Anna Dymna: „Nigdy z nikim się tyle nie śmiałam, co z ludźmi, którzy cierpią”
Fot. Beata Zawrzel/Reporter

Anna Dymna: „Nigdy z nikim się tyle nie śmiałam, co z ludźmi, którzy cierpią”

„Nigdy z nikim się tak nie śmiałam, jak z ludźmi, którzy cierpią. My, zdrowi, zapominamy, co jest naszym źródłem radości. Dziś warto sobie o tym przypomnieć”, mówi Anna Dymna.
Magdalena Żakowska
25.06.2020

Anna Dymna jest jedną z najbardziej znanych polskich aktorek, I to nie tylko dlatego, że zagrała popularną Anię Pawlakównę w „Kochaj albo rzuć”, komedii która bawi niezmiennie kolejne pokolenia. Można by jeszcze do tego dorzucić „Epitafium dla Barbary Radziwiłłówny” czy film „Znachor” - które w latach 80 przyniosły jej nieprzemijającą populaność. Anna Dymna zagrała też w wielu fantastycznych serialach m.in. „Bożej podszewce”, czy „Siedlisku”. Ale jest  kimś więcej niż aktorką. Od wielu lat prowadzi fundację „Mimo wszystko”, opiekuje się ludźmi z niepełnosprawnościami, oddaje swój czas i siły na pracę dla innych.

Magdalena Żakowska: W jakich okolicznościach zastała panią pandemia?

Anna Dymna: Jak zwykle w pędzie, w drodze. Tuż przed ogłoszeniem kwarantanny zaczęłam zdjęcia do serialu TVN w reżyserii Bartosza Konopki. Po pierwszym dniu wróciłam już pustawym pociągiem z Warszawy do Krakowa. Potem zdążyłam jeszcze dojechać autem do Gdyni na dokrętki do filmu „Amatorzy” w reżyserii Iwony Siekierzyńskiej, o grupie teatralnej złożonej z aktorów z zespołem Downa. Ostatnim rzutem na taśmę nagraliśmy, co trzeba. Zdążyłam wrócić bezpiecznie do domu i wtedy świat się zatrzymał.

Jak się pani odnalazła w tym zatrzymanym świecie?

Wstrzymałam oddech i nie dopuszczam do siebie żadnych złych emocji. Siedzę w domu i… pracuję od świtu do nocy, choć niby wszystko stanęło. Ale dziwnie się czuję. Jestem aktorką, 50 lat na scenie, 45 lat w Narodowym Starym Teatrze. Nasz zawód polega na bliskim kontakcie z setkami ludzi w teatrze, telewizji, na planie filmowym. A teraz nie gram, nie mam prób, wszystkie spektakle, nagrania, spotkania, konferencje, koncerty odwołano. Ostatni raz taka sytuacja zdarzyła się w stanie wojennym.

Ale zamiast narzekać i płakać, uruchomiliśmy wiele inicjatyw online. Zajęcia ze studentami prowadzimy przez Skype’a. Od 9 kwietnia zaczęłam pracę online w teatrze. Godzinami nagrywam coś, rozmawiam przez telefon, piszę… Niby jestem w domu i mam czas, ale znów mało dla siebie. Na szczęście. Nie jestem więc dla pani ciekawym rozmówcą, bo nie będę narzekać na tę przymusową kwarantannę, lecz mówić, ile wspaniałych rzeczy można robić, by się nie smucić.

A co pani robi?

Na przykład codziennie, przynajmniej godzinę, odbywam sentymentalne podróże w czasie. Mam przepastne szuflady pełne cudów. Na co dzień wrzucam do nich wszystko, bo „kiedyś przyjdzie na to czas”. I teraz przyszedł. Codziennie wyciągam jedną szufladę, wysypuję jej zawartość na środek pokoju i czuję się jak odkrywca skarbów.

Jakie to skarby?

Listy, zdjęcia, scenariusze, setki zeszytów z zapisanymi losami ludzkimi, zagubione przedmioty, pamiątki, nadpalone, uratowane z pożaru szczątki rękopisów Wiesia Dymnego, które czekają cierpliwie w kolejce, by ostatecznie je przepisać, oczyścić. W moim domu jest w tej chwili kompletny armagedon, bo jak się robi porządek, to się robi straszny bałagan.

Anna Dymna: „Uratują nas dore słowa”

To jak w mądry sposób korzystać z tej izolacji?

Nie ma na to jednego przepisu. Ale można spełniać wszystkie od dawna odkładane marzenia, a każdy ma je przecież inne. Najczęściej narzekamy na brak czasu. Wreszcie go mamy. Teraz tylko musimy mądrze z niego skorzystać. Po pierwsze: jeśli możesz pracować z domu, staraj się pracować spokojnie i sumiennie. Po drugie: rozejrzyj się, czy wokół ciebie nie ma kogoś, kto potrzebuje pomocy. Może trzeba komuś wyprowadzić psa? Zorganizować zakupy? Wykupić lekarstwa? Nawet jeśli twoja pomoc okaże się niepotrzebna, sprawisz komuś radość samym faktem, że to dostrzegłaś.

Po trzecie: rozmawiaj! Przez telefon, przez Skype’a, jak kto może. By nikt nie czuł się opuszczony, samotny, bezradny. Dobre słowa nas ratują. Po czwarte: sprawiaj sobie i innym przyjemności. Dzisiaj u mnie pachnie zupą ogórkową – mój mąż ją lubi, to się uśmiechnie. Niech pani poczeka, bo mi właśnie piekarnik pika.

Co pani piecze?

Dzisiaj pierś indyka w rozmarynie.

Czyli pani przyjemności w kwarantannie to sprzątanie i gotowanie!

Nie tylko. Ale takie proste czynności całe życie kocham, bo najbardziej lubię być zwyczajnym człowiekiem. Mam też specjalne zajęcia, radości pełne, które mogą być lekiem na zły czas dla wielu ludzi. Już jest! Oto ten skarb: w 2005 roku dostałam od Wojtka Młynarskiego tekst „Mimo wszystko”, który jest jakby drogowskazem dla wszystkich działań mojej fundacji. Mówi prosto o najważniejszych sprawach: „Ludzie są po to, by ich kochać, dopomóż myśli tej choć trochę. Pomóż nadziei kwitnąć listkom mimo wszystko” i tak dalej.

Bardzo aktualny dzisiaj tekst. Mateusz Pospieszalski napisał do niego specjalną energetyczną,radosną muzykę, a wspaniali polscy wokaliści razem z finalistami Festiwalu Zaczarowanej Piosenki właśnie zakończyli pracę nad warstwą dźwiękową. Teraz montujemy do tego obraz i będziemy mieli za chwilę naszą piosenkę – taki teledysk antywirusowy.

Każdy nagrywał sam w swoim domu, na komórkę. Brzmi więc magicznie. Mam jeszcze wiele pomysłów, ale brakuje mi czasu. Drukuję właśnie teksty zgłoszone do dwóch konkursów literackich. Jestem w ich kapitułach, więc muszę przeczytać setki wierszy i opowiadań. No i jeszcze muszę skończyć moje hafty.

Hafty?

Tak zwane hafty ratujące. Mam przyjaciółkę, genetyczkę biochemiczkę, z którą spędzam wszystkie wakacje. Ona jeździ dużo po świecie na konferencje naukowe i czasem mi coś przywozi. Rok temu przywiozła mi piękną sukienkę – czerwoną jak płomień, w afrykańskim stylu, luźną i wygodną. Tuż przed wakacjami złamałam stopę, więc gdy byłam nad morzem, chodziłam w ortezie. Przyjaciele wozili mnie na plażę specjalnym trzykołowym wehikułem. Wspaniały był ten pojazd, ale tak się na nim wierciłam, że nagle wciągnął mi w koło i poszarpał tę piękną sukienkę, zupełnie jak by mnie w Dymny tył tygrys ugryzł. Widok opłakany.

Postanowiłam ją naprawić. Zeszyć normalnie się nie dało, bo część materiału była po prostu wyszarpana. I tak od kilku miesięcy sztukuję haftami dziury. Mam wszystkie kolory muliny i kordonku. Łańcuszek umiem, krzyżyk też, na YouTubie uczę się nowych ściegów, opracowałam nawet własne… Dziur już nie ma, ale jeszcze trzeba popracować.

Proste czynności pomagają w tym, żeby nie zwariować?

Mnie tak. Posadziłam 120 bratków w ogródku. Uzdrawiające zajęcie. Gdy się wykonuje konkretne, proste czynności, spokojniej się myśli o tym, co się dzieje na świecie i co w życiu jest naprawdę ważne.

My zdrowi, zapominamy o czym marzyliśmy

Marcin Król w rozmowie z „Polska The Times” powiedział, że w tym trudnym czasie powinniśmy wszyscy więcej myśleć o sprawach duchowych. Ale co to znaczy?

Taki czas naprawdę prowokuje do myślenia o ważnych rzeczach, o których na co dzień nawet nie chcemy myśleć. Czesław Miłosz lubił oglądać mój program „Spotkajmy się”. Kiedyś powiedział mi: „Mam 85 lat, a nie doszedłem jeszcze do tej prawdy o życiu, co pani chorzy i niepełnosprawni, nawet młodzi, rozmówcy”.

Od 20 lat przyjaźnię się z takimi ludźmi. I rzeczywiście, Miłosz miał rację. Oni żyjąc w ciągłym zagrożeniu życia, walcząc często o każdy krok czy oddech, wiedzą lepiej niż my, zdrowi, co w życiu ma sens. Mają świadomość tego, co ich czeka, cierpią, ale potrafią cieszyć się małymi rzeczami, umieją odbić się od cierpienia i osiągać rzeczy niemożliwe, szanować każdą chwilę, być szczęśliwymi, ale przede wszystkim cenią sobie kontakt z drugim człowiekiem. Każde spotkanie, każdą rozmowę. Kiedy z nimi rozmawiam, już po 10 minutach znika temat choroby – mówimy o miłości, przyjaźni, ambicjach, marzeniach. Nigdy z nikim się tak nie śmiałam, jak z ludźmi, którzy cierpią.

My, zdrowi, takich rozmów nie prowadzimy na co dzień. Zapominamy, o czym w życiu marzyliśmy, co jest naszym źródłem radości. Dziś warto sobie o tym pomyśleć. Przecież teraz wszyscy żyjemy w zagrożeniu. Byłoby dobrze, gdybyśmy się teraz wszyscy przyjaźnili, nie robili sobie na złość, nie ścigali się.

Czyli za wszelką cenę powinniśmy szukać pozytywów tej sytuacji?

Sytuacja jest naprawdę groźna i koszmarna. W dodatku nie wiemy, jak długo potrwa. Nie znamy bowiem wroga, który nagle zmienił cały świat. Ale nie możemy się poddawać. Taki wirus tylko na to czeka. Musimy być cierpliwi, rozsądni i życzliwi. Ja całe życie w każdej trudnej sytuacji uczę się znajdować jakieś jasne promyki.

Na przykład teraz: rozmawiam z panią przez telefon, chodzę po ogrodzie… Już chyba kilka kilometrów zrobiłam, a za mną biegają moje trzy koty. O! I patrzę w złote oczy kocura Vasco. Jakież te zwierzaki są teraz szczęśliwe! Ich pani wreszcie jest w domu! I w dodatku głaszcze i napełnia miski co chwilę! Raj koci po prostu. Mnie też miło.

Rozumiem nasze obawy, strach przed tym, co ta epidemia przyniesie, jaki będzie po niej świat. Ale nie rozumiem, dlaczego ludzie swoimi intelektami zabijają prawidłowe odruchy, uczucia i emocje. Gdy na przykład z moją Mufką [nieżyjący już pies pani Anny – red.] chodziłam czasem do weterynarza, to z podziwem obserwowałam zachowanie zwierzaków w poczekalni. Czasem było dużo kotów, psów, wszystkie przestraszone, na coś cierpiące. I nikt się nie gryzł. Mufka na co dzień z radością każdego kota goniła, ale tam najwyżej obwąchała, polizała. To się nazywa solidarność w cierpieniu. Jakie to mądre. A jak my się zachowujemy?

Są takie okoliczności, w których nie można ze sobą walczyć. I teraz jest taki czas, że trzeba sobie pomagać, być dla siebie wyrozumiałym, bo wszyscy jesteśmy w tej samej sytuacji. Jak zwierzaki u weterynarza.

Doktor Dorota Sumińska mówiła ostatnio w radiu, że koty przekazują swoim właścicielom odporność na koronawirusa.

Potwierdzam. Nad moją odpornością ciężko pracują trzy koty. Vasco śpi na mnie do czwartej rano, potem przychodzi Scysja, jest dużo lżejsza, więc lepiej mi się z nią śpi. A na koniec mój nowy kot Wojtuś. Przyszedł kiedyś do mnie i powiedział, że jest mój. Zwierzęta dają mi dużo radości. I ta wiosna, która buchnęła w ogrodzie. Kwitną po kolei wszystkie drzewa, z ziemi wyłażą cuda i cieszą oko. A ptaki wyśpiewują piękniejsze melodie niż zwykle. Jak człowiek jest uśmiechnięty, szczęśliwy, radosny, to jest silniejszy i szybciej zdrowieje.

W wyniku epidemii i kryzysu gospodarczego pojawi się olbrzymia liczba ludzi zbędnych – bez pracy, bez pieniędzy, bez pomysłu na to, co dalej. Pani takimi „zbędnymi” ludźmi zajmuje się od lat.

Na co dzień zajmuję się ludźmi z niepełnosprawnością intelektualną, którzy nie są „zbędni”, tylko inni. Nie są samodzielni, potrzebują pomocy drugiego człowieka. Chcieliby pracować, ale nie umieją, chcieliby być potrzebni, ale nie potrafią. Ma pani rację, że być może za chwilę będzie dużo więcej takich ludzi, którzy nie będą w stanie sami sobie poradzić. Ale wiem jedno: każdy człowiek jest potrzebny. I bardzo ważne, żeby okazywać to tym z nas, którzy w tych trudnych czasach mogą poczuć się zbędni. Może nie warto myśleć cały czas o sobie? Może lepiej jest, jak ktoś inny o nas pomyśli? I my pomyślimy o kimś innym? Jak będziemy razem, to damy radę.

Ale przecież żyjemy w erze egocentryków i hedonistów. Interesuje nas wyłącznie przyjemność, uciekamy od cierpienia, staramy się nie myśleć o nim.

Jest taka rzadka choroba, nazywa się zespół Biemonda, polega na braku odczuwania bólu głębokiego. Parę lat temu zrobiłam program o 16-letnim chłopaku, który na nią cierpi. I dowiedziałam się od niego, że brak bólu jest największym nieszczęściem, bo ból jest naszym strażnikiem – ostrzega nas o niebezpieczeństwie. A jak nie czujesz bólu, to nie możesz odczuć też braku bólu. Mam wrażenie, że my, jako ludzkość, cierpieliśmy od jakiegoś czasu na pochodną tej choroby. Nie można być tylko szczęśliwym. Nie można mieć wszystkiego i nie powinno się chcieć mieć za dużo. Na szczęście ludzie są różni i znam wielu, którzy swoje życie poświęcają innym ludziom i pięknym ideom.

Za daleko poszliśmy w konsumpcjonizmie? W dewastowaniu Ziemi? W antropocentryzmie?

Konsekwencje zachowania człowieka na Ziemi już przecież widać wyraźnie. Być może ten koronawirus jest dla nas, ludzkości, szansą na to, żeby się zastanowić nad sobą i nad tym, co się wokół nas przez nasze zachowania dzieje? O sprawach nieistotnych. Dziennikarze na przykład dzwonią do mnie najczęściej z pytaniem, jak sobie radzę z przemijaniem. Nie rozumiem tego pytania. Z czym konkretnie? Dlaczego mam się wstydzić starości? Dlaczego mam ukrywać swój wiek? Do każdego z nas przyjdą: starość, choroba, niepełnosprawności związane z wiekiem. Wszystko ma swój czas. Wszystko ma ukryty sens. Mam 69 lat, nie zagram już Ofelii, ale z powodzeniem mogę zagrać starą babę, pijaczkę. Podskakiwać już nie mogę leciutko, jak kiedyś, bo stawy, kręgosłup dają mi w kość. Ale bardzo dobrze, że cierpię, bo potem mam podwójną radość, jak uda mi się cało przeżyć w teatrze np. Hajduczka w „Trylogii” i galopować cztery godziny na scenie.

Wolność we dwoje

Epidemia może nauczyć nas pokory?

I cierpliwości, łagodności, zaufania, życzliwości, przyjaźni, ale przede wszystkim zdamy sobie pewnie sprawę, jak bardzo jesteśmy sobie potrzebni. Moi podopieczni potrafią mówić o tym, co ich boli, czego się boją, potrafią poprosić o pomoc, potrafią wyrazić wdzięczność. My, zdrowi, nie zawsze to umiemy.

Nawet z bliskimi. Nie każdy potrafi poradzić sobie w czterech ścianach z rodziną.

Bo ta wolność od zwykłej, codziennej pracy, obowiązków, nadmiar czasu wcale nie są dla nas takie proste. Też mam wrażenie, że dni, kiedy mam próbę, nagrania i spektakl – mimo że biegam cały dzień z zadyszką – są dużo łatwiejsze niż te, kiedy niczego nie muszę i sama decyduję, co mam robić. Gdy ktoś mi organizuje dzień, to mi łatwiej. Muszę się podporządkować, zrobić, co do mnie należy, a potem spokojnie mogę spać.

Ludzie są przyzwyczajeni do strasznego pędu, kieratu. Pracują po kilkanaście godzin na dobę, dzieci widują przy śniadaniu i kolacji. Nie potrafią już żyć inaczej. No i potem przymusowego, wspólnego spędzania ze sobą czasu trzeba się uczyć. Jak my teraz. Łatwiej kochać męża, gdy się go widzi dwie godziny przed snem oraz w nocy, i dzieci, gdy ma się je tylko od święta, prawda? Ja się nauczyłam wolności we dwoje. Czasem funduję sobie cały dzień w domu i potrafię na przykład spędzić z moim mężem 10 godzin. Nie odzywamy się do siebie nawzajem, co nie znaczy, że się nie lubimy. Przeciwnie, cieszymy się, że jesteśmy blisko siebie, ale nie zadręczamy się swoją obecnością. A jak trzeba, to się i pokłócimy, bo po to też ma się bliską osobę, żeby mieć z kim czasem się pokłócić… Tak dla zdrowia psychicznego. Teraz wszyscy jesteśmy zdenerwowani, martwimy się, boimy, więc musimy nauczyć się powściągać emocje i być dla siebie wyrozumiali. Strach u zwierząt też wywołuje agresję.

A jak się latami odkładało te trudne rozmowy…

No właśnie! I teraz bądź tu, człowieku, do nich prowokowany przez los. Nagle wszyscy mogą powiedzieć sobie wszystko – wylać pretensje, żale, złości. Tylko radzę tym wszystkim, którzy to teraz robią, żeby docenili wartość tego, że mają się z kim pokłócić. Znam ludzi, którym zmarły te drugie połówki. Sama kiedyś do nich należałam, jak mi umarł mąż, i wiem, co to jest samotność. Czasem myślałam sobie: „Boże, żeby on był, wszystko jedno jaki, wszystko jedno, co by robił, możemy się nawet kłócić, ale żeby był”.

W latach 80. minionego wieku robiłam z Kazimierzem Kutzem spektakl „Wygnańcy” Jamesa Joyce’a dla Teatru Telewizji. Grałam żonę Krzysia Globisza. Podczas sceny kłótni małżeńskiej Kazio nam przerwał i mówi: „Mocniej się kłóćcie, mocniej, przecież to jest dobre małżeństwo! Widzieliście, jak się ludzie kłócą w dobrych małżeństwach?!”. Zagraliśmy taką scenę piekło, a Kazio: „No, to teraz widać, że się kochacie”.

No dobra, musimy kończyć, bo za długi ten wywiad już jest. Niech pani to spisze krótkimi zdaniami, poproszę. I żeby nie było za mądrze, bo nie zrozumiem.

***

Rozmowa z Anną Dymną ukazała się w „Urodzie Życia” 6/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
psi behawiorysta
Unsplash

Pies na kozetce u psychologa: w czym może mu (i nam!) pomóc psi behawiorysta?

„Przychodzą pacjenci i chcą, żeby zwierzak przestał gryźć lub szczekać. Dlaczego nie pytają, co on czuje? Jak funkcjonuje?” – mówi Aneta Awtoniuk, zoopsycholożka.
Paweł Sulik
04.08.2020

Pies albo kot to nie zabawka, którą można włączyć, wyłączyć albo oddać komuś innemu, kiedy już sie nam znudzi. Banał? A jednak wciąż trzeba o nim przypominać. Wychowanie domowego zwierzaka nie zawsze jest łatwe: zdarza się, że kot sika, pies wyje, szczeka, jest agresywny… – w takich sytuacjach pomoże psi behawiorysta. Dużo możemy też od niego dowiedzieć się o sobie samych. Paweł Sulik: Kim jest behawiorysta? Czy to osoba zajmująca się tresurą zwierząt? Aneta Awtoniuk: Behawiorysta to specjalista od zachowań. Wie, jakie zachowania są typowe, a jakie odbiegają od normy, potrafi je zmodyfikować. Szkolenie to domena treserów. Nie znoszę jednak tego słowa – treserzy są w cyrkach, wolę nazywać siebie trenerką. Szkolę bowiem nie tylko zwierzę, ale i człowieka. Podobnie w  przypadku terapii behawioralnej moimi pacjentami są zarówno zwierzęta, jak i ich opiekunowie. W 90 procentach kłopoty, których przysparzają zwierzęta, są wynikiem tego, co niewłaściwego w  relacji z  nimi robi człowiek. Z jakimi problemami styka się pani w pracy najczęściej? Jesteśmy otoczeni zdjęciami ślicznych piesków i kotków umieszczonymi na portalach społecznościowych, ale moi pacjenci przychodzą naprawdę sfrustrowani. Najczęściej słyszę, że pies gryzie kanapę, kot sika na pościel itd. Zdarza się, że koty są agresywne wobec gości w domu, polują na stopy, kiedy tylko ktoś zdejmie buty. Właściciele wierzą, że istnieje szybka i skuteczna metoda, żeby skorygować uciążliwe zachowania zwierząt. Myślą, że wystarczy sięgnąć po odpowiednią pastylkę, którą ja, behawiorystka zwierzęca, zalecę, a zwierzę momentalnie przestanie sprawiać problemy. Nikt nigdy nie przyszedł do mnie dowiedzieć się, co czuje i jak funkcjonuje jego pies czy kot, zawsze przychodzą pacjenci, którzy...

Czytaj dalej
Adobe Stock/zdjęcie ilustracyjne

Mama Małgosi z zespołem Downa: Nie współczujmy im, nie traktujmy inaczej, bo „takie biedne”

Magdalena Skorupa-Grajner przekonuje, że dzieci z zespołem Downa nie potrzebują naszego współczucia. Wspierajmy je i dawajmy powód, by miały po co codziennie wstawać z łóżka.
Sylwia Arlak
03.11.2020

Magdalena Skorupa-Grajner, po tym jak jej córka Małgosia urodziła się z zespołem Downa, wspólnie z mężem Tymoteuszem założyła Niepubliczną Specjalną Szkołę Podstawową „Arka Noego” w Katowicach oraz fundację pod tą samą nazwą. W rozmowie z nami mówi m.in. o tym, jak należy wspierać niepełnosprawne dziecko. Sylwia Arlak: Podstawowej Szkole Specjalnej Arka Noego w Katowicach i fundacji, którą założyła Pani z mężem, przyświeca hasło: „Nie chodzi o celebrowanie niepełnosprawności, a o celebrowanie możliwości”. Jakie możliwości mają w Polsce osoby z zespołem Downa? Czy są traktowane na równi z osobami zdrowymi? Magdalena Skorupa-Grajner: Mogę mówić tylko za siebie. Moim zdaniem, osoby z zespołem Downa mają się coraz lepiej. Stajemy się coraz bardziej tolerancyjni, otwarci na to, co „inne”. Uczniowie Arki Noego wychodzą do kina, teatru, biblioteki czy filharmonii. Korzystają też ze środków komunikacji miejskiej. Wszystko to po to, by kształtować w nich umiejętności społeczne, oswajać i zachęcać do pełnego uczestniczenia także w przestrzeni kultury. Nie chcemy, by nasze dzieci wzbudzały niezdrowe zainteresowanie ze względu na to, że nie wiedzą, jak poruszać się wśród innych ludzi. Byłam wzruszona, gdy Uczniowie Arki podczas przedstawienia w teatrze zachowywali się grzeczniej od zdrowych dzieci. Staramy się uświadamiać dzieci i ich rodziców, że najważniejsze jest to, jak będą odbierane przez społeczeństwo. Jak będą sobie radziły w życiu bez rodziców. Jak istotne jest to, jak wyglądają. Czy potrafią zadbać o swoją higienę osobistą, schludnie się ubrać, samodzielnie skorzystać z toalety. Ważne jest to, by potrafiły się sprawnie komunikować, dzięki czemu będą miały większe poczucie sprawczości i własnej wartości. My zdrowi...

Czytaj dalej
Orły
Maciej Zienkiewicz/AG

„Cieszę się, że o mnie pamiętacie”, mówi Maja Komorowska, laureatka Orła 2020 za osiągnięcia życia

Aktorka Wajdy i Kieślowskiego o życiu i czasie
Karolina Morelowska-Siluk
27.02.2020

Maja Komorowska ma 82 lata. Ukończyła Wydział Lalkarski PWST w Krakowie, należała m.in. do prowadzonego przez Jerzego Grotowskiego Teatru 13 Rzędów w Opolu. Znamy ją z wielu wybitnych ról filmowych i teatralnych m.in. „Człowieku z żelaza” Wajdy, „Roku spokojnego słońca” Zanussiego, czy „Dekalogu I” Kieślowskiego. 2 marca 2002 r. została uhonorowana Orłem za całokształt twórczości. Odczytując nazwisko aktorki, prezydent Polskiej Akademii Filmowej Dariusz Jabłoński powiedział, że jest to nagroda za dla „wielkiej postaci sztuki i kino”. Publiczność powitała aktorkę owacją na stojąco.  Karolina Morelowska-Siluk „Uroda Życia”: Prawie pół roku czekałam na to spotkanie... Maja Komorowska:  To prawda. Podziwiam pani cierpliwość. Nie chciałam tego wywiadu, bo mam poczucie, że właściwie wszystko już powiedziałam. Oczywiście, zawsze zostaje coś jeszcze, czego nie odkryłam, czego nie napisałam, bo wciąż spotykam przecież nowych ludzi i wchodzę w nowe sytuacje. Ale jeśli chodzi o teatr, film, o moich mistrzów, warsztat, to naprawdę moja historia wydaje się opowiedziana. Zostawmy zatem pracę i porozmawiajmy o życiu. Kiedy obchodziła pani  80-lecie cała rzesza ludzi chciała okazać swoje oddanie, sympatię, wdzięczność. Pani urodziny zostały zorganizowane w kilku częściach. To panią zaskoczyło? Skala świętowania przekroczyła moją wyobraźnię. To było piękne, wzruszające, ale jednocześnie w jakimś sensie emocjonalnie mnie przerosło. Zwłaszcza ta wielokrotność uroczystości. Najpierw było Chrzęsne, urządzone przez Mazowiecki Instytut Kultury – ze wspaniałą wystawą moich zdjęć. Już następnego dnia – 11 grudnia – Akademia Teatralna i Instytut Teatralny wraz ze studentami obchodzili...

Czytaj dalej
Anna Cieślak
Weronika Kosińska

Anna Cieślak zawodowo gra… żony, a po pracy pomaga kobietom w Fundacji „La Strada”

Od kilku dni jest znowu o niej głośno, za sprawą wieści o związku z Edwardem Miszczakiem. Ale Anna Cieślak woli mówić o planach w pracy – a na jej brak nie może narzekać. Już od 30 kwietnia zobaczymy ją w nowym serialu „Szadź”.
Magdalena Żakowska
17.02.2020

Dla mnie pomaganie jest elementem życia. Potrzebuję tego i naprawdę to lubię” – mówi Anna Cieślak, 40-letnia aktorka znana m.in. z serialu „Na Wspólnej” i dodaje, że  już w dzieciństwie miała ksywę „Caritas”! Obecnie współpracuje z fundacją „La Strada”, która zajmuje się walką z handlem ludźmi i niewolnictwem. Magdalena Żakowska „Uroda Życia”: Czytasz kryminały? Anna Cieślak: Nie, w naszej rodzinie to mama jest od kryminałów. Roberta Ludluma przeczytała na wszystkie strony. Ja wolę baśnie braci Grimm, Oscara Wilde’a czy Edgara Allana Poego, mity i przypowieści z różnych stron świata. Więc uprzedzając twoje kolejne pytanie, nie znałam wcześniej „Szadzi” Igora Brejdyganta.  A to właśnie na podstawie tej powieści powstaje serial kryminalny TVN. Premiera wiosną, w głównych rolach Maciek Stuhr i Aleksandra Popławska, a ty…  …a ja śmieję się, że już etatowo gram żonę.  Dlaczego etatowo? Bo mam wrażenie, że żoną jestem nieustannie! W Teatrze Polskim gram żonę Andrzeja Seweryna w dwóch spektaklach – w „Szkole żon” w reżyserii Jacques’a Lassalle’a i w „Deprawatorze” w reżyserii Macieja Wojtyszki, gdzie wcielam się w postać Rity Gombrowicz. Z Maćkiem Stuhrem po raz pierwszy spotkaliśmy się na planie „Gliny” Władysława Pasikowskiego, gdzie graliśmy parę, a potem drugi raz w „Ślubach panieńskich” Filipa Bajona. No i teraz gram jego żonę po raz trzeci.  Tym razem to trudny związek. Tak. To dla mnie niezwykle ważna rola, bo od 10 lat jestem wolontariuszką Fundacji „La Strada”, która zajmuje się w Polsce walką z handlem ludźmi i niewolnictwem. Maciek gra w naszym serialu...

Czytaj dalej