Anna Dymna o ukochanym Wiesławie Dymnym: „Szłam z nim jak promień słońca”
Fot. Jan Zych/Archiwum Anny Dymnej

Anna Dymna o ukochanym Wiesławie Dymnym: „Szłam z nim jak promień słońca”

Gdy Dymny zmarł, myślała, że i ona za chwilę umrze, „bo życie bez niego nie jest po prostu możliwe”.
Marta Strzelecka
13.10.2020

Był cudownym artystą, ale też pił, urządzał bójki, znikał. Ona  mówiła, że jak się kocha, to nic nie jest ważne, że z nim wszystko wytrzyma. Anna i Wiesław Dymni przeżyli razem 7 lat, przez 6 lat byli małżeństwem. Poznali się na planie filmu w 1969 roku, choć przelotnie widzieli się już wcześniej. Ona pamięta go jako pijanego mężczyznę, o którym ktoś powiedział: „A to jest taki Dymny z Piwnicy pod Baranami”. On zachwycał się jej urodą w kinie.

W 1969 roku spędzali razem dużo czasu, pracując przy filmie „Pięć i pół bladego Józka” Henryka Kluby, do którego Dymny napisał scenariusz. Cenzurze nie podoba się ta fabuła – pełna buntu i wolności historia o gangu motocyklowym dowodzonym przez dziewczynę. Ania gra główną rolę. Ekipa mieszka w pałacyku niedaleko Płocka. Jest sroga zima, więc rzadko wracają do domów, do Krakowa.

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Anna Dymna: „Wzięłam goździki, pocałowałam go w policzek”

Ich pierwszy długi kontakt w tej pracy wydaje się intymny i ważny, ale ani on, ani ona nie opowiadali o tym publicznie: Dymny na potrzeby sceny filmowej maluje nagie ciało Ani w kwiaty. Za to drugie spotkanie przechodzi do legendy. Jest noc, Anna próbuje zasnąć, a pijany Wiesław na korytarzu gra w ping-ponga. Wtedy po raz pierwszy jej naiwność zderzyła się z jego brutalnością.

„Wyszłam i zapytałam, czy mogą przestać grać – wspomina. – Przyszedł do mnie do pokoju z butelką i coś powiedział, wplatając słowo »kurwa«; ja teraz wiem, że to był przecinek i można to w dobrej wierze powiedzieć. Ale wtedy byłam tak przerażona, że go strzeliłam w łeb, bo myślałam, że to o mnie. I on mi oddał, podbił mi oko”.

Przerażona – bardziej tym, że uderzyła, niż tym, że dostała cios – natychmiast wyjechała.

Kiedy wracała, na dworcu wyszedł jej na spotkanie Dymny.

„Nic nie powiedział, ja stałam taka zdumiona, on był roztrzęsiony, i wtedy wyciągnął zza pleców bukiet goździków w papierze, trzy kwiatki, i mi to dał. I nic nie powiedzieliśmy, wzięłam goździki, pocałowałam go w policzek.  Od tego się wszystko zaczęło”.

Czytaj też: Andrzej Wajda i Krystyna Zachwatowicz. Poznali się, gdy „wszystkie błędy mieli już za sobą”

Anna Dymna: „Byliśmy jak dwa leśne zwierzaki”

To początek ich wspólnej opowieści opartej na zachwycie. Ona zachwyciła się jego oddaniem, poświęceniem, wrażliwością, a on jej dobrocią i urodą. Od tej pory codziennie pod drzwiami swojego hotelowego pokoju znajdowała prezent: maleńką rzeźbę, czekoladę, rysunek.

Dymny przestał pić.

Chodzili na spacery, rozmawiali, rysował dla niej, wymyślał rymowanki. Do legendy przeszedł też kamień, który podobno Anna do dziś nosi w torebce – wypolerowany i gładki. Kiedy się poznali, był trochę chropowaty. Wiesiek znalazł go na spacerze, rozgrzewał w dłoniach i dawał jej, żeby nie marzła. Za którymś razem po prostu wziął ją za rękę.

Dymny chciał być dla kobiet rycerzem, od kiedy zaczął o nich myśleć. Żył dla miłości. W Piwnicy poznał Barbarę Nawratowicz, późniejszą gwiazdę zespołu i swoją pierwszą dorosłą miłość. Byli razem osiem lat, potem związał się ze studentką geografii Teresą Hrynkiewicz, która została jego pierwszą żoną. Jak wspominają jego przyjaciele z Piwnicy, do swoich ukochanych pisał piękne listy miłosne. Układał dla nich wiersze, organizował sesje zdjęciowe, szył im ubrania, remontował mieszkania. I był o niezazdrosny do szaleństwa.

Takiego mężczyznę wybrała Ania Dziadyk – zatracał się we wszystkim. Może dlatego, że dorastał z poczuciem, że musi być odpowiedzialny. Wojna zmusiła jego, matkę i dwóch młodszych braci do tułaczki. Przenieśli się ze wsi niedaleko Nowogródka (dziś białoruskiej) do podbeskidzkiej wioski Nałęże. Ojciec zaginął na wojnie, a Wiesław, najstarszy, uznał się za głowę rodziny. Studia na ASP, samodzielne przenosiny do Krakowa, wejście w środowisko tutejszych artystów uznał za początek wolności.

Ona pochodziła ze skromnego krakowskiego domu, wychowała się w kamienicy na Zwierzyńcu, mama była ekonomistką, tata inżynierem lotnikiem. Ale wartości, w których się wychowali, były zaskakująco podobne. Tym samym się zachwycali, podobne rzeczy ich interesowały. I nie chodziło o lektury, filmy, obrazy, ale o stosunek do zwierząt, przyrody, kuchni, relacji rodzinnych. „Gdy szliśmy razem do lasu, zawsze wychodziliśmy najedzeni... Wiedzieliśmy, co jest gorzkie, co słodkie, co gasi pragnienie... Byliśmy jak dwa leśne zwierzaki – wspominała Dymna. – Gdy wyszłam za mąż za Wiesia, to mi się czasem wydawało, że to jest mój brat. Nawet fizycznie byliśmy podobni. Mieliśmy takie same rodzinne zwyczaje. Znaliśmy te same potrawy, w podobny sposób obchodziliśmy święta”.

Czytaj także: Nikt tak nie kochał życia, jak Zbigniew Wodecki. „To był człowiek nieskazitelny…”

Córeczka, jak Ty

Rodzice Ani nie zachwycili się jej wyborem – Dymny nie był wtedy w Krakowie postacią anonimową, nie miał też dobrej sławy. Żonaty, rozrabiaka, król pijackich imprez, autor kontrowersyjnych tekstów, starszy kilkanaście lat. Ale kiedy przyszedł się oświadczyć, mama Ani zapytała tylko, czy rzeczywiście się kochają.

Zaś matka Dymnego, z którą miał wyjątkowo silną relację, obierając z przyszłą synową ziemniaki, zaczęła płakać i wyszeptała: „Słoneczko, zawsze chciałam mieć taką córeczkę jak ty”.

Ślub wzięli w październiku 1972 roku. Panna młoda miała na sobie buty zaprojektowane przez narzeczonego, wysokie, z kieszonkami, białą bluzkę, krótką spódnicę i skórzaną kamizelkę. Pan młody – lekką marynarkę z dużą liczbą kieszeni. Mieszkali na strychu, który remontowali. Tam też odbyło się wesele. Dymny zbił stół z płyt pilśniowych, nakryli go obrusami, podali barszcz, który sami ugotowali. Następnego dnia Ania wyjechała na plan filmowy do Niemiec. On też wrócił do pracy. I do picia, ale miłość i wzajemny zachwyt nie słabły.

„Z  nim wytrzymam wszystko”

Zazwyczaj zaczynał pić, kiedy Ania wyjeżdżała na plan filmowy. Nie leczył się, bo uważał, że odstawi alkohol, jeśli będzie chciał. Ale gdy żony nie było, przepadał z kolegami z Piwnicy pod Baranami. Wdawał się w bójki. Dlatego Dymna, kiedy tylko mogła, chodziła z nim do Piwnicy i pilnowała. Sama sobie tłumaczyła jego picie niezgodą na komunistyczną rzeczywistość, brakiem prawdziwej twórczej wolności i nadwrażliwością.

„W środku był delikatnym, często przerażonym chłopcem – mówi. – Wiem, jak było mu trudno żyć w tej zniewolonej rzeczywistości. Nie umiał kombinować, niczego ukryć, przechytrzyć kogoś, kłamać, tylko walił prawdę prosto z mostu”. Ale jednocześnie nie chciał pić. Tłumaczył, że nigdy nie zrobił niczego wartościowego, kiedy był pijany. Że przesiadywanie w Piwnicy jest stratą czasu, ale że nie potrafi z tego zrezygnować. „Wiesiu mógł całymi miesiącami nie pić, ale jak wypił jeden kieliszek, trudno mu było przestać – mówi Dymna. – Kochałam go i musiałam jakoś chronić”.

Bywał przyczyną jej największych lęków, ale nigdy rozczarowań. Po trudnym początku małżeństwa – tak innym po narzeczeństwie w zupełnej trzeźwości – nabrała pewności, że wytrzyma z nim wszystko.

„Jak się kocha, to nic nie jest ważne. Żadne kłopoty, żadne złe momenty, a te złe momenty nawet, wręcz odwrotnie, pogłębiają uczucie”.

Picie było jednym problemem, drugim – równie niebezpiecznym – nieustające igranie z cenzurą. Ania nieraz znajdowała Wiesia pobitego pod drzwiami mieszkania. Skarżył się wtedy: „Aniczka, to, że mnie spałowali, to nic, ale czemu te skurwiele zabrali mi moje zeszyciki?No ale wiem, wiem... Jakbym się nie napił, to pewnie by się to nie stało”.

I od czasu do czasu znikał na kilka dni. Tak było po śmierci matki, z którą łączyły go bardzo silne więzy.

„Pamiętam, ile ja go czasem dni szukałam w Krakowie czy w innych miejscach – wspomina Dymna. – Ile tropów śledziłam i nie mogłam znaleźć. Ale zawsze wracał. Wtedy też wrócił, jakiś zmaltretowany, z puszeczką ziemi z grobu mamy. Nie wiem, gdzie był. Nie pytałam. To nie miało znaczenia. Grunt, że wrócił”.

Czytaj też: Gustaw Holoubek i Magdalena Zawadzka: mistrz, uczennica i wielka miłość

Szłam z nim jak promień słońca

Wszystko rekompensowała wspólna codzienność. Kiedy spacerowali po Rynku, Wiesiek trzymał Anię pod ramię, jak staromodny dżentelmen. „Szłam jak taki promień słońca, a za mną on ze spojrzeniem mówiącym: dotknij tylko, popatrz na Aniczkę krzywo, to ci przywalę”. Raz na jakiś czas chodzili do Wierzynka. „To była nasza odrobina luksusu”, wspomina Dymna. Kiedy brakowało pieniędzy, jedli ryby, które mrozili na zapas dla swojej ogromnej czarnej kotki Kaśki. I gotowali razem. „Kiedy szefem kuchni był Wiesiek, robił wokół siebie pobojowisko.

Był świetnym kucharzem, z polotem i wyobraźnią. Można powiedzieć, że i przy gotowaniu paliło mu się w rękach. Uczył mnie przyrządzania różnych potraw, których nikt nie zna. Ja go uczyłam”. Razem czytali na głos Biblię (przeczytali całą), Faulknera, Bułhakowa, Manna. Organizowali sesje zdjęciowe, których byli autorami i bohaterami. On recytował przed nią swoje teksty kabaretowe, a ona znała je potem na pamięć. Czasem przesiadywali przed telewizorem na materacu, w szlafrokach, z Kasicą, która po nich chodziła. Wciąż coś zmieniali w wystroju mieszkania. Wiesiu konstruował, budował, robił meble, biżuterię dla Aniczki, szył jej ubrania i torebki. Czuł wtedy, że jest rycerzem, znajdował w jej oczach akceptację. I wciąż był w nią zapatrzony.

Seria złych zdarzeń

W tej codzienności, poza sielskimi obrazkami, znalazły się też poważne wypadki. Żeby rachunek emocji był równy, z pozytywnych drobiazgów rodziły się niebezpieczne sytuacje. Przy remoncie podłogi pijany Dymny łyknął żrący środek chemiczny, myśląc że to piwo. Poparzył sobie język i przełyk, wychodził z tego długo w szpitalu. Niedługo później, podczas jednego ze spokojnych domowych wieczorów, został zabrany przez milicję, potem przez miesiąc był internowany. Rok później wybuchł ich radziecki telewizor i spowodował pożar, który zniszczył wszystko. Wyszli z płonącego mieszkania z kotką, kłębkiem włóczki i drutami, kilkoma ubraniami. Po ugaszeniu ognia udało się uratować tylko niewielką część prac Dymnego.

Ale wciąż cieszyli się z tego, co mają. Mieszkali u znajomych, spali na łóżkach polowych i planowali remont. „Fajnie Aniu, że był ten pożar – mówił – bo byśmy nigdy się na to nie zdecydowali, żeby coś nowego zrobić, a teraz będziemy wszystko zmieniać”. Na talerzach z jedzeniem rysowali widelcami nowy układ mebli, chodzili do spalonego mieszkania, żeby tam ustawiać w myślach wszystko od nowa.

Czemu świat się nie skończył

W lutym 1978 roku planowali przeprowadzkę. Któregoś wieczora Dymny zajrzał do ich mieszkania, żeby popracować przy remoncie. Potem miał iść do „Piwnicy pod Baranami". Nie poszedł, rano Ania znalazła go w kuchni, nie żył. Zmarł nagle, do dziś nie wiadomo, co było bezpośrednią przyczyną.

Ona miała 27 lat, on 42.

„Byłam przez wiele, wiele dni jak w hipnozie, pewna, że i tak świat się zaraz skończy. Wiedziałam, że za chwilę też umrę, bo życie nie jest po prostu możliwe” – wspomina.

Jak to się stało, że jej świat się nie skończył?

„Wiesiek cały czas jest. I to już jest na zawsze. Wiem, że to dziwnie brzmi, ale jakoś tak się potoczyło, że ta nasza dymna miłość do tej pory daje mi siłę. I rozumiem już, co napisał Szekspir w Sonecie 116. I słowa »miłość przezwycięża śmierć...« nie wydają mi się absurdalnym wymysłem poetów i mędrców. Nie rozumiem tego do końca, ale wiem, że tak jest”.

Mniej poetyckim językiem można powiedzieć, że Dymny ją ukształtował. „Cały czas staram się tak żyć, żeby mnie kochał nawet z oddalenia” – mówi. A jego wyznania można znaleźć w wierszach i rysunkach, które zostawił.

„Aniu! Wiesz / Jestem najsmutniejszy zwierz / Piękny panie rajski ptak / Czemu pan nie fruwa / Czemu pan jest zwykłym ptakiem / A nie rajskim ptakiem rakiem / Pani Ania ma już dość tego fruwania / Znak zapytania mam w swojej głowie / Kiedy ją spotkam? / Co mi opowie? / Czy będzie piękna? / Czy znów dorosła? / Ma mnie za mędrca? / Czy też za osła?”

W tekście wykorzystana została książka „Dymny, życie z diabłami i aniołami” Moniki Wąs (Znak 2016).

***

Materiał ukazał się w „Urodzie Życia” 12/2016

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Anna Jantar / East News

Natalia Kukulska o mamie, Annie Jantar: „Nikt mi nie powiedział, że mama zginęła…”

„Nikt mi nigdy nie powiedział, że mama zginęła, odeszła na zawsze. Gdy na lotnisku, trzymając bukiet frezji, nie doczekałam się przylotu mamy i spotkania z nią… to tak jakby czekanie na jej powrót przeciągnęło się do teraz”, pisze Natalia Kukulska w 70. urodziny swojej mamy Anny Jantar.
Anna Zaleska
09.06.2020

Gdyby nie wielka tragedia, która wydarzyła się 14 marca 1980 roku, Anna Jantar kończyłaby dziś 70 lat. Cieszyłaby się sukcesami córki, trójką wnucząt i miałaby pewnie poczucie spełnienia patrząc wstecz na życie wypełnione niezapomnianymi przebojami, koncertami granymi na całym świecie i wyrazami uwielbienia fanów. Książka Marcina Wilka „Tyle słońca. Anna Jantar. Biografia” (Wydawnictwo Znak) to biografia wyjątkowej kobiety. „Ania całą sobą niosła aurę słońca”, wspominała ją Halina Frąckowiak. Zarazem była utalentowaną piosenkarką, pracowitą, skoncentrowaną na tym, by spełniać swoje marzenia. Jej życie zakończyło się w szczytowym momencie kariery, na pogrzeb przyszło 40 tysięcy ludzi, nad grobem przemawiał Daniel Olbrychski, kilka kobiet zemdlało. Przebój „Nic nie może przecież wiecznie trwać” nabrał nowego sensu. Drugie wydanie biografii legendarnej piosenkarki ukazało się właśnie teraz, w rocznicę jej 70. urodzin, wzbogacone o wzruszający wstęp napisany przez córkę artystki,  Natalię Kukulską. Jego fragmenty publikujemy poniżej, razem z fragmentami opowieści o Annie Jantar (wtedy jeszcze Hani Szmeterling) z czasu, gdy miała tyle lat, co teraz jej wnuczka, Ania. Marcin Wilk w swojej biografii nie ogranicza się tylko do czasu, kiedy Anna Jantar, była już sławną piosenkarką, w swojej opowieści cofa się do jej okresu nastoletniego, kiedy 14–15-letnia Hanka wbrew zakazom mamy zaczyna się malować, eksperymentuje z modą, spotyka się z przyjaciółkami, flirtuje z chłopakami i rozrabia na lekcjach. Jej życie  odmieniło spotkanie z zespołem Szafiry: czterema chłopakami, którzy początkowo chcieli być jak Beatlesi, ale potem uznali, że przydałaby im się wokalistka. Potem wydarzają się jeszcze dwa przełomowe momenty. Jeden: Ania...

Czytaj dalej
East News

Maria Czubaszek i Wojciech Karolak: „Prawdziwej miłości nie szkodzi nawet małżeństwo”

Po pierwszym małżeństwie przysięgła sobie, że nigdy więcej. A potem poznała Wojciecha Karolaka i przepadła na amen.
Sylwia Arlak
05.10.2020

On — muzyk jazzowy mieszkał w Szwajcarii, ona — pisarka, satyryczka w Polsce. Spotkali się u przyjaciół, gdy on przyjechał grać tu koncerty.: „Jak poznałem Marysię i okazało się, że nie dość, że ma wspaniałe nogi, jest inteligentna, pisze słuchowiska, które mnie zachwycają, a w dodatku nie ma u niej stołu, przy którym trzeba siadać, jeść wspólnie i mlaskać, nic do siebie nie mówiąc, byłem w siódmym niebie” — mówił lata później w jednym z wywiadów Wojciech Karolak. Wrócił do żony Bożeny, malarki, ale wiedział, że nie na długo. „Miałem poczucie, że Bożenie będzie lepiej beze mnie a mnie lepiej bez niej” — wyznał Krystynie Pytlakowskiej w książce „Małżeństwo doskonałe”. „Motyle w brzuchu? To nie dla mnie” Marii Czubaszek Karolak też się spodobał. Na tyle, że zapomniała o obietnicy danej samej sobie: nigdy więcej małżeństwa. „Piorun sycylijski w nas nie strzelił. Polubiliśmy się, podobaliśmy się sobie, połączyło nas wielkie uczucie, w obiegowym pojęciu nazywane miłością. Nigdy jednak nie byliśmy papużkami, »tiu tiu, za rączkę« – nie wierzę w żadne połówki, bo to by oznaczało, że wszyscy jesteśmy tylko połówkami. A motyle w brzuchu? To chyba łaskocze i jest nieprzyjemne. Gdyby coś takiego mi się przytrafiło, pewnie poszłabym do gastrologa. Albo od razu na USG jamy brzusznej” – opowiadała. Z pierwszym mężem Wiesławem Czubaszkiem od początku nie było jej po drodze, związała się z nim tylko po to, żeby wreszcie wyrwać się z domu. Przyznawała, że nawet go nie kochała. Z Wojciechem Karolakiem od początku było inaczej. Pobrali się w 1976 roku. On nie wyobrażał sobie prawdziwego związku bez ślubu, ona mówiła, że „prawdziwej miłości nawet...

Czytaj dalej
Ania Przybylska
East News

Anna Przybylska we wspomnieniu siostry, Agnieszki: „Była taka na już, na teraz.”

Mówiła: „Jak mam chorować, to u siebie. Jak rzygać, to zdecydowanie u siebie”
Anna Maruszeczko
04.01.2019

„Patrzyłam, jak cierpi. W każdym badaniu wyglądało to coraz gorzej, wiedziałam, że ona z tego nie wyjdzie. Nie wiem, czy się odbudowałam. Ale zaczęłam robić takie rzeczy, o które bym się w ogóle nie podejrzewała. Ona zawsze ludzi nakręcała” – wyznaje Agnieszka Kubera, siostra Anny Przybylskiej. Anna Maruszeczko: Ania zawsze mówiła, że jej marzeniem było aktorstwo. A co było pani marzeniem? Agnieszka Kubera:  Moim marzeniem? Ja nie miałam marzeń. Po prostu: z  klasy do klasy. Chodziłam do liceum medycznego i naturalną koleją rzeczy trafiłam na analitykę. Stwierdziłam, że chemia to jednak nie jest moja bajka. Odkryłam natomiast, że pociąga mnie fizyka. Tomograf, rezonans i ich obsługa. Dla mnie magia! Wiedziałam, że to polubię. A teraz to uwielbiam. To gdzie pani pracuje? W Uniwersyteckim Centrum Medycyny Morskiej i Tropikalnej, w pracowni tomografii komputerowej. 21 lat. Co jest bardziej ekscytujące – sprzęt czy ludzie? Kiedyś tylko obrazy, które się pojawiały, a teraz ludzie. Odkąd Ania zachorowała, to stało się moją obsesją. Czasami idę z opracowanym, gotowym badaniem do lekarza i mówię: „Pani doktor, tutaj coś najpewniej jest”. Na temat trzustki, wątroby, śledziony, nerek wiem już naprawdę dużo. Nastąpił jakiś przełom? Nie mogę powiedzieć, że bardziej się do tego przykładam, bo zawsze byłam uważna. Ale jakoś wnikliwiej to oglądam. Co z tego, że nic nie widać na jednym, na drugim skanie, ale może, nie daj Boże, coś się pojawi na kolejnym. Zapamiętuję pacjentów, w jakiś sposób się z nimi utożsamiam. Ja już wiem, że to wygląda na pół roku, rok życia, ale on dowie się za dwie godziny. „Jezu, co ten facet będzie myślał? Sześćdziesiąty któryś rocznik, ma rodzinę, na bank”, myślę. Kiedyś to był...

Czytaj dalej
Marek Grechuta z żoną Danutą
Jakub Guca / Newspix.pl

To dla niej Marek Grechuta śpiewał: „I ty, tylko ty, będziesz moją panią”. Historia miłości Marka i Danuty Grechutów

W piosenkach pisanych dla żony był liryczny i romantyczny, ale na co dzień Marek Grechuta nie nadużywał wielkich słów. Proponując ślub, przekonywał ją: „To jest sprawa szybciutko do realizacji i zakontraktowania”.
Anna Zaleska
07.09.2020

To o swojej żonie, Danucie, Marek Grechuta śpiewał: „Cicha jak sen / dobra jak ten / promyk jej ciepłych oczu / Wierna jak cień / w pogodny dzień / w twoim życiowym roztoczu...”. Ona z kolei mówiła o nim: „Marek jest jak chmurka”. Był wrażliwy, delikatny, życiowo nieporadny. Ale też jak nikt umiał ją rozśmieszyć, wzruszyć i zachwycić. Właśnie od zachwytu ich historia się zaczęła. Pani pachnie jak tuberozy… Na Sylwestra 1967 roku – byli wtedy studentami – oboje przyszli z innymi partnerami. I z tymi innymi też jeszcze nad ranem wyszli. Marek odprowadził już towarzyszącą mu dziewczynę i wracał do swojego akademika, gdy na ścieżce natknął się na blondynkę, która się do niego uśmiechnęła. Potem mówił, że to właśnie jej uśmiech go zaciekawił. Zagadnął: „To ty tu mieszkasz?”. Próbował od razu dopytać o numer pokoju, ale dobrze wychowana panienka odpowiedziała: „A tego nie mogę ci powiedzieć”. Przyszły ferie, Marek wyjechał z Krakowa, ale zaraz po powrocie rozpoczął poszukiwania dziewczyny. I pewnego dnia zapukał do drzwi jej pokoju. Jeśli chciał zrobić wrażenie, nie mógł wybrać lepszego momentu – akurat w radiu akademickim puszczali jego „Serce”, o artyście z wydziału architektury zaczynało być głośno. Dana nie odmówiła, gdy zaprosił ją na występ kabaretu Anawa, który założył z kolegami z wydziału. Wieczorem w klubie Bambuko po raz pierwszy usłyszała: „Pani pachnie jak tuberozy / to nastraja i to podnieca…”. Marek śpiewał, patrząc tylko na nią, ona czuła się tak, jakby dla niej. Ale nie byli jeszcze parą, uczucie rodziło się powoli. Przychodził po nią, wyciągał na spacery po Krakowie, dużo rozmawiali. Któregoś dnia znów wyjechał do domu, a wkrótce potem przyszedł list. Dana...

Czytaj dalej