Anna Dereszowska o kolejnej granicy w życiu: „Zupełnie się nie boję, wiem, czego chcę, czego nie”
Daniel Duniak

Anna Dereszowska o kolejnej granicy w życiu: „Zupełnie się nie boję, wiem, czego chcę, czego nie”

„Im jestem starsza, tym staję się mądrzejsza, spokojniejsza, bardziej doceniam chwile i staram się je zapamiętywać. W ciągłym pośpiechu, w którym zazwyczaj żyłam, wiele rzeczy mi umykało” mówi Anna Dereszowska, wokalistka i aktorka znana m.in. z serialu „Przyjaciółłki”.
Anna Zaleska
11.09.2020

Anna Dereszowska, aktorka filmowa, serialowa i teatralna na stałe związana z Teatrem Buffo, mówi, że przed nią najlepszy czas w życiu kobiety. Chociaż za kilka miesięcy skończy 40 lat, nie ma zamiaru robić pierwszych podsumowań, zamiast nich woli układać nowe plany. 

Anna Zaleska: Ostatni rok w pani życiu z trójką z przodu – czy to jest jakaś ważna granica?

Anna Dereszowska: Właśnie ja czterdziestki zupełnie się nie boję. Wydaje mi się, że jestem teraz w życiowej formie. Dbam o siebie, dużo ćwiczę. Lubię na siebie patrzeć, co mi się do tej pory rzadko zdarzało. Wiem już też – i umiem to wyrazić – czego nie chcę, czego chcę, z czym jest mi dobrze, z czym nie czuję się komfortowo.

Czterdziestka to najlepszy czas dla kobiety?

Tak sądzę. Dzieci są już duże, powoli zaczynają się usamodzielniać. A ja czuję, że im jestem starsza, tym staję się mądrzejsza, spokojniejsza, bardziej doceniam chwile i staram się je zapamiętywać. W ciągłym pośpiechu, w którym zazwyczaj żyłam, wiele rzeczy mi umykało. Nie pamiętałam rozmów, spotkań, ludzi. Teraz te najcenniejsze momenty staram się zapamiętywać. Potrafię żyć spokojniej. Dobrze mi ze sobą.

W ostatnim czasie aktorzy z dużego pędu, funkcjonowania na dwieście procent weszli nagle w czas spowolnienia, a często wręcz pustki i bezczynności.

Odkąd pamiętam, dużo pracowałam i byłam bardzo aktywna, więc początkowo poczułam się dziwnie. Ale muszę przyznać, że nie było dnia, bym chociaż przez chwilę się nudziła. Znalazłam sobie mnóstwo zajęć. Na przykład porządki. Dom okazał się w wielu miejscach zaniedbany. Widziałam to oczywiście wcześniej, ale odwracałam wzrok, nie było czasu, teraz w końcu mogłam wszystko ogarnąć. W momencie gdy zaczęłam się zastanawiać: „Kurczę, a co jeśli rzeczywiście przez najbliższe pół roku nie będzie pracy?”, pojawiła się propozycja zagrania w serialu online „Będzie dobrze, kochanie”. A w czerwcu na szczęście wróciły plany filmowe i dostałam rolę w serialu obyczajowo-kryminalnym „Maria Matejko” dla stacji Polsat. Moja postać to policjantka, szefowa komisariatu. Bardzo mnie rozśmieszyło, że została opisana jako skinny bitch. 

Czyli?

Ostra w wyrazie, nosząca ubrania podkreślające jej atuty, z pięknie wyrzeźbioną, wysportowaną sylwetką. Ale też bardzo prostolinijna. Jak kogoś lubi, to lubi, jak nie lubi, to nie lubi. W jej sposobie rozumowania nie ma miejsca na niuanse. 

Jak się teraz pracuje na planie?

Oczywiście pracujemy w podwyższonym reżimie sanitarnym, wszyscy noszą maseczki, starają się zachowywać odległość, dbać o bezpieczeństwo, bo to w interesie nas wszystkich. Jeśli zdjęcia zostaną przerwane z powodu kwarantanny, nikt z nas nie będzie zarabiał.

Koronawirus nie powstrzymuje pani działalności charytatywnej. W akcji poznajgwiazdę.pl można wylicytować obiad w pani towarzystwie. Na co zostaną przeznaczone te pieniądze?

W moim przypadku, ponieważ jestem Ślązaczką i sprawy Śląska są zawsze bliskie memu sercu, na Fundację Rozwoju Kardiochirurgii im. prof. Zbigniewa Religi w Zabrzu i prace nad innowacyjną protezą serca dla dzieci Religa Heart PED. Dzięki niej w wielu przypadkach przeszczep serca u dzieci nie będzie konieczny. 

Media społecznościowe są świetnym miejscem, by nagłaśniać tego typu akcje. Jest w nich pani coraz bardziej aktywna. Aktorowi łatwo przechodzi udostępnianie swojej prywatności?

Są granice, których bym nie przekroczyła. Na przykład nie mogłabym angażować dzieci do swoich nagrań. Sama przez wiele lat byłam dotknięta „inwigilacją”, miałam poczucie, że tabloidy odarły mnie z prywatności. Dlatego staram się dużą część życia prywatnego pozostawiać tylko dla siebie. Jeśli dzieci będą kiedyś miały ochotę, to sobie założą konta w mediach społecznościowych. Na razie wolę, by trzymały się od tego z daleka.

Pani 12-letnia córka nigdy nie chciała mieć konta na Instagramie?

Nigdy nawet nie było takiego tematu. Może czasem ma dosyć tego, że ja tam jestem? „Kotusiu, poczekaj, muszę wrzucić posta”. „Kotusiu, mogłabyś mi zrobić zdjęcie?” Czasem ją to denerwuje. Z Facebooka zaczęła korzystać, gdy nauka przeniosła się do internetu. Lena w ogóle jest bardzo aktywna, nigdy nie jest tak, że siedzi w domu i się nudzi. Gdy już można było uprawiać sport, od razu wróciłyśmy do gry w tenisa, jako pierwsze rozdziewiczałyśmy korty zaraz po otwarciu. Jeździmy razem na rowerach. Poza tym mamy kawałek ogródka, na którym stoi trampolina. W czasie lockdownu to było centrum naszego wszechświata. 

Pani też skacze na trampolinie?

Oczywiście! Uwielbiam! Wygłupiamy się, sąsiedzi przechodzą obok i się z nas śmieją. Wczoraj skakaliśmy na trampolinie, ja zaczęłam się rozciągać, a mój pięcioletni synek Maks pyta: „Co robisz? Ćwiczysz? Jutro rano możesz skorzystać z mojej trampoliny i poćwiczyć tu z Lewandowską”. Tak mnie to rozbawiło… Bo rzeczywiście staram się trzy, cztery razy w tygodniu ćwiczyć z aplikacją Ani Lewandowskiej, więc Maks słyszy ciągle Anię krzyczącą: „Dawaj, dawaj, dasz radę, jestem z tobą…”. (śmiech)

Bycie razem przez 24 godziny na dobę nie okazało się dla waszej rodziny trudne?

Szczerze mówiąc, nigdy w życiu nie miałam możliwości, by spędzić z dziećmi tyle czasu. Po urodzeniu Lenusi i kilka lat później, gdy Maks przyszedł na świat, bardzo szybko wracałam do pracy. W dodatku – ponieważ dużo grałam w teatrze – nie mogłam być z nimi wieczorami. Teraz to dla mnie wielka radość, że mogę z dziećmi zasypiać, czytać im do snu, towarzyszyć w takiej codziennej rutynie. I już wiem, że jeśli życie wróci do względnej normalności, będę się starała nie przyjmować tak wielu ról teatralnych, bo te wieczory i popołudnia, gdy dzieci wracają ze szkoły i przedszkola, są niezwykle istotne. Nie do przecenienia. 

Z kryzysów wychodzimy trochę mądrzejsi? Zobaczyliśmy, że może nie musimy tak ciągle więcej, więcej i więcej?

Absolutnie tak. Myślę, że cały model naszego funkcjonowania się przebuduje. Bo ludzie zobaczyli, że mogą przynajmniej częściowo pracować zdalnie, bardziej się angażować w życie rodzinne, znaleźć czas choćby na wspólne gotowanie. My na przykład często rano piekliśmy ciasteczka i smażyliśmy racuchy. Nigdy nie byłam wybitną kucharką, ale też nie miałam na to czasu. A teraz przyrządzam pasty, piekę pizzę i wychodzi mi to naprawdę zawodowo. Mam wielką satysfakcję. Jeśli w przyszłości dałoby się tak wszystko poukładać, by zbalansować życie zawodowe i rodzinne, byłoby fantastycznie. To jest do zrobienia, trzeba po prostu mądrzej przyjmować propozycje. 

Bo chyba też sobie uświadomiliśmy, że wpadliśmy w pułapkę konsumpcjonizmu. Dużo pracujemy, żeby kupić rzeczy, których wcale nie potrzebujemy. Możemy się obyć bez ubrań z najnowszej kolekcji.

Co do ubrań, to ja nie widzę u siebie dużej różnicy, bo od dawna staram się tak dobierać garderobę, żeby była wygodna, uniwersalna i żebym nie musiała co sezon kupować nowych rzeczy. Szczerze mówiąc, nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam na zakupach w galerii handlowej. Nie czuję się tam komfortowo, robię się jakaś nerwowa. Ale ze wstydem przyznaję, że marnowało się u nas sporo jedzenia, a teraz niczego nie wyrzucamy. W garderobie zrobiłam porządki, obdzieliłam młodsze dzieci rzeczami, z których moje wyrosły, swoje ubrania porozdawałam. I poczułam się bardzo szczęśliwa. Popatrzyłam na moją szafę i pomyślałam sobie: „Kurczę, naprawdę nie potrzebuję niczego więcej”. 

Podobno ostatnimi czasy matriarchat miał się dobrze. Życie przeniosło się do domów, a to teren, na którym rządzą kobiety. U państwa w domu też tak jest?

U nas zawsze panował podział obowiązków i staraliśmy się z moim narzeczonym znaleźć w tym równowagę. Różnie nam wychodzi. Teraz oboje dużo jesteśmy w domu. Daniel też, ale tak bardzo zaangażowany w swoją pracę, że od dziewiątej do piątej jakby go nie było. Najwyżej na chwilę zbiega na dół, gdy jest głodny, i marudzi, żebym coś przyrządziła. Więc jeśli czegoś od niego potrzebuję, to wysyłam esemesa. Albo dzwonię, zwykle jednak linia jest zajęta, bo ma ciągle jakieś rozmowy. I trochę mnie to frustruje. Wczoraj na przykład kosiłam trawę. Żeby było jasne, ogródeczek mamy malutki, wystarczy 15 minut. Jeżdżę kosiarką i myślę sobie: „No nie mogę po prostu, dlaczego ja to muszę robić?”. Potem jednak patrzę na równo przycięty trawnik i mam satysfakcję. W weekend wyjeżdżaliśmy na Mazury, to sama zamontowałam bagażnik na rowery. I też miałam w sobie taką złość: „No nie, dlaczego ja muszę się z tym babrać? Podkręcać, przykręcać… Cała jestem umazana smarem! Denerwuje mnie to!”. A z drugiej strony, jak już wszystko zamocowałam, mówię: „Ha! Widzisz, Dereszowska? Potrafisz!”. 

W poście z okazji 39. urodzin pięknie pani napisała: „Dziękuję niemężowi za miłość, cierpliwość, wyrozumiałość”. Brzmi jak związek idealny.

O nie! Nie! Nie! Nie jesteśmy związkiem idealnym i nie wydaje mi się, żeby takie istniały. Ale z wiekiem, gdy na koncie przybywa mi lat, wydaje mi się, że jestem coraz mądrzejsza. Mam w sobie więcej pokory, cierpliwości i świadomość, że nie ma ludzi idealnych i nie ma związków idealnych. Czasem przychodzą takie momenty, że myślę sobie: „Mam dość, po prostu dajmy sobie spokój”. A potem: „Kochana, naprawdę tyle was łączy, pomyśl o tych fajnych chwilach. Poza tym najpierw w sobie poszukaj tego, co było punktem zapalnym, co cię denerwuje, bo być może denerwuje cię coś, co jest w tobie, a nie w tej drugiej osobie. I uświadom sobie, że na początku każdy związek wydaje się idealny, a im dłużej się jest ze sobą, tym bardziej problemy narastają. Nawet te małe wydają się duże. Okruszki w kuchni, których ktoś nie sprzątnął, mogą człowieka zdenerwować, a to tylko okruszki. Weź parę głębokich wdechów, popatrz, jaką fajną rodzinę tworzycie. To jest naprawdę wartość!”. 

Ale takie myślenie przychodzi z czasem. Jeszcze przy moim charakterze… Jestem raptusem, chciałabym już, natychmiast, teraz. We mnie aż buzuje, nie potrafię usiąść i się uspokoić. Na przykład joga jest dla mnie niezwykle trudna. Jeśli pojawia się we mnie zła energia, muszę dać jej upust w dynamiczny sposób. Wybiegać ją. Zagrać w tenisa. A już po godzinie przyznaję: „Boże, cóż to były za absurdalne myśli!”. 

Jako ambasadorka Stowarzyszenia SOS Wioski Dziecięce w zeszłym roku brała pani udział w kampanii uświadamiającej dorosłym, że swoimi emocjami i problemami często obciążają dzieci. Teraz ten temat wydaje się szczególnie istotny.

Wiele z nas nie radzi sobie z emocjami. Słyszę od koleżanek, że chwilami już nie dają rady. Bo siedzenie w domu, bo niepewna przyszłość, cały czas z dziećmi, które: „Mamo to, mamo tamto, mamo nudzę się, mamo zrób mi to, zrób mi tamto”, a jednocześnie trzeba pracować. Bywa, że dorośli tracą cierpliwość. 

Ale miejmy świadomość, że my, właśnie jako dorośli, musimy radzić sobie z emocjami. Możemy korzystać z różnego rodzaju pomocy czy medytacji, które można znaleźć w internecie. Porozmawiać z przyjaciółką choćby online. Wyjść na spacer, pooddychać. Jeśli jest deszcz, super, bo on bardzo uspokaja, sprawia, że gonitwa myśli w nas zwalnia. 

Niestety w statystykach, w raportach telefonów zaufania widać, że ostatnio wzrósł problem z przemocą domową. Dla wielu kobiet i dzieci to był niezwykle trudny czas. I niestety szybko się nie skończy, bo wraz z utratą pracy – a wiele osób to spotka – frustracja będzie narastała. Ważne też, by reagować, jeśli słyszymy, że coś się dzieje za ścianą, nie przymykać oczu. Oczywiście – żeby nie było, że jestem święta – mnie też się zdarza stracić cierpliwość. Muszę coś pilnie zrobić, mam jakiś deadline, a tu: „Mamo, mamo”… Wtedy mówię stanowczo: „Kochani, cisza, potrzebuję chwili spokoju!”.

Jako nastolatka była pani bardzo emocjonalna? 

Byłam raczej grzeczną, poukładaną dziewczynką. Nadmiar energii rozładowywałam, uprawiając sport. Jeździłam konno, pływałam, grałam w tenisa, w koszykówkę, siatkówkę. Teraz gdy patrzę na siebie z perspektywy dojrzałej kobiety, wiem, że te emocje we mnie były, tylko pewnie przez śmierć mamy narzuciłam sobie potrzebę bycia dorosłą. Nie wiem, czy to dobrze. Ten nastoletni czas jest bardzo potrzebny, żeby poszaleć, poszumieć, posmakować. Ja to jakoś łagodnie przeszłam. 

Teraz ma pani w domu nastolatkę. Córka jest podobna do pani?

Jest takim wrażliwcem, jakim ja byłam. Może nawet większym. Sądząc po tym, jakie zdarzają się nam wybuchy frustracji czy złości, to jej okres dojrzewania będzie bardziej burzliwy, niż był mój. 

Jest pani typem mamy-kumpelki?

Chyba tak. Często zdarzają nam się totalne głupawki, gdy we dwie nie potrafimy się przestać śmiać. Mam wtedy poczucie superwięzi. Dużo ze sobą rozmawiamy, choć wiem, że już teraz Lena wielu rzeczy mi nie mówi. Ma grono przyjaciółek, którym powierza swoje sekrety, to naturalne. Wydaje mi się jednak, że o tych najtrudniejszych dla niej sprawach potrafi ze mną rozmawiać. Mam nadzieję, że tego kontaktu nie stracimy. 

A potrafi pani czegoś zabronić? To jest sytuacja, kiedy stajemy się „niefajne”. 

Ciężko jest wtedy. I czasem nie potrafię powiedzieć „nie”. Danielowi łatwiej to przechodzi, ale też nie chcę zrzucać na niego całej odpowiedzialności, stawiać go w roli tego „złego”, tym bardziej że jest dla Lenki ojczymem. Bardzo się o nią troszczy, chciałby, żeby wyrosła na mądrego, fajnego, świadomego człowieka. Ale czasem spieramy się o sposób wychowania dzieci. Czego od nich wymagać, co wolno, czego nie wolno. To pewnie wynika z tego, w jakich domach dorastaliśmy, szczególnie z podejścia naszych ojców do wychowania. Ja miałam bardzo ciepłego, wspierającego tatę, z którym byłam niezwykle blisko. Daniel też jest ciepły, wspierający, ale stawia granice. Koniec końców dla naszych dzieci chcemy tego samego, choć pewnie mamy różne wyobrażenia, w jaki sposób można do tego dojść.

Na jaką kobietę chciałaby pani wychować córkę?

Chciałbym, żeby potrafiła mówić „nie”. To dla mnie bardzo istotne. Żeby wiedziała, czego w życiu chce i czego nie chce. A jeśli czegoś nie chce, żeby potrafiła to jasno wyrazić. Mną po śmierci mamy w dużej mierze opiekowała się babcia. Wychowywała mnie na grzeczną dziewczynkę, potulną, która nie wyraża swoich opinii. Nigdy mi tego wprost nie mówiła, ale zawsze stawiała mnie w drugim rzędzie, za moim bratem. „Andrzej to chłopak, jemu wolno, a tobie nie”. A dlaczego nie? „Bo dziewczynkom nie wolno”. I już. Chciałabym, żeby moja Lena potrafiła tupnąć nogą.

***

Rozmowa z Anną Dereszowską ukazała się w „Urodzie Życia” 7/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Justyna Nagłowska o macierzyństwie
Rafał Masłow dla „Wysokich Obcasów”

Justyna Nagłowska szczerze o macierzyństwie: „Po porodzie znikamy, wszyscy pytają tylko o dzidziusia”

„Długo żyłam z przekonaniem, że jak pojawia się dziecko, to związek się sypie. Rozwiodłam się z pierwszym mężem, kiedy młodsza córka miała dwa i pół roku. Ale koszty są duże, jeżeli nie dzielisz się tym, co czujesz. Zaraz po tej rozmowie mam randkę z mężem”, mówi Justyna Nagłowska, dziennikarka, autorka podcastu „Matka też człowiek”, żona Borysa Szyca.
Magdalena Żakowska
11.09.2020

Justyna Nagłowska i Borys Szyc pobrali się w grudniu zeszłego roku na Balearach. Justyna ma trójkę dzieci: 12-letnią Franię i 10-letnią Stefkę z pierwszego małżeństwa i 4-miesięcznego synka Henryka z Borysem Szycem. Magdalena Żakowska: Macie z Borysem trójkę dzieci, wszystkie w zasadzie odchowane. Szansa na drugą młodość. Po co kolejne dziecko? Justyna Nagłowska: Z miłości. Znalazłam mężczyznę mojego życia i chciałam doświadczyć macierzyństwa razem z nim. Dałam mu upragnionego syna. Wspólnie zaczynamy od nowa – bóle pleców, bo non stop nosimy Henia, a zaraz zacznie się chodzenie z nim za rączkę, czyli w zgięciu wpół. Potem bieganie za rowerkiem, te wszystkie przedszkolne przedstawienia i dziesiątki godzin zabaw, kiedy trzeba być tu i teraz. Będzie wspaniale, będzie ciężko, ale będziemy w tym razem. Henio scalił naszą rodzinę. Jesteśmy za niego ogromnie wdzięczni. I ciągle jeszcze nie możemy się na niego napatrzeć. Wiem, że każda matka chwali swoje dziecko, ale on jest naprawdę wyjątkowy. Od urodzenia jest chłopczykiem, nie miał w sobie nic z niemowlaka – takie mądre spojrzenie, dojrzałe rysy. Wykapany tata.  Urodził się w pandemii. To był duży stres. Lubię mieć wszystko precyzyjnie zaplanowane, a do końca nie wiedziałam nawet, czy będziemy mieli szansę na rodzinny poród. I świat się zmienił – jestem ciekawa, jak to wpłynie na Henia i jego pokolenie.  Który z mitów dotyczących macierzyństwa uważasz za najbardziej szkodliwy? Właśnie nagrywam podcast o tym, jak śpią dzieci. Bardzo szkodliwe wydaje mi się powiedzenie „Śpi jak niemowlę”. To powiedzenie koło niemowlęcia nigdy nie leżało. Nie widziało go nawet na zdjęciu. I kiedy zostajesz po raz pierwszy matką, a twoje dziecko budzi się w nocy co dwie godziny, co jest – umówmy...

Czytaj dalej
Elżbieta Dzikowska o Tonym Haliku
Maciej Zienkiewicz/Agencja Gazeta

Elżbieta Dzikowska o Tonym Haliku: „Nie żałuję ani jednego dnia z nim”

„Jeśli miałabym wskazać jedną cechę, która nas połączyła, to powiedziałabym, że nam się chciało. Mieliśmy głód życia, zapał do pokonywania przeszkód. Tony nie żyje, ale mi ciągle chce się chcieć. Myślę, że by się z tego cieszył. Jestem futuro, a nie retro. Patrzę do przodu” – mówi znana podróżniczka i pisarka.
Magdalena Żakowska
11.09.2020

Elżbieta Dzikowska – historyczka sztuki, sinolożka, legendarna podróżniczka, reżyserka (ur. 1937). Wraz z Tonym Halikiem stworzyła najpopularniejszy duet podróżników w Polsce. Ich program „Pieprz i wanilia” oglądało 18 milionów widzów. Autorka wielu książek. Bohaterka biografii „Dzikowska” napisanej przez Romana Warszewskiego. 6 września na festiwalu Doc Against Gravity miała miejsce premiera filmu o ich życiu: „Tony Halik”. Magdalena Żakowska: Kiedy czytałam o waszych podróżach, to ciągle zastanawiałam się, który element dzikiej natury przerażał panią najbardziej. Pająki? Węże? Owady? Elżbieta Dzikowska: Dzika natura nie przeraża mnie ani trochę, przecież jestem Dzikowska. Zresztą, lubię być blisko natury nie tylko podczas wielkich wypraw. Z pierwszym mężem, Andrzejem Dzikowskim, dużo podróżowaliśmy z namiotem. On łapał ryby, ja zbierałam grzyby, było co jeść, a przemieszczaliśmy się kajakiem. Z drugim mężem pływałam żaglówką.  Myślałam, że z pierwszym mężem była pani krótko. Wzięliście ślub jeszcze na studiach, a chwilę później wyjechała pani na swoją pierwszą wielką wyprawę – sześć tygodni w Chinach.  Nie było tak źle. Byliśmy sobie bliscy i blisko – po ślubie przez osiem lat wynajmowaliśmy pokój z możliwością korzystania z kuchni, a w sumie byliśmy ze sobą 17 lat. Z Tonym – 25 lat. Bez ślubu.   Nie potrzebowaliśmy go. Dla mnie Tony był mężem. Zawsze tak o nim myślałam. Jak byśmy sami sobie udzielili ślubu, to najważniejsze. Nie lubię słowa „partner” w kontekście związku uczuciowego. Ale mam wrażenie, że Tony Halik to był pani „partner in crime”, najlepszy towarzysz przygód....

Czytaj dalej
Pexels

Kłócicie się o skarpetki i naczynia w zlewie? Zobacz, co tak naprawdę kryje się za sprzeczkami w związku?

Pary często przyznają, że kłócą się „o głupie rzeczy”. Ale powód tych drobnych sporów jest znacznie głębszy, niż nam się wydaje.  
Sylwia Arlak
10.09.2020

Umiemy się pokłócić o pozostawione na podłodze skarpetki albo o to, że partner spóźnił się z pracy 15 minut. Spory w związku są nieuniknione i — jak pokazuje badanie z 2018 roku — nie wszystkie są złe. Jak pisze „The Stylist” wynika z nich, że te pary, które umiejętnie się kłócą, mają dziesięć razy większe szanse na szczęśliwą relację niż te, które swoje problemy zamiatają pod dywan.  Skąd biorą się kłótnie w związku?  Problemy pojawiają się, gdy osoby w długotrwałych związkach nie rozumieją pierwotnej przyczyny ich kłótni. Zamiast wyjaśnić sytuację, chowają urazę. Jak przekonują terapeuci, konflikty zwykle wynikają z zakorzenionych potrzeb emocjonalnych partnerów. „Partnerzy często mówią: »Kłócimy się o głupie rzeczy«. To prawda. Ale o wiele częściej konflikty wynikają z tego, co pod powierzchnią, a nie z tego, co widać na pierwszy rzut oka” — pisze terapeuta dr Jason Linder w „Psychology Today” i dodaje: „Dotarcie do tego, co znajduje się pod spodem, prowadzi nas do prawdziwej przyczyny kłótni i zawirowań w związku” Jak pracować nad relacją, żeby obie strony były zadowolone? Zacznijmy od… właściwego wyboru partnera. „Nieświadomie mamy tendencję do wybierania partnera, który wywołuje u nas ból z przeszłości” — mówi w rozmowie z „The Stylist” Karin Peeters, trenerka i psychoterapeutka. Dodaje: „W jakiś sposób, głęboko w środku, mamy nadzieję, że »tym razem może być inaczej«, ale wszystko i tak sprowadza się do znajomych i bolesnych wzorców”. Tę nierozwiązaną traumę psychologia określa, jako „pierwotna rana”. Boli nas zachowanie naszego partnera, bo przypomina nam o jakiś...

Czytaj dalej