Anna Dymna: „Nigdy z nikim się tyle nie śmiałam, co z ludźmi, którzy cierpią”
Fot. Beata Zawrzel/Reporter

Anna Dymna: „Nigdy z nikim się tyle nie śmiałam, co z ludźmi, którzy cierpią”

„Nigdy z nikim się tak nie śmiałam, jak z ludźmi, którzy cierpią. My, zdrowi, zapominamy, co jest naszym źródłem radości. Dziś warto sobie o tym przypomnieć”, mówi Anna Dymna.
Magdalena Żakowska
25.06.2020

Anna Dymna jest jedną z najbardziej znanych polskich aktorek, I to nie tylko dlatego, że zagrała popularną Anię Pawlakównę w „Kochaj albo rzuć”, komedii która bawi niezmiennie kolejne pokolenia. Można by jeszcze do tego dorzucić „Epitafium dla Barbary Radziwiłłówny” czy film „Znachor” - które w latach 80 przyniosły jej nieprzemijającą populaność. Anna Dymna zagrała też w wielu fantastycznych serialach m.in. „Bożej podszewce”, czy „Siedlisku”. Ale jest  kimś więcej niż aktorką. Od wielu lat prowadzi fundację „Mimo wszystko”, opiekuje się ludźmi z niepełnosprawnościami, oddaje swój czas i siły na pracę dla innych.

Magdalena Żakowska: W jakich okolicznościach zastała panią pandemia?

Anna Dymna: Jak zwykle w pędzie, w drodze. Tuż przed ogłoszeniem kwarantanny zaczęłam zdjęcia do serialu TVN w reżyserii Bartosza Konopki. Po pierwszym dniu wróciłam już pustawym pociągiem z Warszawy do Krakowa. Potem zdążyłam jeszcze dojechać autem do Gdyni na dokrętki do filmu „Amatorzy” w reżyserii Iwony Siekierzyńskiej, o grupie teatralnej złożonej z aktorów z zespołem Downa. Ostatnim rzutem na taśmę nagraliśmy, co trzeba. Zdążyłam wrócić bezpiecznie do domu i wtedy świat się zatrzymał.

Jak się pani odnalazła w tym zatrzymanym świecie?

Wstrzymałam oddech i nie dopuszczam do siebie żadnych złych emocji. Siedzę w domu i… pracuję od świtu do nocy, choć niby wszystko stanęło. Ale dziwnie się czuję. Jestem aktorką, 50 lat na scenie, 45 lat w Narodowym Starym Teatrze. Nasz zawód polega na bliskim kontakcie z setkami ludzi w teatrze, telewizji, na planie filmowym. A teraz nie gram, nie mam prób, wszystkie spektakle, nagrania, spotkania, konferencje, koncerty odwołano. Ostatni raz taka sytuacja zdarzyła się w stanie wojennym.

Ale zamiast narzekać i płakać, uruchomiliśmy wiele inicjatyw online. Zajęcia ze studentami prowadzimy przez Skype’a. Od 9 kwietnia zaczęłam pracę online w teatrze. Godzinami nagrywam coś, rozmawiam przez telefon, piszę… Niby jestem w domu i mam czas, ale znów mało dla siebie. Na szczęście. Nie jestem więc dla pani ciekawym rozmówcą, bo nie będę narzekać na tę przymusową kwarantannę, lecz mówić, ile wspaniałych rzeczy można robić, by się nie smucić.

A co pani robi?

Na przykład codziennie, przynajmniej godzinę, odbywam sentymentalne podróże w czasie. Mam przepastne szuflady pełne cudów. Na co dzień wrzucam do nich wszystko, bo „kiedyś przyjdzie na to czas”. I teraz przyszedł. Codziennie wyciągam jedną szufladę, wysypuję jej zawartość na środek pokoju i czuję się jak odkrywca skarbów.

Jakie to skarby?

Listy, zdjęcia, scenariusze, setki zeszytów z zapisanymi losami ludzkimi, zagubione przedmioty, pamiątki, nadpalone, uratowane z pożaru szczątki rękopisów Wiesia Dymnego, które czekają cierpliwie w kolejce, by ostatecznie je przepisać, oczyścić. W moim domu jest w tej chwili kompletny armagedon, bo jak się robi porządek, to się robi straszny bałagan.

Anna Dymna: „Uratują nas dore słowa”

To jak w mądry sposób korzystać z tej izolacji?

Nie ma na to jednego przepisu. Ale można spełniać wszystkie od dawna odkładane marzenia, a każdy ma je przecież inne. Najczęściej narzekamy na brak czasu. Wreszcie go mamy. Teraz tylko musimy mądrze z niego skorzystać. Po pierwsze: jeśli możesz pracować z domu, staraj się pracować spokojnie i sumiennie. Po drugie: rozejrzyj się, czy wokół ciebie nie ma kogoś, kto potrzebuje pomocy. Może trzeba komuś wyprowadzić psa? Zorganizować zakupy? Wykupić lekarstwa? Nawet jeśli twoja pomoc okaże się niepotrzebna, sprawisz komuś radość samym faktem, że to dostrzegłaś.

Po trzecie: rozmawiaj! Przez telefon, przez Skype’a, jak kto może. By nikt nie czuł się opuszczony, samotny, bezradny. Dobre słowa nas ratują. Po czwarte: sprawiaj sobie i innym przyjemności. Dzisiaj u mnie pachnie zupą ogórkową – mój mąż ją lubi, to się uśmiechnie. Niech pani poczeka, bo mi właśnie piekarnik pika.

Co pani piecze?

Dzisiaj pierś indyka w rozmarynie.

Czyli pani przyjemności w kwarantannie to sprzątanie i gotowanie!

Nie tylko. Ale takie proste czynności całe życie kocham, bo najbardziej lubię być zwyczajnym człowiekiem. Mam też specjalne zajęcia, radości pełne, które mogą być lekiem na zły czas dla wielu ludzi. Już jest! Oto ten skarb: w 2005 roku dostałam od Wojtka Młynarskiego tekst „Mimo wszystko”, który jest jakby drogowskazem dla wszystkich działań mojej fundacji. Mówi prosto o najważniejszych sprawach: „Ludzie są po to, by ich kochać, dopomóż myśli tej choć trochę. Pomóż nadziei kwitnąć listkom mimo wszystko” i tak dalej.

Bardzo aktualny dzisiaj tekst. Mateusz Pospieszalski napisał do niego specjalną energetyczną,radosną muzykę, a wspaniali polscy wokaliści razem z finalistami Festiwalu Zaczarowanej Piosenki właśnie zakończyli pracę nad warstwą dźwiękową. Teraz montujemy do tego obraz i będziemy mieli za chwilę naszą piosenkę – taki teledysk antywirusowy.

Każdy nagrywał sam w swoim domu, na komórkę. Brzmi więc magicznie. Mam jeszcze wiele pomysłów, ale brakuje mi czasu. Drukuję właśnie teksty zgłoszone do dwóch konkursów literackich. Jestem w ich kapitułach, więc muszę przeczytać setki wierszy i opowiadań. No i jeszcze muszę skończyć moje hafty.

Hafty?

Tak zwane hafty ratujące. Mam przyjaciółkę, genetyczkę biochemiczkę, z którą spędzam wszystkie wakacje. Ona jeździ dużo po świecie na konferencje naukowe i czasem mi coś przywozi. Rok temu przywiozła mi piękną sukienkę – czerwoną jak płomień, w afrykańskim stylu, luźną i wygodną. Tuż przed wakacjami złamałam stopę, więc gdy byłam nad morzem, chodziłam w ortezie. Przyjaciele wozili mnie na plażę specjalnym trzykołowym wehikułem. Wspaniały był ten pojazd, ale tak się na nim wierciłam, że nagle wciągnął mi w koło i poszarpał tę piękną sukienkę, zupełnie jak by mnie w Dymny tył tygrys ugryzł. Widok opłakany.

Postanowiłam ją naprawić. Zeszyć normalnie się nie dało, bo część materiału była po prostu wyszarpana. I tak od kilku miesięcy sztukuję haftami dziury. Mam wszystkie kolory muliny i kordonku. Łańcuszek umiem, krzyżyk też, na YouTubie uczę się nowych ściegów, opracowałam nawet własne… Dziur już nie ma, ale jeszcze trzeba popracować.

Proste czynności pomagają w tym, żeby nie zwariować?

Mnie tak. Posadziłam 120 bratków w ogródku. Uzdrawiające zajęcie. Gdy się wykonuje konkretne, proste czynności, spokojniej się myśli o tym, co się dzieje na świecie i co w życiu jest naprawdę ważne.

My zdrowi, zapominamy o czym marzyliśmy

Marcin Król w rozmowie z „Polska The Times” powiedział, że w tym trudnym czasie powinniśmy wszyscy więcej myśleć o sprawach duchowych. Ale co to znaczy?

Taki czas naprawdę prowokuje do myślenia o ważnych rzeczach, o których na co dzień nawet nie chcemy myśleć. Czesław Miłosz lubił oglądać mój program „Spotkajmy się”. Kiedyś powiedział mi: „Mam 85 lat, a nie doszedłem jeszcze do tej prawdy o życiu, co pani chorzy i niepełnosprawni, nawet młodzi, rozmówcy”.

Od 20 lat przyjaźnię się z takimi ludźmi. I rzeczywiście, Miłosz miał rację. Oni żyjąc w ciągłym zagrożeniu życia, walcząc często o każdy krok czy oddech, wiedzą lepiej niż my, zdrowi, co w życiu ma sens. Mają świadomość tego, co ich czeka, cierpią, ale potrafią cieszyć się małymi rzeczami, umieją odbić się od cierpienia i osiągać rzeczy niemożliwe, szanować każdą chwilę, być szczęśliwymi, ale przede wszystkim cenią sobie kontakt z drugim człowiekiem. Każde spotkanie, każdą rozmowę. Kiedy z nimi rozmawiam, już po 10 minutach znika temat choroby – mówimy o miłości, przyjaźni, ambicjach, marzeniach. Nigdy z nikim się tak nie śmiałam, jak z ludźmi, którzy cierpią.

My, zdrowi, takich rozmów nie prowadzimy na co dzień. Zapominamy, o czym w życiu marzyliśmy, co jest naszym źródłem radości. Dziś warto sobie o tym pomyśleć. Przecież teraz wszyscy żyjemy w zagrożeniu. Byłoby dobrze, gdybyśmy się teraz wszyscy przyjaźnili, nie robili sobie na złość, nie ścigali się.

Czyli za wszelką cenę powinniśmy szukać pozytywów tej sytuacji?

Sytuacja jest naprawdę groźna i koszmarna. W dodatku nie wiemy, jak długo potrwa. Nie znamy bowiem wroga, który nagle zmienił cały świat. Ale nie możemy się poddawać. Taki wirus tylko na to czeka. Musimy być cierpliwi, rozsądni i życzliwi. Ja całe życie w każdej trudnej sytuacji uczę się znajdować jakieś jasne promyki.

Na przykład teraz: rozmawiam z panią przez telefon, chodzę po ogrodzie… Już chyba kilka kilometrów zrobiłam, a za mną biegają moje trzy koty. O! I patrzę w złote oczy kocura Vasco. Jakież te zwierzaki są teraz szczęśliwe! Ich pani wreszcie jest w domu! I w dodatku głaszcze i napełnia miski co chwilę! Raj koci po prostu. Mnie też miło.

Rozumiem nasze obawy, strach przed tym, co ta epidemia przyniesie, jaki będzie po niej świat. Ale nie rozumiem, dlaczego ludzie swoimi intelektami zabijają prawidłowe odruchy, uczucia i emocje. Gdy na przykład z moją Mufką [nieżyjący już pies pani Anny – red.] chodziłam czasem do weterynarza, to z podziwem obserwowałam zachowanie zwierzaków w poczekalni. Czasem było dużo kotów, psów, wszystkie przestraszone, na coś cierpiące. I nikt się nie gryzł. Mufka na co dzień z radością każdego kota goniła, ale tam najwyżej obwąchała, polizała. To się nazywa solidarność w cierpieniu. Jakie to mądre. A jak my się zachowujemy?

Są takie okoliczności, w których nie można ze sobą walczyć. I teraz jest taki czas, że trzeba sobie pomagać, być dla siebie wyrozumiałym, bo wszyscy jesteśmy w tej samej sytuacji. Jak zwierzaki u weterynarza.

Doktor Dorota Sumińska mówiła ostatnio w radiu, że koty przekazują swoim właścicielom odporność na koronawirusa.

Potwierdzam. Nad moją odpornością ciężko pracują trzy koty. Vasco śpi na mnie do czwartej rano, potem przychodzi Scysja, jest dużo lżejsza, więc lepiej mi się z nią śpi. A na koniec mój nowy kot Wojtuś. Przyszedł kiedyś do mnie i powiedział, że jest mój. Zwierzęta dają mi dużo radości. I ta wiosna, która buchnęła w ogrodzie. Kwitną po kolei wszystkie drzewa, z ziemi wyłażą cuda i cieszą oko. A ptaki wyśpiewują piękniejsze melodie niż zwykle. Jak człowiek jest uśmiechnięty, szczęśliwy, radosny, to jest silniejszy i szybciej zdrowieje.

W wyniku epidemii i kryzysu gospodarczego pojawi się olbrzymia liczba ludzi zbędnych – bez pracy, bez pieniędzy, bez pomysłu na to, co dalej. Pani takimi „zbędnymi” ludźmi zajmuje się od lat.

Na co dzień zajmuję się ludźmi z niepełnosprawnością intelektualną, którzy nie są „zbędni”, tylko inni. Nie są samodzielni, potrzebują pomocy drugiego człowieka. Chcieliby pracować, ale nie umieją, chcieliby być potrzebni, ale nie potrafią. Ma pani rację, że być może za chwilę będzie dużo więcej takich ludzi, którzy nie będą w stanie sami sobie poradzić. Ale wiem jedno: każdy człowiek jest potrzebny. I bardzo ważne, żeby okazywać to tym z nas, którzy w tych trudnych czasach mogą poczuć się zbędni. Może nie warto myśleć cały czas o sobie? Może lepiej jest, jak ktoś inny o nas pomyśli? I my pomyślimy o kimś innym? Jak będziemy razem, to damy radę.

Ale przecież żyjemy w erze egocentryków i hedonistów. Interesuje nas wyłącznie przyjemność, uciekamy od cierpienia, staramy się nie myśleć o nim.

Jest taka rzadka choroba, nazywa się zespół Biemonda, polega na braku odczuwania bólu głębokiego. Parę lat temu zrobiłam program o 16-letnim chłopaku, który na nią cierpi. I dowiedziałam się od niego, że brak bólu jest największym nieszczęściem, bo ból jest naszym strażnikiem – ostrzega nas o niebezpieczeństwie. A jak nie czujesz bólu, to nie możesz odczuć też braku bólu. Mam wrażenie, że my, jako ludzkość, cierpieliśmy od jakiegoś czasu na pochodną tej choroby. Nie można być tylko szczęśliwym. Nie można mieć wszystkiego i nie powinno się chcieć mieć za dużo. Na szczęście ludzie są różni i znam wielu, którzy swoje życie poświęcają innym ludziom i pięknym ideom.

Za daleko poszliśmy w konsumpcjonizmie? W dewastowaniu Ziemi? W antropocentryzmie?

Konsekwencje zachowania człowieka na Ziemi już przecież widać wyraźnie. Być może ten koronawirus jest dla nas, ludzkości, szansą na to, żeby się zastanowić nad sobą i nad tym, co się wokół nas przez nasze zachowania dzieje? O sprawach nieistotnych. Dziennikarze na przykład dzwonią do mnie najczęściej z pytaniem, jak sobie radzę z przemijaniem. Nie rozumiem tego pytania. Z czym konkretnie? Dlaczego mam się wstydzić starości? Dlaczego mam ukrywać swój wiek? Do każdego z nas przyjdą: starość, choroba, niepełnosprawności związane z wiekiem. Wszystko ma swój czas. Wszystko ma ukryty sens. Mam 69 lat, nie zagram już Ofelii, ale z powodzeniem mogę zagrać starą babę, pijaczkę. Podskakiwać już nie mogę leciutko, jak kiedyś, bo stawy, kręgosłup dają mi w kość. Ale bardzo dobrze, że cierpię, bo potem mam podwójną radość, jak uda mi się cało przeżyć w teatrze np. Hajduczka w „Trylogii” i galopować cztery godziny na scenie.

Wolność we dwoje

Epidemia może nauczyć nas pokory?

I cierpliwości, łagodności, zaufania, życzliwości, przyjaźni, ale przede wszystkim zdamy sobie pewnie sprawę, jak bardzo jesteśmy sobie potrzebni. Moi podopieczni potrafią mówić o tym, co ich boli, czego się boją, potrafią poprosić o pomoc, potrafią wyrazić wdzięczność. My, zdrowi, nie zawsze to umiemy.

Nawet z bliskimi. Nie każdy potrafi poradzić sobie w czterech ścianach z rodziną.

Bo ta wolność od zwykłej, codziennej pracy, obowiązków, nadmiar czasu wcale nie są dla nas takie proste. Też mam wrażenie, że dni, kiedy mam próbę, nagrania i spektakl – mimo że biegam cały dzień z zadyszką – są dużo łatwiejsze niż te, kiedy niczego nie muszę i sama decyduję, co mam robić. Gdy ktoś mi organizuje dzień, to mi łatwiej. Muszę się podporządkować, zrobić, co do mnie należy, a potem spokojnie mogę spać.

Ludzie są przyzwyczajeni do strasznego pędu, kieratu. Pracują po kilkanaście godzin na dobę, dzieci widują przy śniadaniu i kolacji. Nie potrafią już żyć inaczej. No i potem przymusowego, wspólnego spędzania ze sobą czasu trzeba się uczyć. Jak my teraz. Łatwiej kochać męża, gdy się go widzi dwie godziny przed snem oraz w nocy, i dzieci, gdy ma się je tylko od święta, prawda? Ja się nauczyłam wolności we dwoje. Czasem funduję sobie cały dzień w domu i potrafię na przykład spędzić z moim mężem 10 godzin. Nie odzywamy się do siebie nawzajem, co nie znaczy, że się nie lubimy. Przeciwnie, cieszymy się, że jesteśmy blisko siebie, ale nie zadręczamy się swoją obecnością. A jak trzeba, to się i pokłócimy, bo po to też ma się bliską osobę, żeby mieć z kim czasem się pokłócić… Tak dla zdrowia psychicznego. Teraz wszyscy jesteśmy zdenerwowani, martwimy się, boimy, więc musimy nauczyć się powściągać emocje i być dla siebie wyrozumiali. Strach u zwierząt też wywołuje agresję.

A jak się latami odkładało te trudne rozmowy…

No właśnie! I teraz bądź tu, człowieku, do nich prowokowany przez los. Nagle wszyscy mogą powiedzieć sobie wszystko – wylać pretensje, żale, złości. Tylko radzę tym wszystkim, którzy to teraz robią, żeby docenili wartość tego, że mają się z kim pokłócić. Znam ludzi, którym zmarły te drugie połówki. Sama kiedyś do nich należałam, jak mi umarł mąż, i wiem, co to jest samotność. Czasem myślałam sobie: „Boże, żeby on był, wszystko jedno jaki, wszystko jedno, co by robił, możemy się nawet kłócić, ale żeby był”.

W latach 80. minionego wieku robiłam z Kazimierzem Kutzem spektakl „Wygnańcy” Jamesa Joyce’a dla Teatru Telewizji. Grałam żonę Krzysia Globisza. Podczas sceny kłótni małżeńskiej Kazio nam przerwał i mówi: „Mocniej się kłóćcie, mocniej, przecież to jest dobre małżeństwo! Widzieliście, jak się ludzie kłócą w dobrych małżeństwach?!”. Zagraliśmy taką scenę piekło, a Kazio: „No, to teraz widać, że się kochacie”.

No dobra, musimy kończyć, bo za długi ten wywiad już jest. Niech pani to spisze krótkimi zdaniami, poproszę. I żeby nie było za mądrze, bo nie zrozumiem.

***

Rozmowa z Anną Dymną ukazała się w „Urodzie Życia” 6/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Wiktoria Filus
Marek Zimakiewicz

O niej jest głośno! Kim jest Wiktoria Filus, czyli Laura z serialu „W głębi lasu”?

Zachwyciła widzów, przykuwa uwagę, jest odkryciem… – pisze się o Wiktorii Filus, aktorce, która w serialu „W głębi lasu” wcieliła się w młodą Laurę.
Anna Zaleska
24.06.2020

Ma 26 lat, kończy właśnie szkołę filmową w Łodzi. Choć zagrała jedną z głównych ról w najgłośniejszym serialu sezonu – wyprodukowanej przez Netflix ekranizacji powieści Harlana Cobena „W głębi lasu” – i została uznana za odkrycie, niewiele o niej wiadomo. Gdy rozmawiamy przez telefon, w głosie słyszę, jak bardzo pogodną i pełną energii jest osobą. Ale też jak uważnie dobiera słowa, zastanawia się, co chce powiedzieć, a co woli zachować dla siebie. Opowiada o swoich doświadczeniach ze szkoły aktorskiej, kulisach pracy przy produkcji Netflixa, przyjaźniach na planie i o tym, dlaczego lata 90. zawsze ją interesowały. Recenzje po roli w serialu „W głębi lasu” ma pani fantastyczne: zachwyciła widzów, przykuwa uwagę, jest odkryciem… W dodatku serial jest na pierwszym miejscu w TOP 10 Netflixa w Polsce, za granicą też się podoba. Pierwsza duża rola i od razu taki sukces. Tak, aż mnie trochę przytłacza ilość informacji, które zaczęły pojawiać się o mnie w mediach. To dla mnie nowość i staram się nieco od tego odcinać. Nie byłam przygotowana na tak nagłe wejście do życia publicznego, zainteresowanie mediów czy gwałtowny wzrost liczby obserwujących na instagramie. Nie wiem zresztą, czy można się na to przygotować. Jak trafiła pani do „W głębi lasu”? Wszystko bardzo szybko się potoczyło. W maju zeszłego roku na festiwalu szkół teatralnych był pokazywany dyplomowy film mojego roku „Nic nie ginie” w reżyserii Kaliny Alabrudzińskiej. Zobaczyła mnie w nim Ola Cywka, właścicielka agencji aktorskiej, i zaprosiła do współpracy. To Ola wprowadziła mnie do środowiska filmowego. Casting do „W głębi lasu” był jednym z pierwszych, na który poszłam, i udało się. Na pewno pomogło mi to, jak wyglądam, bo szukano dziewczyny podobnej do...

Czytaj dalej
Bill Cunningham wspomnienie moda 2020 król fotografii Street style
East News

Bill Cunningham – fotograf, który odkrył street style

#streetfashion to dziś prawie 27 mln postów na Instagramie, ale długo przed erą social mediów to Bill Cunningham wiedział, że prawdziwa moda dzieje się na ulicy.
Zuzanna Szustakiewicz
25.06.2020

Pamiętam, gdy usłyszałam o nim pierwszy raz. Było to 12 lat temu. Właśnie zaczynałam pracę w dziale mody pewnego kobiecego magazynie. Moja redaktor prowadząca poprosiła, żebym napisała do New York Timesa. Bardzo chciała dostać zdjęcie, które podczas paryskiego tygodnia mody zrobił jej Bill Cunningham . Szybko sprawdziłam kto to. Napisałam do nowojorskiej gazety kilkukrotnie, niestety nikt z redakcji nie odpowiedział. Ja za to odrobiłam lekcję, kim jest Bill. Dzisiaj mijają cztery lata od śmierci tego legendarnego fotografa, który dokumentował styl ludzi na ulicach Nowego Jorku i Paryża przez prawie pół wieku i chcę Wam o nim opowiedzieć. Szalony kapelusznik William John Cunningham Jr. Urodził się w Bostonie w irlandzkiej katolickiej rodzinie jako jeden z czworga rodzeństwa. W wieku 10 lat nosił sukienki, które podkradał siostrze i projektował ekstrawaganckie nakrycia głowy, w których jego mama niestety nie chciała chodzić. Zainteresowanie Billa modą nie podobało się rodzinie, a sam fotograf śmiał się, że chyba uważali, że ma nie po kolei w głowie. To, że rzucił studia na Harvardzie  (po dwóch miesiącach), nie pomogło. Uznano, że trzeba pokierować życiem chłopaka i zdecydowano, że pojedzie do Nowego Jorku i zamieszka u wuja. Bill miał się przyuczać do pracy w agencji reklamowej, ale zamiast tego uparcie robił kapelusze. W końcu wuj postawił mu ultimatum. Bill wybrał swoje kapelusze, a mieszkanko przy Wschodniej 52 Ulicy, które wynajął, służyło mu także za pracownię. Ulica to najlepszy wybieg! Pomimo sukcesów w projektowaniu kapeluszy, na przełomie lat 50. i 60. Bill zaczął dorabiać jako dziennikarz dla Women’s Wear Daily. Rzucił pracę w redakcji, gdy pokłócił się ze swoim wydawcą Johnem Fairchildem o to, który projektant jest...

Czytaj dalej
Paweł Ferdek Pollywood
Reżyser dokumentu „Pollywood” Paweł Ferdek na wzgórzach Hollywood. Fot.: mat. prasowe

Hollywood? Nasi byli tam pierwsi!

„Pollywood”, film dokumentalny Pawła Ferdka dla HBO, opowiada o ojcach założycielach przemysłu filmowego w Hollywood. Tak się składa, że wszyscy, z wyjątkiem Walta Disneya, pochodzili z okolic Warszawy.
Magdalena Żakowska
24.06.2020

Między 1880 i 1920 rokiem do Ameryki przyjechały 23 miliony ludzi. To oni, emigranci, stworzyli podwaliny późniejszego imperium. Ale przemysłu filmowego, Hollywood, nie zbudowali ani Niemcy, ani Brytyjczycy, ani Francuzi, tylko mała grupka z Europy Wschodniej. Przede wszystkim z Polski, przede wszystkim Żydzi.  Przenośny projektor wymyślił urodzony w Poznaniu Siegmund Lubin; dystrybucję filmową – bracia Warnerowie, założyciele wytwórni Warner Bros, synowie szewca pochodzący z Krasnosielca; animację – pochodzący z Krakowa Max Fleischer. Louis B. Mayer urodził się w Mińsku Mazowieckim, bracia Schubertowie, którzy stworzyli na Broadwayu centrum przemysłu teatralnego pochodzili z terenów należących dziś do Litwy. Podsumowując: wszyscy założyciele Hollywood, poza Waltem Disneyem, pochodzili z ziem w promieniu 800 km od Warszawy.  Warszawiak, który założył Hollywood Nie ma chyba osoby, która nie znałaby logo Metro-Goldwyn-Meyer z charakterystycznym ryczącym lwem. Ostatni człon nazwy to Meyer z Mińska, a środkowy pochodzi od Samuela Goldwyna, który urodził się jako Szmula Gelbfisz w Warszawie. To on jest ojcem założycielem stolicy przemysłu filmowego. A było to tak.  Szmul Gelbfisz jako kilkunastoletni chłopiec uciekł z domu i pieszo przeszedł ponad półtora tysiąca kilometrów w stronę oceanu Spokojnego. Nie było go bowiem stać na pociąg. W Liverpoolu zdobył cudem bilet na statek, dotarł do Kanady, a potem lądem do Stanów Zjednoczonych. Jego pierwszym poważnym biznesem było zamówienie we Francji 40 tysięcy par skórzanych rękawiczek, które zamierzał sprzedać z dużym przebiciem w USA. Kiedy już opłacił zamówienie i transport, okazało się, że amerykański rząd drastycznie podwyższył cło. Goldwyn zlecił wtedy podzielenie swojego transportu na dwa...

Czytaj dalej