Anna Dereszowska o kolejnej granicy w życiu: „Zupełnie się nie boję, wiem, czego chcę, czego nie”
Daniel Duniak

Anna Dereszowska o kolejnej granicy w życiu: „Zupełnie się nie boję, wiem, czego chcę, czego nie”

„Im jestem starsza, tym staję się mądrzejsza, spokojniejsza, bardziej doceniam chwile i staram się je zapamiętywać. W ciągłym pośpiechu, w którym zazwyczaj żyłam, wiele rzeczy mi umykało” mówi Anna Dereszowska, wokalistka i aktorka znana m.in. z serialu „Przyjaciółłki”.
Anna Zaleska
11.09.2020

Anna Dereszowska, aktorka filmowa, serialowa i teatralna na stałe związana z Teatrem Buffo, mówi, że przed nią najlepszy czas w życiu kobiety. Chociaż za kilka miesięcy skończy 40 lat, nie ma zamiaru robić pierwszych podsumowań, zamiast nich woli układać nowe plany. 

Anna Zaleska: Ostatni rok w pani życiu z trójką z przodu – czy to jest jakaś ważna granica?

Anna Dereszowska: Właśnie ja czterdziestki zupełnie się nie boję. Wydaje mi się, że jestem teraz w życiowej formie. Dbam o siebie, dużo ćwiczę. Lubię na siebie patrzeć, co mi się do tej pory rzadko zdarzało. Wiem już też – i umiem to wyrazić – czego nie chcę, czego chcę, z czym jest mi dobrze, z czym nie czuję się komfortowo.

Czterdziestka to najlepszy czas dla kobiety?

Tak sądzę. Dzieci są już duże, powoli zaczynają się usamodzielniać. A ja czuję, że im jestem starsza, tym staję się mądrzejsza, spokojniejsza, bardziej doceniam chwile i staram się je zapamiętywać. W ciągłym pośpiechu, w którym zazwyczaj żyłam, wiele rzeczy mi umykało. Nie pamiętałam rozmów, spotkań, ludzi. Teraz te najcenniejsze momenty staram się zapamiętywać. Potrafię żyć spokojniej. Dobrze mi ze sobą.

W ostatnim czasie aktorzy z dużego pędu, funkcjonowania na dwieście procent weszli nagle w czas spowolnienia, a często wręcz pustki i bezczynności.

Odkąd pamiętam, dużo pracowałam i byłam bardzo aktywna, więc początkowo poczułam się dziwnie. Ale muszę przyznać, że nie było dnia, bym chociaż przez chwilę się nudziła. Znalazłam sobie mnóstwo zajęć. Na przykład porządki. Dom okazał się w wielu miejscach zaniedbany. Widziałam to oczywiście wcześniej, ale odwracałam wzrok, nie było czasu, teraz w końcu mogłam wszystko ogarnąć. W momencie gdy zaczęłam się zastanawiać: „Kurczę, a co jeśli rzeczywiście przez najbliższe pół roku nie będzie pracy?”, pojawiła się propozycja zagrania w serialu online „Będzie dobrze, kochanie”. A w czerwcu na szczęście wróciły plany filmowe i dostałam rolę w serialu obyczajowo-kryminalnym „Maria Matejko” dla stacji Polsat. Moja postać to policjantka, szefowa komisariatu. Bardzo mnie rozśmieszyło, że została opisana jako skinny bitch. 

Czyli?

Ostra w wyrazie, nosząca ubrania podkreślające jej atuty, z pięknie wyrzeźbioną, wysportowaną sylwetką. Ale też bardzo prostolinijna. Jak kogoś lubi, to lubi, jak nie lubi, to nie lubi. W jej sposobie rozumowania nie ma miejsca na niuanse. 

Jak się teraz pracuje na planie?

Oczywiście pracujemy w podwyższonym reżimie sanitarnym, wszyscy noszą maseczki, starają się zachowywać odległość, dbać o bezpieczeństwo, bo to w interesie nas wszystkich. Jeśli zdjęcia zostaną przerwane z powodu kwarantanny, nikt z nas nie będzie zarabiał.

Koronawirus nie powstrzymuje pani działalności charytatywnej. W akcji poznajgwiazdę.pl można wylicytować obiad w pani towarzystwie. Na co zostaną przeznaczone te pieniądze?

W moim przypadku, ponieważ jestem Ślązaczką i sprawy Śląska są zawsze bliskie memu sercu, na Fundację Rozwoju Kardiochirurgii im. prof. Zbigniewa Religi w Zabrzu i prace nad innowacyjną protezą serca dla dzieci Religa Heart PED. Dzięki niej w wielu przypadkach przeszczep serca u dzieci nie będzie konieczny. 

Media społecznościowe są świetnym miejscem, by nagłaśniać tego typu akcje. Jest w nich pani coraz bardziej aktywna. Aktorowi łatwo przechodzi udostępnianie swojej prywatności?

Są granice, których bym nie przekroczyła. Na przykład nie mogłabym angażować dzieci do swoich nagrań. Sama przez wiele lat byłam dotknięta „inwigilacją”, miałam poczucie, że tabloidy odarły mnie z prywatności. Dlatego staram się dużą część życia prywatnego pozostawiać tylko dla siebie. Jeśli dzieci będą kiedyś miały ochotę, to sobie założą konta w mediach społecznościowych. Na razie wolę, by trzymały się od tego z daleka.

Pani 12-letnia córka nigdy nie chciała mieć konta na Instagramie?

Nigdy nawet nie było takiego tematu. Może czasem ma dosyć tego, że ja tam jestem? „Kotusiu, poczekaj, muszę wrzucić posta”. „Kotusiu, mogłabyś mi zrobić zdjęcie?” Czasem ją to denerwuje. Z Facebooka zaczęła korzystać, gdy nauka przeniosła się do internetu. Lena w ogóle jest bardzo aktywna, nigdy nie jest tak, że siedzi w domu i się nudzi. Gdy już można było uprawiać sport, od razu wróciłyśmy do gry w tenisa, jako pierwsze rozdziewiczałyśmy korty zaraz po otwarciu. Jeździmy razem na rowerach. Poza tym mamy kawałek ogródka, na którym stoi trampolina. W czasie lockdownu to było centrum naszego wszechświata. 

Pani też skacze na trampolinie?

Oczywiście! Uwielbiam! Wygłupiamy się, sąsiedzi przechodzą obok i się z nas śmieją. Wczoraj skakaliśmy na trampolinie, ja zaczęłam się rozciągać, a mój pięcioletni synek Maks pyta: „Co robisz? Ćwiczysz? Jutro rano możesz skorzystać z mojej trampoliny i poćwiczyć tu z Lewandowską”. Tak mnie to rozbawiło… Bo rzeczywiście staram się trzy, cztery razy w tygodniu ćwiczyć z aplikacją Ani Lewandowskiej, więc Maks słyszy ciągle Anię krzyczącą: „Dawaj, dawaj, dasz radę, jestem z tobą…”. (śmiech)

Bycie razem przez 24 godziny na dobę nie okazało się dla waszej rodziny trudne?

Szczerze mówiąc, nigdy w życiu nie miałam możliwości, by spędzić z dziećmi tyle czasu. Po urodzeniu Lenusi i kilka lat później, gdy Maks przyszedł na świat, bardzo szybko wracałam do pracy. W dodatku – ponieważ dużo grałam w teatrze – nie mogłam być z nimi wieczorami. Teraz to dla mnie wielka radość, że mogę z dziećmi zasypiać, czytać im do snu, towarzyszyć w takiej codziennej rutynie. I już wiem, że jeśli życie wróci do względnej normalności, będę się starała nie przyjmować tak wielu ról teatralnych, bo te wieczory i popołudnia, gdy dzieci wracają ze szkoły i przedszkola, są niezwykle istotne. Nie do przecenienia. 

Z kryzysów wychodzimy trochę mądrzejsi? Zobaczyliśmy, że może nie musimy tak ciągle więcej, więcej i więcej?

Absolutnie tak. Myślę, że cały model naszego funkcjonowania się przebuduje. Bo ludzie zobaczyli, że mogą przynajmniej częściowo pracować zdalnie, bardziej się angażować w życie rodzinne, znaleźć czas choćby na wspólne gotowanie. My na przykład często rano piekliśmy ciasteczka i smażyliśmy racuchy. Nigdy nie byłam wybitną kucharką, ale też nie miałam na to czasu. A teraz przyrządzam pasty, piekę pizzę i wychodzi mi to naprawdę zawodowo. Mam wielką satysfakcję. Jeśli w przyszłości dałoby się tak wszystko poukładać, by zbalansować życie zawodowe i rodzinne, byłoby fantastycznie. To jest do zrobienia, trzeba po prostu mądrzej przyjmować propozycje. 

Bo chyba też sobie uświadomiliśmy, że wpadliśmy w pułapkę konsumpcjonizmu. Dużo pracujemy, żeby kupić rzeczy, których wcale nie potrzebujemy. Możemy się obyć bez ubrań z najnowszej kolekcji.

Co do ubrań, to ja nie widzę u siebie dużej różnicy, bo od dawna staram się tak dobierać garderobę, żeby była wygodna, uniwersalna i żebym nie musiała co sezon kupować nowych rzeczy. Szczerze mówiąc, nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam na zakupach w galerii handlowej. Nie czuję się tam komfortowo, robię się jakaś nerwowa. Ale ze wstydem przyznaję, że marnowało się u nas sporo jedzenia, a teraz niczego nie wyrzucamy. W garderobie zrobiłam porządki, obdzieliłam młodsze dzieci rzeczami, z których moje wyrosły, swoje ubrania porozdawałam. I poczułam się bardzo szczęśliwa. Popatrzyłam na moją szafę i pomyślałam sobie: „Kurczę, naprawdę nie potrzebuję niczego więcej”. 

Podobno ostatnimi czasy matriarchat miał się dobrze. Życie przeniosło się do domów, a to teren, na którym rządzą kobiety. U państwa w domu też tak jest?

U nas zawsze panował podział obowiązków i staraliśmy się z moim narzeczonym znaleźć w tym równowagę. Różnie nam wychodzi. Teraz oboje dużo jesteśmy w domu. Daniel też, ale tak bardzo zaangażowany w swoją pracę, że od dziewiątej do piątej jakby go nie było. Najwyżej na chwilę zbiega na dół, gdy jest głodny, i marudzi, żebym coś przyrządziła. Więc jeśli czegoś od niego potrzebuję, to wysyłam esemesa. Albo dzwonię, zwykle jednak linia jest zajęta, bo ma ciągle jakieś rozmowy. I trochę mnie to frustruje. Wczoraj na przykład kosiłam trawę. Żeby było jasne, ogródeczek mamy malutki, wystarczy 15 minut. Jeżdżę kosiarką i myślę sobie: „No nie mogę po prostu, dlaczego ja to muszę robić?”. Potem jednak patrzę na równo przycięty trawnik i mam satysfakcję. W weekend wyjeżdżaliśmy na Mazury, to sama zamontowałam bagażnik na rowery. I też miałam w sobie taką złość: „No nie, dlaczego ja muszę się z tym babrać? Podkręcać, przykręcać… Cała jestem umazana smarem! Denerwuje mnie to!”. A z drugiej strony, jak już wszystko zamocowałam, mówię: „Ha! Widzisz, Dereszowska? Potrafisz!”. 

W poście z okazji 39. urodzin pięknie pani napisała: „Dziękuję niemężowi za miłość, cierpliwość, wyrozumiałość”. Brzmi jak związek idealny.

O nie! Nie! Nie! Nie jesteśmy związkiem idealnym i nie wydaje mi się, żeby takie istniały. Ale z wiekiem, gdy na koncie przybywa mi lat, wydaje mi się, że jestem coraz mądrzejsza. Mam w sobie więcej pokory, cierpliwości i świadomość, że nie ma ludzi idealnych i nie ma związków idealnych. Czasem przychodzą takie momenty, że myślę sobie: „Mam dość, po prostu dajmy sobie spokój”. A potem: „Kochana, naprawdę tyle was łączy, pomyśl o tych fajnych chwilach. Poza tym najpierw w sobie poszukaj tego, co było punktem zapalnym, co cię denerwuje, bo być może denerwuje cię coś, co jest w tobie, a nie w tej drugiej osobie. I uświadom sobie, że na początku każdy związek wydaje się idealny, a im dłużej się jest ze sobą, tym bardziej problemy narastają. Nawet te małe wydają się duże. Okruszki w kuchni, których ktoś nie sprzątnął, mogą człowieka zdenerwować, a to tylko okruszki. Weź parę głębokich wdechów, popatrz, jaką fajną rodzinę tworzycie. To jest naprawdę wartość!”. 

Ale takie myślenie przychodzi z czasem. Jeszcze przy moim charakterze… Jestem raptusem, chciałabym już, natychmiast, teraz. We mnie aż buzuje, nie potrafię usiąść i się uspokoić. Na przykład joga jest dla mnie niezwykle trudna. Jeśli pojawia się we mnie zła energia, muszę dać jej upust w dynamiczny sposób. Wybiegać ją. Zagrać w tenisa. A już po godzinie przyznaję: „Boże, cóż to były za absurdalne myśli!”. 

Jako ambasadorka Stowarzyszenia SOS Wioski Dziecięce w zeszłym roku brała pani udział w kampanii uświadamiającej dorosłym, że swoimi emocjami i problemami często obciążają dzieci. Teraz ten temat wydaje się szczególnie istotny.

Wiele z nas nie radzi sobie z emocjami. Słyszę od koleżanek, że chwilami już nie dają rady. Bo siedzenie w domu, bo niepewna przyszłość, cały czas z dziećmi, które: „Mamo to, mamo tamto, mamo nudzę się, mamo zrób mi to, zrób mi tamto”, a jednocześnie trzeba pracować. Bywa, że dorośli tracą cierpliwość. 

Ale miejmy świadomość, że my, właśnie jako dorośli, musimy radzić sobie z emocjami. Możemy korzystać z różnego rodzaju pomocy czy medytacji, które można znaleźć w internecie. Porozmawiać z przyjaciółką choćby online. Wyjść na spacer, pooddychać. Jeśli jest deszcz, super, bo on bardzo uspokaja, sprawia, że gonitwa myśli w nas zwalnia. 

Niestety w statystykach, w raportach telefonów zaufania widać, że ostatnio wzrósł problem z przemocą domową. Dla wielu kobiet i dzieci to był niezwykle trudny czas. I niestety szybko się nie skończy, bo wraz z utratą pracy – a wiele osób to spotka – frustracja będzie narastała. Ważne też, by reagować, jeśli słyszymy, że coś się dzieje za ścianą, nie przymykać oczu. Oczywiście – żeby nie było, że jestem święta – mnie też się zdarza stracić cierpliwość. Muszę coś pilnie zrobić, mam jakiś deadline, a tu: „Mamo, mamo”… Wtedy mówię stanowczo: „Kochani, cisza, potrzebuję chwili spokoju!”.

Jako nastolatka była pani bardzo emocjonalna? 

Byłam raczej grzeczną, poukładaną dziewczynką. Nadmiar energii rozładowywałam, uprawiając sport. Jeździłam konno, pływałam, grałam w tenisa, w koszykówkę, siatkówkę. Teraz gdy patrzę na siebie z perspektywy dojrzałej kobiety, wiem, że te emocje we mnie były, tylko pewnie przez śmierć mamy narzuciłam sobie potrzebę bycia dorosłą. Nie wiem, czy to dobrze. Ten nastoletni czas jest bardzo potrzebny, żeby poszaleć, poszumieć, posmakować. Ja to jakoś łagodnie przeszłam. 

Teraz ma pani w domu nastolatkę. Córka jest podobna do pani?

Jest takim wrażliwcem, jakim ja byłam. Może nawet większym. Sądząc po tym, jakie zdarzają się nam wybuchy frustracji czy złości, to jej okres dojrzewania będzie bardziej burzliwy, niż był mój. 

Jest pani typem mamy-kumpelki?

Chyba tak. Często zdarzają nam się totalne głupawki, gdy we dwie nie potrafimy się przestać śmiać. Mam wtedy poczucie superwięzi. Dużo ze sobą rozmawiamy, choć wiem, że już teraz Lena wielu rzeczy mi nie mówi. Ma grono przyjaciółek, którym powierza swoje sekrety, to naturalne. Wydaje mi się jednak, że o tych najtrudniejszych dla niej sprawach potrafi ze mną rozmawiać. Mam nadzieję, że tego kontaktu nie stracimy. 

A potrafi pani czegoś zabronić? To jest sytuacja, kiedy stajemy się „niefajne”. 

Ciężko jest wtedy. I czasem nie potrafię powiedzieć „nie”. Danielowi łatwiej to przechodzi, ale też nie chcę zrzucać na niego całej odpowiedzialności, stawiać go w roli tego „złego”, tym bardziej że jest dla Lenki ojczymem. Bardzo się o nią troszczy, chciałby, żeby wyrosła na mądrego, fajnego, świadomego człowieka. Ale czasem spieramy się o sposób wychowania dzieci. Czego od nich wymagać, co wolno, czego nie wolno. To pewnie wynika z tego, w jakich domach dorastaliśmy, szczególnie z podejścia naszych ojców do wychowania. Ja miałam bardzo ciepłego, wspierającego tatę, z którym byłam niezwykle blisko. Daniel też jest ciepły, wspierający, ale stawia granice. Koniec końców dla naszych dzieci chcemy tego samego, choć pewnie mamy różne wyobrażenia, w jaki sposób można do tego dojść.

Na jaką kobietę chciałaby pani wychować córkę?

Chciałbym, żeby potrafiła mówić „nie”. To dla mnie bardzo istotne. Żeby wiedziała, czego w życiu chce i czego nie chce. A jeśli czegoś nie chce, żeby potrafiła to jasno wyrazić. Mną po śmierci mamy w dużej mierze opiekowała się babcia. Wychowywała mnie na grzeczną dziewczynkę, potulną, która nie wyraża swoich opinii. Nigdy mi tego wprost nie mówiła, ale zawsze stawiała mnie w drugim rzędzie, za moim bratem. „Andrzej to chłopak, jemu wolno, a tobie nie”. A dlaczego nie? „Bo dziewczynkom nie wolno”. I już. Chciałabym, żeby moja Lena potrafiła tupnąć nogą.

***

Rozmowa z Anną Dereszowską ukazała się w „Urodzie Życia” 7/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Magda Stachula / Fot. Szara Reneta

Magda Stachula zdradza, czego naprawdę boi się autorka thrillerów

„Miałam taką sytuację, że podczas live'u z czytelnikami ktoś mnie zapytał, czy nie boję się psychofanów. Zażartowałam, że nie, nie jestem gwiazdą rocka ani znaną aktorką. A następnego dnia wychodzę rano z bloku…”
Anna Zaleska
22.06.2020

Od Magdy Stachuli i jej powieści „Idealna” z 2016 roku zaczęło się polskie domestic noir. Thrillery i kryminały pisane w tym nurcie, zwykle przez kobiety, pokazują, że zło często czai się w naszym najbliższym otoczeniu, w małżeństwie czy w rodzinie. Ofiarami są kobiety, uwikłane w historie, z których nie są w stanie się wydobyć. Mroczna prawda skrywa się za pozorami normalnego życia, wydawałoby się – patrząc z boku – godnego pozazdroszczenia. Tak też jest w powieści Magdy Stachuli „Oszukana” (Wydawnictwo Edipresse Książki). Jej bohaterka Lena ukrywa swoją prawdziwą tożsamość, uznając, że to dla niej jedyny ratunek. Ale zarazem pułapka. Zastaję panią na Polesiu, nad Jeziorem Białym. W powieści „Oszukana” to właśnie tutaj znaleziono ludzkie zwłoki. Tak, tu w pobliżu. W „Oszukanej” po raz pierwszy przeniosłam akcję z dużego miasta do lasu i na wieś. W moich poprzednich thrillerach zagrożenie czaiło się w wielkomiejskim tłumie, wynikało z anonimowości. Ktoś kogoś podglądał, ktoś krążył w pobliżu, ludzi było dużo, trudno było wychwycić, kto może stanowić zagrożenie. Pisząc „Oszukaną” zastanawiałam się, czy znajdę ten strach w naturze. I znalazła go pani. Całkiem sporo, muszę przyznać. Pewnej nocy wyszłam do ogrodu tuż przy lesie i go poczułam. W mieście nigdy nie ma tak nieprzeniknionej ciemności. Tak tajemniczych odgłosów. Hałasy dochodzące z lasu budzą grozę – czy to dzikie zwierzę, które przechadza się za płotem, czy ktoś tam się czai, obserwuje nas z ukrycia? Poczułam taki pierwotny strach, bliższy temu, który towarzyszył naszym przodkom. W mieście dużo może się wydarzyć w naszej głowie, słyszymy jakieś wewnętrzne podszepty, natomiast w lesie naprawdę się dzieje. Las działa na wyobraźnię. „Idealna”...

Czytaj dalej
Kamila Rowińska, Kobieta Niezależna
Maciej Zienkiewicz

Kamila Rowińska, autorka bestselleru „Kobieta niezależna” o swojej misji i drodze na szczyt

Negocjowałam z Bogiem, że jeśli da mi czas – zrealizuję marzenia…
Anna Maruszeczko, red. naczelna miesięcznika „Uroda Życia”
26.03.2019

Tak. Czuję się kobietą sukcesu. Ale nie pochodzę z rodziny, która zapewniła mi superstart. Część życia spędziłam w domu dziecka. Wiedziałam, że albo sama się o siebie zatroszczę, albo zostanę pociągnięta dalej w dół. Zrozumiałam, że moim zadaniem jest przede wszystkim nie zmarnować życia” – mówi  w rozmowie z Anną Maruszeczko Kamila Rowińska, autorka szkoleń „Kobieta Niezależna” i bestsellerowej książki pod tym samym tytułem. Sukces to pieniądze? Nie tylko. Sukces to realizowanie wszystkich swoich wartości w sposób zrównoważony, na takim poziomie, który nas satysfakcjonuje. Wartości, które są dla mnie kluczowe, to rodzina, rozwój biznesowy, zdrowie, niezależność. Ta równowaga jest pani udziałem czy to jest cel? I jedno, i drugie. Czuję się kobietą sukcesu. Jestem mamą dwójki dzieci, żoną, mam wspaniałych przyjaciół, odnoszę sukcesy biznesowe, a jednocześnie znajduję czas na swoje potrzeby. Nie jest łatwo połączyć tyle życiowych ról, dlatego odbieram to jako sukces.   Długo trzeba było pracować nad tą równowagą życiową? Na początku po 10, 12 godzin. To był stan przejściowy, niezbędny, gdy chce się wejść na kolejny poziom w biznesie. Jednak później, jeśli zachowa się dyscyplinę finansową i zacznie inwestować, można budować karierę w taki sposób, aby nie być jej niewolnikiem. W swoich książkach i na szkoleniach dużo i swobodnie mówi pani o pieniądzach. Wiele kobiet spina się, denerwuje przy temacie pieniędzy, jakby to była wstydliwa rzecz. Przyznawanie się do tego, że pieniądze są dla nas ważne, że lubimy zarabiać, cały czas jest źle odbierane. Można usłyszeć: „Jesteś materialistką”, tak jakby te pieniądze były czymś złym, a przecież są dobre. Po to napisałam...

Czytaj dalej
Ilona Łepkowska
Łukasz Wajszczyk

Ilona Łepkowska: „W związkach okłamywałam sama siebie”

Królowa polskich seriali, twórczyni hitu „M jak miłość” i „Stulecie Winnych” mówi nam: „Nauczyłam się, że muszę polegać wyłącznie na sobie, że muszę być silna”.
Magdalena Żakowska
12.05.2020

Słynna polska scenarzystka, autorka scenariuszy do takich seriali jak: „M jak miłość", „Barwy szczęścia",  „Korona królów", „Stulecie winnych" mówi, że terapia uporządkowała jej życie i że był to najlepszy prezent jaki sobie zrobiła. W swojej świeżo wydanej książce „Idealna rodzina” Ilona Łepkowska opowiada o kobiecie – Annie Sobańskiej, która jest… scenarzystką, poświęca się dla pracy i zaniedbuje rodzinę . Magdalena Żakowska: Zdarza się pani jeszcze oglądać seriale dla przyjemności? Ilona Łepkowska: Oczywiście. Z każdego polskiego serialu staram się obejrzeć dwa, trzy pierwsze odcinki z poczucia zawodowego obowiązku, choć to bywa bolesne. Ale pasjami oglądam zagraniczne seriale z platform streamingowych. Właśnie skończyłam „The Morning Show” w Apple TV. Bardzo aktualny serial. Niedawno Harvey Weinstein został uznany za winnego gwałtu i molestowania. Tak, to fantastyczne, że kiedy powstał ruch #MeToo i kilku pierwszych mężczyzn z branży usłyszało zarzuty, twórcy tego serialu zdecydowali się przepisać scenariusz. Ale podoba mi się przede wszystkim dlatego, że pokazuje kwestię #MeToo dużo szerzej niż media. Krytycznie. Pokazuje, że to polowanie na mężczyzn posunęło się za daleko i wymknęło się spod kontroli. Ja zresztą też mam dość krytyczny stosunek do ruchu #MeToo. Uważam, że skoro w środowisku show-biznesu w Hollywood panowały aż tak niemoralne reguły, jak dzisiaj zeznają ofiary, to trzeba było to środowisko jak najszybciej opuścić. Ale nie każdy… Chce pani powiedzieć, że nie każdego na to stać? Moim zdaniem w tak drastycznych sprawach sytuacja osobista nie ma znaczenia. Ja miałam 22 lata, kiedy odeszłam od pierwszego męża, bo mnie uderzył. Powiedziałam sobie, że to pierwszy i ostatni raz, kiedy...

Czytaj dalej

Wanda Traczyk-Stawska, która w Powstaniu Warszawskim była łączniczką i strzelcem, wspomina lato '44

Była harcerką, „chłopaczarą”, nie bała się niczego. Wanda Traczyk-Stawska, jedna z żyjących do dziś uczestniczek Powstania Warszawskiego wspomina lata wojny.
Anna Maruszeczko
31.07.2019

Kiedy wybuchła II wojna światowa Wanda Traczyk-Stawska miała zaledwie 12 lat. Jako czternastolatka dołączyła do Szarych Szeregów, działała w „małym sabotażu”. Dwa lata później dołączyła do Powstania Warszawskiego jako strzelec i łączniczka: „Już pierwszego dnia dostałam pistolet od kolegi, Zdziśka Wrony, który zresztą poległ” – mówi.  Anna Maruszeczko: Z czego się bierze u pani ta ciągła potrzeba działania? Wanda Traczyk-Stawska: Z poczucia obowiązku. Przed wojną byłam bardzo pogodnym i aktywnym dzieckiem, ale nie w takim sensie, żebym się miała interesować sytuacją w kraju. Od innych dziewczynek różniłam się tym, że bardzo dobrze grałam w piłkę nożną, chodziłam swoimi ścieżkami, niczego się nie bałam. Dopiero gdy wybuchła wojna, zetknęłam się z tak ciężką traumą, że do dziś czuję, że muszę coś robić dla kraju. Dla jego bezpieczeństwa, dla jego szczęścia. Gdy w 1939 roku zobaczyłam, jak Niemcy strzelali do niemowlęcia, które matka trzymała na rękach w beciku, i ono się rozpadło na mnóstwo kawałków, poczułam, że skończyło się moje dzieciństwo. Myślałam, że oszaleję, nie mogłam poskromić strachu: skoro strzelają do niemowląt?! I chciałam szybko dorosnąć. Po co? Żeby móc walczyć, żeby coś zrobić z tym gniewem, żeby się z tymi Niemcami rozprawić, ale czas jest nieubłagany i nie chce szybciej biec. Chciałam coś zrobić, niezależnie od tego, co robili dorośli. Przed wojną już byłam w harcerstwie. Ale nie chcieli nigdzie przyjmować 12-latek. Dopiero wiosną 1942 roku cały mój zastęp wcielono do Szarych Szeregów. Zaczęły się szkolenia, musztry. Działaliśmy w małym sabotażu. Tam nawet wybierano takie osoby, które dziecinnie wyglądały. Brałam udział w akcji „N”...

Czytaj dalej