, gdy „wszystkie błędy mieli już za sobą”

Wypadek przekreślił wszystko

Była u szczytu kariery, gdy w sierpniową noc 1967 roku wracała do Mediolanu z koncertu w Forli koło Ravenny. Doszło do wypadku. Prowadzący samochód kompozytor Renato Serio (po drugiej z kolei nieprzespanej nocy) stracił nagle panowanie nad kierownicą i z ogromną prędkością wjechał w barierkę na poboczu. „Odczułam nagle kilka wstrząsów, jakby samochód znalazł się na okropnych kocich łbach zamiast na gładkiej jak lustro szosie. Wszystko trwało ułamki sekundy. Odczułam, doskonale to pamiętam, paniczny strach przed spaleniem żywcem w samochodzie” – wspominała po latach German. W wyniku zderzenia wypadła przez przednią szybę samochodu.

Przez tydzień pozostawała w śpiączce. Miała 49 złamań kości, straciła też dużo krwi. Lekarze nie dawali jej szansy na powrót do śpiewania. Uważali, że nie będzie nawet w stanie samodzielnie się poruszać. Była załamana. „Długo nie odzyskiwałam przytomności, nie mogłam mówić. Pięć miesięcy byłam w gipsie po szyję, kolejne pięć – unieruchomiona już bez gipsu. Trzy włoskie i trzy polskie szpitale starały się przywrócić mnie do życia. Nie było wiadomo, czy kości się zrosną, czy będę mogła chodzić” – mówiła. Czuła się jak w pułapce: „Ze swojego łóżka widziałam tylko ścianę i drzewo. Całymi godzinami patrzyłam w okno, czekając czy nie pojawi się ptaszek na gałęzi”.

Rehabilitacja zajęła jej trzy lata. I choć przewidywania lekarzy nie sprawdziły się, nigdy nie wróciła do pełnej sprawności. Pomimo bólu jak najszybciej chciała znowu stanąć na scenie. „Powrót na estradę był dla mnie podwójnym wyzwaniem – fizycznym i moralnym. Po tym, co przeżyłam, gdy najdrobniejszy ruch powodował ból, trzeba było wyglądać na zupełnie zdrową, żeby publiczność nie myślała, że liczę na jej pobłażliwość” – wspominała.

Czytaj też: Agnieszka Osiecka wymyśliła hasło reklamowe Coca-Coli. 5 mało znanych faktów o Osieckiej

Nowe początki

Anna German mówiła, że nie dałaby rady, gdyby nie wsparcie narzeczonego, pracownika naukowego Zbigniewa Tucholskiego. Poznała go na basenie we Wrocławiu. Od razu wzbudził jej zaufanie i sympatię. Zanim związali się na poważnie, Zbigniew jeździł za nią na koncerty i wspierał w chwilach zwątpienia. Kiedy dowiedział się o wypadku, natychmiast poleciał do Włoch. Opiekował się nią za granicą, a później zaprosił do swojego domu w Polsce i pomagał stawiać pierwsze kroki po operacji. Pobrali się po trzynastu latach znajomości, w marcu 1972 roku w Zakopanem. W skromnej uroczystości wzięli udział tylko najbliżsi pary.

O tym, jak bardzo brakowało jej sceny, przekonała się, gdy zagrała po raz pierwszy od czasu wypadku. „Tak się w moim życiu złożyło, że festiwal opolski był dla mnie aż dwa razy debiutem. Po raz pierwszy, kiedy śpiewałam w Opolu »Tańczące Eurydyki«, które to wydarzenie było moim »oknem na świat«, ponieważ potem przyszedł Sopot i inne festiwale, krajowe i zagraniczne. […] Mój drugi debiut opolski odbył się znacznie później, po moich doświadczeniach włoskich, kiedy po dłuższej przerwie, trzech czy czterech lat, wyszłam znów na estradę opolskiego amfiteatru i zaśpiewałam »Być może« Jerzego Dobrowolskiego. I pamiętam ten wzruszający moment, kiedy cała widownia amfiteatru zaśpiewała mi »Sto lat!«. Wówczas uwierzyłam, że znowu mogę śpiewać na żywo, przed publicznością i że wszystko się zacznie znów, od początku” – tłumaczyła. Od tej pory śpiewała tylko wesołe piosenki. Zarażała publiczność radością życia.

Czytaj też: Idealna towarzyszka dla chichota i złośliwca – o małżeństwie Barbary i Wojciecha Kilarów

Najważniejsza była dla niej rodzina

W domu nie była gwiazdą. Chętnie gotowała obiady ukochanemu i nie skarżyła się, gdy trzeba było coś posprzątać. „Nie wpuszczam męża do kuchni. Nie dlatego, że jest niewielka i byłoby nam ciasno, ale po prostu kuchnia to nie miejsce dla mężczyzny” – mówiła rosyjskim dziennikarzom. Szybko poczuła, że chciałaby powiększyć rodzinę. „»Powiedz mi, jak to jest – jaka jest ta miłość…?« – pytałam czasem moje koleżanki, które miały dzieci. Odpowiedzią był uśmiech i słowa: »Tego się nie da powiedzieć, to trzeba samej przeżyć«” – opowiadała. Lekarze odradzali jej ciążę – urodzenie pierwszego dziecka w wieku 39 lat było w latach 70. czymś niezwykłym. Do tego wciąż miała problemy zdrowotne. Jeszcze nie otrząsnęła się po wypadku, gdy zaczęła odczuwać mocne bóle nóg (które zdiagnozowano później jako nowotwór kości). Ale marzenie o dziecku było silniejsze.

Nie dość, że Anna German nie zrezygnowała z macierzyństwa, to jeszcze po zajściu w ciążę wcale się nie oszczędzała. Mimo próśb i gróźb męża pojechała na tournée po ZSRR. W listopadzie 1975 roku urodziła chłopca, Zbyszka. Zdecydowała, że przez najbliższy rok całkowicie wycofa się z życia publicznego. To – jak wspominał po latach mąż German – był najlepszy okres w ich życiu.

Rak zaatakował ponownie pomiędzy koncertami w Azji. W czasie tournée po Australii w 1980 roku zrozumiała, że nie da rady dłużej występować przed publicznością. Wróciła do domu i od tej pory śpiewała już tylko w zaciszu domowym. Zmarła w sierpniu 1982 roku w wieku 46 lat.

Czytaj też: Ostatnie słowa wielkich ludzi. Co mówili na łożu śmierci m.in. Steve Jobs, Beethoven i Jan Paweł II

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Anna Jantar / East News

Natalia Kukulska o mamie, Annie Jantar: „Nikt mi nie powiedział, że mama zginęła…”

„Nikt mi nigdy nie powiedział, że mama zginęła, odeszła na zawsze. Gdy na lotnisku, trzymając bukiet frezji, nie doczekałam się przylotu mamy i spotkania z nią… to tak jakby czekanie na jej powrót przeciągnęło się do teraz”, pisze Natalia Kukulska w 70. urodziny swojej mamy Anny Jantar.
Anna Zaleska
09.06.2020

Gdyby nie wielka tragedia, która wydarzyła się 14 marca 1980 roku, Anna Jantar kończyłaby dziś 70 lat. Cieszyłaby się sukcesami córki, trójką wnucząt i miałaby pewnie poczucie spełnienia patrząc wstecz na życie wypełnione niezapomnianymi przebojami, koncertami granymi na całym świecie i wyrazami uwielbienia fanów. Książka Marcina Wilka „Tyle słońca. Anna Jantar. Biografia” (Wydawnictwo Znak) to biografia wyjątkowej kobiety. „Ania całą sobą niosła aurę słońca”, wspominała ją Halina Frąckowiak. Zarazem była utalentowaną piosenkarką, pracowitą, skoncentrowaną na tym, by spełniać swoje marzenia. Jej życie zakończyło się w szczytowym momencie kariery, na pogrzeb przyszło 40 tysięcy ludzi, nad grobem przemawiał Daniel Olbrychski, kilka kobiet zemdlało. Przebój „Nic nie może przecież wiecznie trwać” nabrał nowego sensu. Drugie wydanie biografii legendarnej piosenkarki ukazało się właśnie teraz, w rocznicę jej 70. urodzin, wzbogacone o wzruszający wstęp napisany przez córkę artystki,  Natalię Kukulską. Jego fragmenty publikujemy poniżej, razem z fragmentami opowieści o Annie Jantar (wtedy jeszcze Hani Szmeterling) z czasu, gdy miała tyle lat, co teraz jej wnuczka, Ania. Marcin Wilk w swojej biografii nie ogranicza się tylko do czasu, kiedy Anna Jantar, była już sławną piosenkarką, w swojej opowieści cofa się do jej okresu nastoletniego, kiedy 14–15-letnia Hanka wbrew zakazom mamy zaczyna się malować, eksperymentuje z modą, spotyka się z przyjaciółkami, flirtuje z chłopakami i rozrabia na lekcjach. Jej życie  odmieniło spotkanie z zespołem Szafiry: czterema chłopakami, którzy początkowo chcieli być jak Beatlesi, ale potem uznali, że przydałaby im się wokalistka. Potem wydarzają się jeszcze dwa przełomowe momenty. Jeden: Ania...

Czytaj dalej
East News

Jennifer Lawrence: Buntowniczka, ulubienica Hollywood i dziewczyna z sąsiedztwa

Z jej urodą, milionami i pasmem sukcesów na koncie łatwo mogłaby stać się obiektem drwin i zazdrości. Tymczasem Jennifer Lawrence kibicuje cały świat.
Sylwia Arlak
05.11.2020

Kiedy Jennifer Lawrence odbierała Oscara za rolę w filmie „Poradnik pozytywnego myślenia”, nie mogła uwierzyć we własne szczęście. „Jak to możliwe, że dziewczyna z Kentucky znalazła się w tak zacnym gronie?” — dziwiła się później w jednym z wywiadów. Ale nie obyło się bez wpadki. Unosząc swą bladoróżową kreację od Diora, wchodząc na ostatnie stopnie sceny w Dolby Theatre w Hollywood, gwiazda zaliczyła upadek. „Teraz wstajecie, bo wam głupio, że upadłam. To bardzo zawstydzające” — zwróciła się do uczestników wydarzenia, wywołując salwę śmiechu. I znowu wygrała. Najpierw nauka, potem kariera Nic nie zapowiadało tak wielkiej kariery. Jennifer urodziła się 15 sierpnia 1990 roku, jako jedna z trójki rodzeństwa, w prostej, ale kochającej się rodzinie w Louisville w stanie Kentucky. Matka – Karen, która prowadziła półkolonie, i ojciec – Gary, właściciel firmy budowlanej, nie mieli pojęcia o hollywoodzkim świecie. Ale dziewczynkę od najmłodszych lat ciągnęło na scenę. Grała w przedstawieniach kościelnych i szkolnych musicalach. Jedna z jej najbardziej pamiętnych ról była oparta na opowieściach biblijnych. Wcielając się w prostytutkę z Niniwy, miała zaledwie dziewięć lat. „Inne dziewczyny, które grały w przedstawieniu, w zasadzie stały w miejscu. Ale Jennifer machała tyłkiem i dumnie kroczyła po scenie” — wspominała jej mama w magazynie „The Rolling Stones”, dodając: „Nasi przyjaciele powiedzieli: » Nie wiemy, czy powinniśmy ci pogratulować, czy nie, bo twoje dziecko jest wspaniałą prostytutką « ”. W wieku 14 lat Jennifer przekonała rodziców, żeby zebrali ją do Nowego Jorku na przesłuchania do agencji talentów. Mieli jeden warunek — zanim zacznie grać, najpierw...

Czytaj dalej
East News

Grace Kelly i książę Rainier: bajkowy ślub i tragiczny koniec

Grace Kelly dla księcia Rainiera zrezygnowała z kariery w Hollywood i zrzekła się amerykańskiego obywatelstwa. Wniosła do małżeństwa dwa miliony dolarów, tolerowała zdrady męża i awantury. A potem nastąpił tragiczny finał.
Sylwia Arlak
12.11.2020

Nawet jako uznana gwiazda filmowa nie spodziewała się takiego zainteresowania. W dwudniowej uroczystości weselnej Grace Kelly i księcia Rainiera III Grimaldiego w katedrze św. Mikołaja w Monako uczestniczyło ponad 3000 gości. Transmisję z „jednego z najpiękniejszych ślubów, jakie widział świat” (jak rozpisywały się o nim media) obejrzało ponad 30 milionów ludzi na całym świecie. Suknia księżniczki miała wysoki dekolt, kilka halek i starodawną koronkę składającą się z setek malutkich pereł. Trzydzieści szwaczek szyło ją przez sześć tygodni. Podobno na tej ślubnej kreacji wzorowana była suknia Kate Middleton. „Mama opowiadała, że to było przytłaczające wydarzenie. Mówiła, że określenie »podekscytowana « czy »uszczęśliwiona « nie oddawało w pełni jej uczuć” — mówił wiele lat później syn słynnej pary, książę Albert. On przepadł, ona go zbywała Nie była to jednak miłość od pierwszego wejrzenia. Kiedy Grace po raz pierwszy spotkała księcia Rainiera, nie była nim zainteresowana jako mężczyzną. Stwierdziła jedynie, że jest „niezwykle uroczy”. On przepadł momentalnie. 26-latkę uznawano za jedną z najbardziej oszałamiających kobiet w Ameryce. Rolami w takich filmach, jak „Dziewczyna z prowincji” (za którą otrzymała Oscara), „Mogambo” (ta rola również przyniosła jej nominację), „Okno na podwórze”, czy „M jak morderstwo”, udowodniła, że ma do pokazania znacznie więcej niż ładną buzię. Jej zagorzałym fanem był m.in. Alfred Hitchcock, z którym nakręciła trzy filmy. Nie mniej niż o jej rolach, rozpisywano się o kolejnych romansach. Spotykała się m.in. ze (starszym od niej o 28 lat) Clarkiem Gable i Rayem Millandem (o którym mówiono, że jest miłością jej życia). Z...

Czytaj dalej
lilly collins
East News

Lily Collins w serialu twórców „Seksu w wielkim mieście”! Czas na nową Carrie Bradshaw?

Czy Lily Collins powtórzy sukces Sarah Jessiki Parker i stanie się ikoną stylu? „Emily in Paris” to nowy serial twórców „Seksu w wielkim mieście”. Premiera jesienią w Netfliksie. Będzie hit?
Jakub Demiańczuk redakcja „Uroda Życia”
15.07.2020

Twórcy „Emily in Paris” mówią wprost, że nowy serial ma zapełnić puste miejsce po „Seksie w wielkim mieście”. Lily Collins gra w nim młodą, dwudziestoparoletnią kobietę, która przenosi się z Chicago do Paryża – dostaje pracę w agencji marketingowej zajmującej się luksusowymi markami. Nowi przyjaciele, romanse, przygody. Ale też zderzenie młodej Amerykanki z francuskim stylem, kuchnią, obyczajami – to wszystko wypełnia fabułę serialu ( zobaczymy najpierw 10 odcinków po 30 minut). Najważniejsza jest oczywiście główna bohaterka, Emily. Czy tak, jak Carrie Bradshaw będzie kupować buty w cenie mieszkania, czy będzie szukała miłości „bez której nie da się żyć” i uzna, że dopiero paczka przyjaciół daje „girl power”. Co wiemy o Lilly Collin, która  może stać się dla wielu z nas nową ikoną stylu. W przeciwieństwie do Sarah Jessiki Parker młodziutka Lilly Collins nie marzyła o aktorstwie, chciała być dziennikarką. Pisała felietony do młodzieżowych magazynów, jako reporterka stacji telewizyjnej Nickelodeon relacjonowała prezydencką kampanię wyborczą w 2008 roku oraz inaugurację Baracka Obamy. O tym, że film to właściwa droga, przekonały ją sukces dramatu „Wielki Mike”, w którym zagrała obok nagrodzonej Oscarem Sandry Bullock, oraz pozytywne recenzje, jakie zebrała za tytułową rolę w „Królewnie Śnieżce” z 2012 roku. Lily jest piękna, popularna, gra w coraz ciekawszych filmach. Ale dopiero niedawno publicznie wyznała, że jej życie nie zawsze przypominało bajkę. Lily Collins, córka Phila, którą Elton John nosił na rękach Jest trzecim z pięciorga dzieci słynnego brytyjskiego rockmana Phila Collinsa, jedynym z jego drugiego małżeństwa z Amerykanką Jill Tavellman. Urodziła się w 1989 roku, gdy...

Czytaj dalej