Anna Dymna o ukochanym Wiesławie Dymnym: „Szłam z nim jak promień słońca”
Fot. Jan Zych/Archiwum Anny Dymnej

Anna Dymna o ukochanym Wiesławie Dymnym: „Szłam z nim jak promień słońca”

Gdy Dymny zmarł, myślała, że i ona za chwilę umrze, „bo życie bez niego nie jest po prostu możliwe”.
Marta Strzelecka
13.10.2020

Był cudownym artystą, ale też pił, urządzał bójki, znikał. Ona  mówiła, że jak się kocha, to nic nie jest ważne, że z nim wszystko wytrzyma. Anna i Wiesław Dymni przeżyli razem 7 lat, przez 6 lat byli małżeństwem. Poznali się na planie filmu w 1969 roku, choć przelotnie widzieli się już wcześniej. Ona pamięta go jako pijanego mężczyznę, o którym ktoś powiedział: „A to jest taki Dymny z Piwnicy pod Baranami”. On zachwycał się jej urodą w kinie.

W 1969 roku spędzali razem dużo czasu, pracując przy filmie „Pięć i pół bladego Józka” Henryka Kluby, do którego Dymny napisał scenariusz. Cenzurze nie podoba się ta fabuła – pełna buntu i wolności historia o gangu motocyklowym dowodzonym przez dziewczynę. Ania gra główną rolę. Ekipa mieszka w pałacyku niedaleko Płocka. Jest sroga zima, więc rzadko wracają do domów, do Krakowa.

Anna Dymna: „Wzięłam goździki, pocałowałam go w policzek”

Ich pierwszy długi kontakt w tej pracy wydaje się intymny i ważny, ale ani on, ani ona nie opowiadali o tym publicznie: Dymny na potrzeby sceny filmowej maluje nagie ciało Ani w kwiaty. Za to drugie spotkanie przechodzi do legendy. Jest noc, Anna próbuje zasnąć, a pijany Wiesław na korytarzu gra w ping-ponga. Wtedy po raz pierwszy jej naiwność zderzyła się z jego brutalnością.

„Wyszłam i zapytałam, czy mogą przestać grać – wspomina. – Przyszedł do mnie do pokoju z butelką i coś powiedział, wplatając słowo »kurwa«; ja teraz wiem, że to był przecinek i można to w dobrej wierze powiedzieć. Ale wtedy byłam tak przerażona, że go strzeliłam w łeb, bo myślałam, że to o mnie. I on mi oddał, podbił mi oko”.

Przerażona – bardziej tym, że uderzyła, niż tym, że dostała cios – natychmiast wyjechała.

Kiedy wracała, na dworcu wyszedł jej na spotkanie Dymny.

„Nic nie powiedział, ja stałam taka zdumiona, on był roztrzęsiony, i wtedy wyciągnął zza pleców bukiet goździków w papierze, trzy kwiatki, i mi to dał. I nic nie powiedzieliśmy, wzięłam goździki, pocałowałam go w policzek.  Od tego się wszystko zaczęło”.

Anna Dymna: „Byliśmy jak dwa leśne zwierzaki”

To początek ich wspólnej opowieści opartej na zachwycie. Ona zachwyciła się jego oddaniem, poświęceniem, wrażliwością, a on jej dobrocią i urodą. Od tej pory codziennie pod drzwiami swojego hotelowego pokoju znajdowała prezent: maleńką rzeźbę, czekoladę, rysunek.

Dymny przestał pić.

Chodzili na spacery, rozmawiali, rysował dla niej, wymyślał rymowanki. Do legendy przeszedł też kamień, który podobno Anna do dziś nosi w torebce – wypolerowany i gładki. Kiedy się poznali, był trochę chropowaty. Wiesiek znalazł go na spacerze, rozgrzewał w dłoniach i dawał jej, żeby nie marzła. Za którymś razem po prostu wziął ją za rękę.

Dymny chciał być dla kobiet rycerzem, od kiedy zaczął o nich myśleć. Żył dla miłości. W Piwnicy poznał Barbarę Nawratowicz, późniejszą gwiazdę zespołu i swoją pierwszą dorosłą miłość. Byli razem osiem lat, potem związał się ze studentką geografii Teresą Hrynkiewicz, która została jego pierwszą żoną. Jak wspominają jego przyjaciele z Piwnicy, do swoich ukochanych pisał piękne listy miłosne. Układał dla nich wiersze, organizował sesje zdjęciowe, szył im ubrania, remontował mieszkania. I był o niezazdrosny do szaleństwa.

Takiego mężczyznę wybrała Ania Dziadyk – zatracał się we wszystkim. Może dlatego, że dorastał z poczuciem, że musi być odpowiedzialny. Wojna zmusiła jego, matkę i dwóch młodszych braci do tułaczki. Przenieśli się ze wsi niedaleko Nowogródka (dziś białoruskiej) do podbeskidzkiej wioski Nałęże. Ojciec zaginął na wojnie, a Wiesław, najstarszy, uznał się za głowę rodziny. Studia na ASP, samodzielne przenosiny do Krakowa, wejście w środowisko tutejszych artystów uznał za początek wolności.

Ona pochodziła ze skromnego krakowskiego domu, wychowała się w kamienicy na Zwierzyńcu, mama była ekonomistką, tata inżynierem lotnikiem. Ale wartości, w których się wychowali, były zaskakująco podobne. Tym samym się zachwycali, podobne rzeczy ich interesowały. I nie chodziło o lektury, filmy, obrazy, ale o stosunek do zwierząt, przyrody, kuchni, relacji rodzinnych. „Gdy szliśmy razem do lasu, zawsze wychodziliśmy najedzeni... Wiedzieliśmy, co jest gorzkie, co słodkie, co gasi pragnienie... Byliśmy jak dwa leśne zwierzaki – wspominała Dymna. – Gdy wyszłam za mąż za Wiesia, to mi się czasem wydawało, że to jest mój brat. Nawet fizycznie byliśmy podobni. Mieliśmy takie same rodzinne zwyczaje. Znaliśmy te same potrawy, w podobny sposób obchodziliśmy święta”.

Córeczka, jak Ty

Rodzice Ani nie zachwycili się jej wyborem – Dymny nie był wtedy w Krakowie postacią anonimową, nie miał też dobrej sławy. Żonaty, rozrabiaka, król pijackich imprez, autor kontrowersyjnych tekstów, starszy kilkanaście lat. Ale kiedy przyszedł się oświadczyć, mama Ani zapytała tylko, czy rzeczywiście się kochają.

Zaś matka Dymnego, z którą miał wyjątkowo silną relację, obierając z przyszłą synową ziemniaki, zaczęła płakać i wyszeptała: „Słoneczko, zawsze chciałam mieć taką córeczkę jak ty”.

Ślub wzięli w październiku 1972 roku. Panna młoda miała na sobie buty zaprojektowane przez narzeczonego, wysokie, z kieszonkami, białą bluzkę, krótką spódnicę i skórzaną kamizelkę. Pan młody – lekką marynarkę z dużą liczbą kieszeni. Mieszkali na strychu, który remontowali. Tam też odbyło się wesele. Dymny zbił stół z płyt pilśniowych, nakryli go obrusami, podali barszcz, który sami ugotowali. Następnego dnia Ania wyjechała na plan filmowy do Niemiec. On też wrócił do pracy. I do picia, ale miłość i wzajemny zachwyt nie słabły.

„Z  nim wytrzymam wszystko”

Zazwyczaj zaczynał pić, kiedy Ania wyjeżdżała na plan filmowy. Nie leczył się, bo uważał, że odstawi alkohol, jeśli będzie chciał. Ale gdy żony nie było, przepadał z kolegami z Piwnicy pod Baranami. Wdawał się w bójki. Dlatego Dymna, kiedy tylko mogła, chodziła z nim do Piwnicy i pilnowała. Sama sobie tłumaczyła jego picie niezgodą na komunistyczną rzeczywistość, brakiem prawdziwej twórczej wolności i nadwrażliwością.

„W środku był delikatnym, często przerażonym chłopcem – mówi. – Wiem, jak było mu trudno żyć w tej zniewolonej rzeczywistości. Nie umiał kombinować, niczego ukryć, przechytrzyć kogoś, kłamać, tylko walił prawdę prosto z mostu”. Ale jednocześnie nie chciał pić. Tłumaczył, że nigdy nie zrobił niczego wartościowego, kiedy był pijany. Że przesiadywanie w Piwnicy jest stratą czasu, ale że nie potrafi z tego zrezygnować. „Wiesiu mógł całymi miesiącami nie pić, ale jak wypił jeden kieliszek, trudno mu było przestać – mówi Dymna. – Kochałam go i musiałam jakoś chronić”.

Bywał przyczyną jej największych lęków, ale nigdy rozczarowań. Po trudnym początku małżeństwa – tak innym po narzeczeństwie w zupełnej trzeźwości – nabrała pewności, że wytrzyma z nim wszystko.

„Jak się kocha, to nic nie jest ważne. Żadne kłopoty, żadne złe momenty, a te złe momenty nawet, wręcz odwrotnie, pogłębiają uczucie”.

Picie było jednym problemem, drugim – równie niebezpiecznym – nieustające igranie z cenzurą. Ania nieraz znajdowała Wiesia pobitego pod drzwiami mieszkania. Skarżył się wtedy: „Aniczka, to, że mnie spałowali, to nic, ale czemu te skurwiele zabrali mi moje zeszyciki?No ale wiem, wiem... Jakbym się nie napił, to pewnie by się to nie stało”.

I od czasu do czasu znikał na kilka dni. Tak było po śmierci matki, z którą łączyły go bardzo silne więzy.

„Pamiętam, ile ja go czasem dni szukałam w Krakowie czy w innych miejscach – wspomina Dymna. – Ile tropów śledziłam i nie mogłam znaleźć. Ale zawsze wracał. Wtedy też wrócił, jakiś zmaltretowany, z puszeczką ziemi z grobu mamy. Nie wiem, gdzie był. Nie pytałam. To nie miało znaczenia. Grunt, że wrócił”.

Szłam z nim jak promień słońca

Wszystko rekompensowała wspólna codzienność. Kiedy spacerowali po Rynku, Wiesiek trzymał Anię pod ramię, jak staromodny dżentelmen. „Szłam jak taki promień słońca, a za mną on ze spojrzeniem mówiącym: dotknij tylko, popatrz na Aniczkę krzywo, to ci przywalę”. Raz na jakiś czas chodzili do Wierzynka. „To była nasza odrobina luksusu”, wspomina Dymna. Kiedy brakowało pieniędzy, jedli ryby, które mrozili na zapas dla swojej ogromnej czarnej kotki Kaśki. I gotowali razem. „Kiedy szefem kuchni był Wiesiek, robił wokół siebie pobojowisko.

Był świetnym kucharzem, z polotem i wyobraźnią. Można powiedzieć, że i przy gotowaniu paliło mu się w rękach. Uczył mnie przyrządzania różnych potraw, których nikt nie zna. Ja go uczyłam”. Razem czytali na głos Biblię (przeczytali całą), Faulknera, Bułhakowa, Manna. Organizowali sesje zdjęciowe, których byli autorami i bohaterami. On recytował przed nią swoje teksty kabaretowe, a ona znała je potem na pamięć. Czasem przesiadywali przed telewizorem na materacu, w szlafrokach, z Kasicą, która po nich chodziła. Wciąż coś zmieniali w wystroju mieszkania. Wiesiu konstruował, budował, robił meble, biżuterię dla Aniczki, szył jej ubrania i torebki. Czuł wtedy, że jest rycerzem, znajdował w jej oczach akceptację. I wciąż był w nią zapatrzony.

Seria złych zdarzeń

W tej codzienności, poza sielskimi obrazkami, znalazły się też poważne wypadki. Żeby rachunek emocji był równy, z pozytywnych drobiazgów rodziły się niebezpieczne sytuacje. Przy remoncie podłogi pijany Dymny łyknął żrący środek chemiczny, myśląc że to piwo. Poparzył sobie język i przełyk, wychodził z tego długo w szpitalu. Niedługo później, podczas jednego ze spokojnych domowych wieczorów, został zabrany przez milicję, potem przez miesiąc był internowany. Rok później wybuchł ich radziecki telewizor i spowodował pożar, który zniszczył wszystko. Wyszli z płonącego mieszkania z kotką, kłębkiem włóczki i drutami, kilkoma ubraniami. Po ugaszeniu ognia udało się uratować tylko niewielką część prac Dymnego.

Ale wciąż cieszyli się z tego, co mają. Mieszkali u znajomych, spali na łóżkach polowych i planowali remont. „Fajnie Aniu, że był ten pożar – mówił – bo byśmy nigdy się na to nie zdecydowali, żeby coś nowego zrobić, a teraz będziemy wszystko zmieniać”. Na talerzach z jedzeniem rysowali widelcami nowy układ mebli, chodzili do spalonego mieszkania, żeby tam ustawiać w myślach wszystko od nowa.

Czemu świat się nie skończył

W lutym 1978 roku planowali przeprowadzkę. Któregoś wieczora Dymny zajrzał do ich mieszkania, żeby popracować przy remoncie. Potem miał iść do „Piwnicy pod Baranami". Nie poszedł, rano Ania znalazła go w kuchni, nie żył. Zmarł nagle, do dziś nie wiadomo, co było bezpośrednią przyczyną.

Ona miała 27 lat, on 42.

„Byłam przez wiele, wiele dni jak w hipnozie, pewna, że i tak świat się zaraz skończy. Wiedziałam, że za chwilę też umrę, bo życie nie jest po prostu możliwe” – wspomina.

Jak to się stało, że jej świat się nie skończył?

„Wiesiek cały czas jest. I to już jest na zawsze. Wiem, że to dziwnie brzmi, ale jakoś tak się potoczyło, że ta nasza dymna miłość do tej pory daje mi siłę. I rozumiem już, co napisał Szekspir w Sonecie 116. I słowa »miłość przezwycięża śmierć...« nie wydają mi się absurdalnym wymysłem poetów i mędrców. Nie rozumiem tego do końca, ale wiem, że tak jest”.

Mniej poetyckim językiem można powiedzieć, że Dymny ją ukształtował. „Cały czas staram się tak żyć, żeby mnie kochał nawet z oddalenia” – mówi. A jego wyznania można znaleźć w wierszach i rysunkach, które zostawił.

„Aniu! Wiesz / Jestem najsmutniejszy zwierz / Piękny panie rajski ptak / Czemu pan nie fruwa / Czemu pan jest zwykłym ptakiem / A nie rajskim ptakiem rakiem / Pani Ania ma już dość tego fruwania / Znak zapytania mam w swojej głowie / Kiedy ją spotkam? / Co mi opowie? / Czy będzie piękna? / Czy znów dorosła? / Ma mnie za mędrca? / Czy też za osła?”

W tekście wykorzystana została książka „Dymny, życie z diabłami i aniołami” Moniki Wąs (Znak 2016).

***

Materiał ukazał się w „Urodzie Życia” 12/2016

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
miłość w związku
iStock

Jak kochać długo i szczęśliwie? Prof. Bogdan Wojciszke: „Miłość to nie połówki jabłka, ale wspólna wyboista droga”

Sylwia Niemczyk
09.10.2020

Gonimy w życiu za miłością, a jednocześnie niewiele o niej wiemy i rzadko się nad nią tak naprawdę zastanawiamy. Tymczasem tak jak rozwijamy swoje umiejętności w pracy, tak samo możemy uczyć się, jak lepiej kochać i dbać o miłość – przekonuje prof. Bogdan Wojciszke, psycholog, autor „Psychologii miłości”. Sylwia Niemczyk: Panie profesorze, zawsze chciałam o to zapytać: skąd właściwie u pana wzięło się zainteresowanie miłością? Wrodzony romantyzm? Prof. Bogdan Wojciszke: To było tak strasznie dawno temu, już prawie 30 lat temu, że sam dobrze nie pamiętam. Ale na pewno więcej niż mojego romantyzmu było w tym mojej przekory. W latach 90., kiedy zaczynałem swoje badania, w polskiej psychologii kompletnie nikt się miłością nie zajmował, co bardzo mnie dziwiło, bo przecież to jedna z najważniejszych spraw w życiu człowieka. Więc pomyślałem, że może ja spróbuję. Dzisiaj sytuacja jest już zupełnie inna, współcześnie miłość jest intensywnie uprawianym polem badawczym.  I co już o niej wiemy? Że jest nieuchwytna, różnorodna i wyjątkowo trudna do zbadania. Okazuje się, że badać ją to trochę tak, jakby badać naturę wiatru na postawie tego, co się nam udało zamknąć w słoiku. Ale dla mnie właśnie ta nieuchwytność i różnorodność miłości jest najciekawsza.  Naprawdę nie możemy o niej powiedzieć trochę więcej? Gdyby na przykład jutro na Ziemi wylądował kosmita i zapytał: „Czym jest ta wasza miłość?”, to co by pan mu odpowiedział? Pewnie zacząłbym od tego, że miłość to pewna nasza emocja, czyli bardzo zmienna rzecz, ale też pewien stosunek do drugiego człowieka. Który też jest zmienny: inny będzie na początku związku, inny po 20 latach bycia razem – ale już w jaki sposób będzie się zmieniał, nie umiemy powiedzieć. Jeszcze do niedawna...

Czytaj dalej
benigni
Fot. east news

Roberto Benigni: Życie naprawdę jest piękne – wywiad 

Słynny aktor Roberto Benigni opowiada nam o swojej włoskiej rodzinie, zachwycie nad życiem i o tym dlaczego jest przekonany, że pieniądze szczęścia nie dają.
Artur Zaborski
08.10.2020

Najsłynniejszy Włoch w Hollywood, z którym pracować chcieli Francis Ford Coppola i Elizabeth Taylor. Ale laureat Oscara Roberto Benigni zamiast biegać za rolami, wybrał karierę na własnych warunkach. Pracuje wtedy, gdy scenariusz ma do zaoferowania przejmującą historię albo wartościowy przekaz. Uznał, że nowa ekranizacja słynnej baśni „Pinokio” ma jedno i drugie. Benigni zagrał w nim Geppetta, ojca, dla którego syn jest sensem życia. Jak się okazuje, ma z tą postacią znacznie więcej wspólnego! Artur Zaborski: Czy człowiek tak ekspresyjny jak pan potrafi chociaż przez 10 minut się nie ruszać? Roberto Benigni: Żaden Włoch by tyle nie wytrzymał! (śmiech) Wiele osób uważa, że jestem wręcz szalony, bo cały czas wymachuję rękami, przestępuję z nogi na nogę, drapię się, zakasuję rękawy albo podskakuję. Mam problem, żeby ustać w miejscu, bo roznosi mnie energia. Ale spokojnie, to nie jest oznaka szaleństwa, tylko żywiołowości. A jak powiedział kiedyś poeta, żywiołowość jest pięknem. Inny poeta twierdził, że piękno to jednak święty spokój. U mnie ruch, dynamika biorą się z entuzjazmu wobec życia. Kocham swoje życie i chcę z niego czerpać jak najwięcej. Stąd moja potrzeba nieustannego przemieszczania się, pośpiechu, reakcji. Nie potrafię biernie stać i patrzeć na to, co dookoła mnie. Jak opanować taki żywioł jak pan? Matteo Garrone, reżyser „Pinokia”, nie miał z tym najmniejszego problemu. Kiedy zaproponował mi rolę Geppetta, wyobraziłem sobie bohatera jako osobę żartobliwą, która reaguje uśmiechem, czasami nawet ironią na to, co ją spotyka. Matteo nie chciał iść w tę stronę. Zależało mu na odmalowaniu bohatera jako ojca, który jest przepełniony miłością do dziecka wyrzeźbionego z kłody drewna. W jego wyobraźni tragizm Geppetta zawierał się w bezbrzeżnej...

Czytaj dalej
John Lennon i Yoko Ono / East News

John Lennon i Yoko Ono: wiedźma, czarownica, złodziejka mężów!

Była najbardziej znienawidzoną kobietą na Wyspach Brytyjskich. Oskarżano ją o rozpad Beatlesów, opętanie Johna Lennona i wciąganie go w narkotyki. 40 lat po jego śmierci, gdy emocje ostygły, związek Johna Lennona i Yoko Ono wygląda już inaczej.
Anna Zaleska
09.10.2020

O tym, jak się poznali John Lennon i Yoko Ono, krążą legendy. Najpowszechniejsza – że John podczas wernisażu wystawy Yoko wszedł na drabinę i na zawieszonym przy suficie płótnie przez szkło powiększające zobaczył słowo „yes”. Ale w tej wersji nie zgadzają się daty i fakty. Bardziej prawdopodobna opowieść wygląda tak: w listopadzie 1966 roku J ohn Lennon wybrał się do galerii sztuki awangardowej Indica w Londynie, słysząc od znajomego, że jakaś dziewczyna będzie tam… nago siedzieć w torbie. „Pomyślałem, hm, wiesz…, o seksie”, opowiadał potem didżejowi BBC Andy'emu Peeblesowi. Tą dziewczyną okazała się 33-letnia artystka konceptualna Yoko Ono. Mało kto o niej wtedy jeszcze słyszał. Wcześniej mieszkała w Japonii i Nowym Jorku, miała już drugiego męża, a na koncie niewiele sukcesów. Liczyła, że pobyt w Londynie odmieni jej życie. Póki co mówiło się o jednym z jej performansów, gdy uczestnicy wielkimi nożyczkami odcinali po kawałku fragmenty jej czarnej sukienki, aż Yoko została zupełnie naga. John Lennon i Yoko Ono – początki miłości Gdy John Lennon przyjechał do galerii, Yoko Ono podeszła do niego i wręczyła mu kartkę ze słowem „Oddychaj”. Podobno nie wiedziała, kim są Beatlesi. Ale wspólny znajomy powiedział jej, kim jest Lennon, określając go jako „bardzo bogatego”. Zwróciła uwagę, że jest przystojny, miły i „chyba też czuły”. Minęło kilka miesięcy zanim znów się spotkali, też na otwarciu wystawy. Kiwnęli do siebie głowami i uśmiechnęli się z daleka. Wkrótce potem do Lennona zaczęły jednak przychodzić dziwne kartki od Yoko Ono. Pisała na nich: „Tańcz”, „Oddychaj”, „Obserwuj świat aż do świtu”, „Jestem chmurą, szukaj mnie na niebie”. Potem poprosiła go...

Czytaj dalej