Andrzej Grabowski: „Moim celem w życiu jest nie krzywdzić ludzi. Nie zawsze się udaje”
Marcin Klinger

Andrzej Grabowski: „Moim celem w życiu jest nie krzywdzić ludzi. Nie zawsze się udaje”

Z Andrzejem Grabowskim o kręgosłupie „z prostej wiochy”, o tym, z czego jest dumny w życiu, i oczywiście o Ferdku Kiepskim – który od ponad 20 lat jest jego kompleksem – rozmawia Anna Zaleska.
Anna Zaleska
22.03.2021

Gdy tankuje na stacji benzynowej, wciela się rolę Gebelsa z „Pitbulla” – nie chce, by ktoś za nim krzyczał: „Ferdek, cho no na browara”. Zaczął nagrywać płyty właśnie dlatego, że nie umie śpiewać. Ma jeden cel: przeżyć życie tak, by „nie chcieć dać sobie w pysk”. „Ja nie mówię, że czasami nie miałem na to ochoty. Miałem” – mówi Andrzej Grabowski.

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

Andrzej Grabowski: najmniejszy, najmłodszy, ale na pewno nie głupi

Anna Zaleska: Cudowne są te obrazki z dzieciństwa w Alwerni, które pan odmalował w swojej autobiografii. Brzmi to tak, jakby pierwsze lata życia spędził pan w raju.

Andrzej Grabowski: Wydaje mi się, że – poza skrajnymi przypadkami dorastania w totalnej biedzie czy rodzinie patologicznej – wszyscy wspominamy dzieciństwo jako raj. Nawet jeśli to było dosyć zwyczajne życie z dnia na dzień. I zawsze coś sobie do wspomnień dodajemy. W Alwerni wokół kaplicy rosły dęby. Gdy byłem mały, wydawały mi się najgrubszymi drzewami na świecie. Żadne baobaby w książkach do geografii nie mogły się z nimi równać, to były dla mnie cienkie drzewka. Teraz przyjeżdżam do Alwerni, dęby są o 60 lat starsze, i widzę, że one wcale takie grube nie są. Idealizujemy dzieciństwo i miejsce, w którym spędzaliśmy pierwsze lata życia. Nawet potomkowie zesłańców syberyjskich, wychowywani w warunkach ekstremalnie trudnych – głód, zimno, choroby, śmierć – gdy już jako repatrianci przyjechali do Polski, często wakacje spędzali na Syberii. To też wynika z takiej faustowskiej tęsknoty za młodością.

Ale może też za prostszym życiem?

Czasy były wtedy prostsze, komunikacja między ludźmi była prostsza. Gdy byłem dzieckiem, u nas nawet jeszcze nie było telewizji. Pierwszy raz zobaczyłem telewizor, mając może 10 lat, gdy rodzice zabrali mnie do państwa doktorostwa. Idąc tam, myślałem, że zobaczę coś, co przypomina kino objazdowe, które przyjeżdżało do naszego miasteczka – projektor będzie rzucał film na ścianę. A tu widzę duży drewniany przedmiot z małym szarym okienkiem, w którym nagle pokazują się jakieś zamglone czarno-białe obrazki.

Jako mały chłopiec codziennie wstawał pan o szóstej rano i biegł do kościoła służyć do mszy. Nie buntował się pan przeciwko temu?

Alwernia liczyła 500 dusz – tak się wtedy mówiło – i wszyscy chodzili do kościoła. Kościół był wtedy dla ludzi ostoją, a księża i zakonnicy to byli fantastyczni ludzie. Wiarę traktowało się jak coś naturalnego, podobnie jak wiosnę, lato, jesień i zimę. Wszyscy chłopcy chodzili na nabożeństwa i służyli do mszy, wszystkie dziewczynki podczas procesji sypały kwiatki, kobiety nosiły feretrony, a mężczyźni chorągwie. Różnica między ministrantami była tylko taka, że jedni potrafili się nauczyć ministrantury po łacinie, a inni nie. I ci, którzy potrafili, byli wyróżniani. Ja potrafiłem.

Czytaj też: Zbigniew Cybulski był gwiazdą, jakiej wcześniej w Polsce nie było. Zginął tragicznie w wieku 40 lat

Ale raczej nie wiódł pan życia początkującego świętego. Trochę pan łobuzował.

Proszę pani, święty Franciszek był wielkim birbantem, zanim został świętym i zaczął rozmawiać z ptakami. Święty Hieronim chyba też nie bez podstaw ukuł słynną maksymę: „Trzeba ciało karcić, żeby nie grzeszyło”. Różne drogi prowadzą do świętości.

Gdy był pan młody, à propos szóstego przykazania pewien ksiądz powiedział, że jeśli pan „żałuje, że nie żałuje, to już jest dobrze”.

To jest fantastyczne zdanie! Pamiętam, jak powtórzyłem je innemu młodemu księdzu, który w Watykanie pełnił swoją posługę. Ależ on mi dziękował! Mówił: „Panie Andrzeju, jak ja wrócę do Watykanu i powiem to moim kolegom, będą bardzo szczęśliwi”. Co miał na myśli, nie wiem. Może to również łączy się z birbanctwem świętego Franciszka?

W liceum usłyszał pan kiedyś o sobie: „najmniejszy, najmłodszy, najgłupszy”. Wydawałoby się, że taka pozycja w okresie nastoletnim może wpędzić chłopaka w kompleksy i tak niskie poczucie własnej wartości, że do końca życia się z tego nie wygrzebie. Pan się wygrzebał.

Wiedziałem, że jestem najmłodszy, najmniejszy, najsłabszy, ale nigdy nie myślałem o sobie, że jestem najgłupszy. Mimo że bywałem tak traktowany. Kiedyś kolega, któremu się pochwaliłem, że mamy takie same zegarki, odpowiedział: „Może, ale różnica między nami jest taka, że ty jesteś głupi, a ja nie”. Bardzo mnie to zabolało. Z bycia najmłodszym, najmniejszym i najsłabszym wyrasta się jednak, tylko może z głupoty się nie wyrasta. Nadal mam wiele kompleksów. Ale właśnie z tego powodu ciągle walczę o to, by mieć o sobie lepsze mniemanie, nigdy nie bałem się nowych wyzwań. Wiedząc, że nie umiem śpiewać, że mam chrapliwy, trochę barani głos i nie mam idealnego słuchu ani doskonałego poczucia rytmu, zdecydowałem się śpiewać. Właśnie wydaję czwartą płytę solową, a to się przecież czasem nie udaje nawet świetnym wokalistom.

Raz Ferdek, raz Gebels

Śpiewanie jest po to, by pokazać tę drugą, refleksyjną, sentymentalną część swojej natury?

A może to pierwsza, a nie druga? Ja bardzo lubię wesołą stronę mojej natury, ale ta sentymentalna, refleksyjna, jest chyba bardziej prawdziwa. Moja mama często mówiła, że Andrzej to taki miłośnik. Nie boję się zrobić monodramu z poezją Jesienina, którego uwielbiam. Nie boję się mówić wierszy sentymentalnych i uronić przy tym łzy. Może w moim śpiewie – o ile to można nazwać śpiewem – ludzie doceniają to, że nie jest doskonały? Nigdy nie bałem się ryzyka. Choć nie jestem krytykiem literackim, przez rok razem z Agnieszką Wolny-Hamkało prowadziłem w telewizji „Hurtownię książek”. Gdy dostałem tę propozycję, bardzo się ucieszyłem, że może gdy ludzie zobaczą mnie w programie o literaturze, to przestaną myśleć o mnie jako o Ferdynandzie Kiepskim.

To jest kompleks?

To mój duży kompleks od 21 lat – że przez bardzo wielu ludzi jestem traktowany jak Ferdek Kiepski. Bezrobotny alkoholik, leń, wciąż powtarzający, że w tym kraju nie ma dla niego pracy. Choć pewnie też jakoś inteligentny, skoro potrafi tak się w życiu ustawić, by się nie narobić, a zarobić. Przyjęcie roli Ferdynanda Kiepskiego – który zresztą na początku miał nazywać się Ludwik – też było ryzykowne. Wiedziałem, że mogę wpaść do szuflady „aktor jednej roli”. Potem nie bałem się zagrać Gebelsa w „Pitbullu”, choć ludzie pukali się w głowę: „Ty, Ferdek, będziesz grał taką postać?”. Nie boję się wyzwań, które rzekomo do mnie nie pasują.

Początkowo chciał pan być nie tyle aktorem, co studentem szkoły teatralnej. Co tak fajnego było w życiu studenta aktorstwa?

Byłem bardzo niedojrzałym młodym człowiekiem. Zdałem maturę w wieku 17 lat, wychowywałem się w cieplarnianych warunkach alwernijskiej inteligencji. I z tych cieplarnianych warunków ja, młody gówniarz, poszedłem do szkoły teatralnej, kierując się tym, że były tam ładne dziewczyny i fajni chłopcy. No bo byli! Wyobraża sobie pani młodego, 21-letniego Mariana Dziędziela? Cud-miód! Przystojny, fajny chłopak! Jurek Trela, Halinka Wyrodek, która potem w Piwnicy pod Baranami śpiewała „Ta nasza młodość”, Ula Popiel, Januszek Szydłowski… Byli też seniorzy rezydenci. Pan Lupke, lwowiak, który udzielał nam życiowych rad i opowiadał anegdoty sprzed wojny. Hrabina Madeyska, która podkochiwała się w Mańku Dziędzielu. To było coś fantastycznego! A samo aktorstwo wydawało mi się niezmiernie proste. No bo jaka to trudność nauczyć się na pamięć wiersza i go powiedzieć? Albo przedmiot: dykcja. Cóż w tym trudnego? Trzeba tylko wyraźnie mówić. Tak wtedy myślałem.

Czytaj też: Wiesław Gołas: „Wilk” torturowany przez gestapo. Teatr był dla niego jak powietrze

Teraz co pan myśli o aktorstwie?

Ten zawód czasami sprawia mi przyjemność, chociaż też bardzo męczy. Tylko człowiek, który nigdy nie doświadczył bycia na planie filmowym czy codziennego próbowania i codziennego grania w teatrze, może mówić: „E, co wy tam, powygłupiacie się, powygłupiacie, taka to robota”. Granie w sitcomie, czyli komedii sytuacyjnej, też jest bardzo trudne. Nawet aktorzy nie zdają sobie z tego sprawy. Czasami słyszę: „A co ty tam w tych Kiepskich, powygłupiasz się i tyle”. Odpowiadam: „Chodź, załatwię ci jakąś rólkę, to się przekonasz, czy to takie śmieszne”. Nikt, kto się wygłupia przed kamerą, nie będzie zabawny na ekranie. Jest takie słynne powiedzenie: śmiech na planie, płacz na ekranie.

Tak zawodowo, to spotkanie z Bogusławem Schaefferem było najważniejsze w pana życiu?

Było bardzo ważne. Z Bogusławem Schaefferem i z moim bratem Mikołajem, który jego sztuki reżyserował. Gdybym spotkał tylko Schaeffera, mogłoby z tego nic nie wyniknąć oprócz podziwu dla wspaniałego człowieka, wspaniałego kompozytora, wspaniałego teoretyka muzyki i wspaniałego dramaturga. Dzięki Mikołajowi grałem w „Scenariuszu dla trzech aktorów” i w „Kwartecie dla czterech aktorów” i bardzo dużo się nauczyłem. W tym zawodzie człowiek cały czas się uczy. Doświadczenie bierze się z doświadczania. Przez 46 lat zagrało się tyle ról, że dostając kolejną, nawet nieświadomie troszkę bierze się z tej, troszkę z tamtej. Czerpie się z kopalni, którą posiada się w swoich szarych komórkach.

Zdarza się panu w prywatnym życiu wykorzystać umiejętności aktorskie i coś zagrać, coś udać? Aktorzy robią takie rzeczy?

Nie wiem, może robią. Ale jeśli mówię, że ja tego nie robię, to tak, jakbym mówił o sobie, że jestem szlachetny, uczciwy. Nie, naprawdę nie potrafię. Z jednym wyjątkiem – gdy tankuję na stacji benzynowej, to gram, że jestem groźny jak Gebels z „Pittbulla”, żeby mnie nikt nie zaczepił i nie krzyknął: „Ferdek, kurna, cho no na browara”, bo to doprowadza mnie do szału. Robię więc minę zaciętego Gebelsa, żeby troszeczkę się bali do mnie podejść.

I to działa?

Czasem tak, czasem nie. Zdarza się, że stoję w kolejce do baru po pomidorową z ryżem, obok dwóch facetów, i nagle jeden do drugiego krzyczy: „Ty, kurde, zobacz, ty, zobacz, kto tam stoi, zobacz. Ty, weźże aparat, to ja se stanę koło niego i zrobisz mi zdjęcie”. Nawet się mnie nie spyta! Czuję się wtedy jak dąb Bartek: „Ty, czekaj, tu jest dąb Bartek, to ja se stanę obok niego, a ty mi zrób zdjęcie”. Mówię więc: „A może by pan zapytał?”. „Co pan, panie, ja z tym panem, co za panem stoi, chciałem se zdjęcie zrobić”. Jeżeli takie sytuacje zdarzają się często, to mnie wyprowadza z równowagi. Ludzie traktują mnie jak Ferdka, jak kumpla. „Kurde, Ferdek, cześć, jak się masz, chłopie. Co tam u babki słychać?”. I co ja mam na to odpowiedzieć?

A pan lubi Ferdka, czy to taka relacja love – hate?

Lubię. Długo nie lubiłem go grać, ale grałem, bo po pierwsze, to mój zawód, a nie hobby, po drugie, miałem podpisaną umowę, a po trzecie, co by powiedzieli moi koledzy, gdybym oświadczył po paru odcinkach: „Wiecie co, mnie się to nie podoba, nie będę grał”. Zapytaliby: „To czemu się w ogóle decydowałeś? Czy wiesz, że pozbawiasz nas pracy?”. A w serialu pracują nie tylko ci, których widać na ekranie. Aktorzy to jedna dziesiąta zespołu. Reszta to producenci, asystenci, kierowcy, pracownicy biura, ludzie zatrudnieni w hotelach, ci, którzy robią posiłki… To jest przemysł! I co, nagle powiem: „Rezygnuję, bo mnie się nie podoba”? Zresztą ja w końcu Ferdka polubiłem. Gdy przyjeżdżam teraz grać w Kiepskich, to czuję się tak, jakbym przyjechał do swojego drugiego domu. Wkładam te moje spodnie, te podkoszulki, siadam na tym samym fotelu od 20 lat, na ścianie oglądam te same obrazki, leżę z tą samą żoną, rozmawiam z tymi samymi sąsiadami… Niestety, ostatnio tragedia się stała, bo jeden sąsiad odszedł…

Dariusz Gnatowski. Po tylu latach pracy musieli panowie bardzo się zaprzyjaźnić.

Tak, Darek był nie tylko świetnym aktorem, ale fantastycznym człowiekiem i kolegą. Dobry, dowcipny, bardzo lubiany, bezkonfliktowy. Z tymi wszystkimi ludźmi jestem bardzo zżyty, dobrze się czuję na planie Kiepskich. Oczywiście jedne scenariusze mi się bardziej podobają, inne mniej, niektóre wcale. Ale przecież ja jestem wynajętym człowiekiem, mam zagrać to, co mi dadzą do grania. Chociaż czasami się buntuję i coś tam zostaje zmienione.

Trzeba też powiedzieć, że Ferdynand Kiepski ma pewne zasługi w popularyzacji teatru. Całe wycieczki szkolne przyjeżdżały do teatru zobaczyć Ferdka na żywo i chcąc nie chcąc, oglądały „Chorego z urojenia” Moliera.

No tak. Pewnie też niektórzy, idąc na monodram „Spowiedź chuligana”, spodziewają się, że Ferdek będzie takie jaja dawał, że buty im spadną. Ferdek chuligan będzie się spowiadał z tego, co on w życiu nawyprawiał. A tu nagle słyszą poezję Sergiusza Jesienina: „Pójdę jak szary brat zakonny albo włóczęga lnianowłosy…”. Z tego też jest pewna korzyść, bo ktoś, idąc na Ferdka, nagle poznał wielkiego rosyjskiego poetę. I jeszcze dowiedział się, że ten Ferdek to nie jest Ferdek, tylko aktor, który nazywa się Andrzej Grabowski.

Czytaj też: Krzysztof Kowalewski i Agnieszka Suchora: przelotny romans okazał się wielką miłością

Swoją autobiografię kończy pan niezwykle wzruszającym listem do przyjaciela Jana Nowickiego.

To bardzo ważna przyjaźń w moim życiu. Bardzo ważny człowiek. Wiele się od niego nauczyłem, wiele jego cnót naśladowałem i wiele jego niecnót. Muszę powiedzieć, że zarówno te cnoty, jak i niecnoty sprawiły mi bardzo dużą przyjemność.

Mówi pan, że żaden z was nie wstydzi się pochodzenia z prowincji, bo „kręgosłup prostej wiochy” to cenny skarb. Z czego zbudowany jest taki „kręgosłup prostej wiochy”?

Kości tego kręgosłupa są twardsze, bo myśmy mieli trudniej. Dojeżdżając do liceum w Chrzanowie, przez cztery lata wstawałem piętnaście po piątej, szedłem półtora kilometra przez las z olbrzymiej góry na stację kolejową, potem jechałem zatłoczonym pociągiem ciągniętym przez parowóz, do domu wracałem koło czwartej, znowu półtora kilometra przez las, tylko teraz pod górę. Często jak rano wychodziłem, było ciemno i jak wracałem, też było ciemno. Ale nie krzywdowałem sobie, nie płakałem w związku z tym, że tak jest. Wiedziałem, że wszyscy z Alwerni, którzy się uczą, dojeżdżają do szkoły średniej pociągiem. Uważałem, że to normalne. Normalne było to, że muszę wstać piętnaście po piątej, normalne było to, że muszę pomóc tacie rąbać drewno, normalne było to, że muszę wziąć wiaderko i przynieść węgiel z komórki, normalne było to, że muszę odśnieżyć. Nasze kręgosłupy były twardsze, bo częściej los starał się nas zgiąć. A myśmy się jednak prostowali. Janek Nowicki to wybitnie inteligenty facet, dowcipny, umiejący zauważać wokół siebie to, co złe, i to, co dobre; to, co powinien wykorzystywać, i to, co powinien odrzucać. Mam nadzieję, że ja też to potrafiłem, choć może nie w tak olbrzymiej części jak Jasiek. Doświadczenie czyni mistrza. A myśmy byli doświadczani.

Sukces nie był najważniejszy

„Znajdę w życiu jeszcze coś fajnego, znajdę jeszcze w życiu coś pięknego, muszę jeszcze w to uwierzyć, życie moje, będziemy się mierzyć” – to pana tekst do piosenki „Szaławiła”. Z czym jeszcze chciałby pan się zmierzyć?

Nigdy nie wyznaczałem sobie celów. Jedynym moim celem w życiu jest… Okropnie tak mówić, bo to tak, jakbym chciał ogłosić: „Ludzie, posłuchajcie, jaki jestem szlachetny!”. Nie, jestem normalny, jak każdy. Raz szlachetny, raz mniej szlachetny. Ale naprawdę moim celem w życiu nie było osiągnięcie sukcesu, zrobienie kariery, posiadanie dóbr materialnych. Owszem, przyszło jedno i drugie, choć pewnie nie w takim stopniu, jak niektórzy sobie wyobrażają. Ale obrażałbym Pana Boga, gdybym narzekał.

Więc co było tym jedynym celem?

Jedynym moim celem było przeżywać życie tak, żebym nie chciał sobie dać w pysk. Ja nie mówię, że czasami nie miałem na to ochoty. Miałem. Do dziś pamiętam coś, czego żałuję i będę żałował do końca życia. Gdy byłem dzieckiem, u nas w domu paliło się węglem, a popiół był wyrzucany na podwórko. I raz do roku, na wiosnę, trzeba było ten popiół wywieźć. Robił to zwykle wynajęty człowiek. Kiedyś przyjechał pan Jochymek furą z końmi. I pan Jochymek, mój tata i ja ładowaliśmy we trzech popiół na furmankę. Pan Jochymek, bardzo miły, prosty człowiek, zobaczył coś, co mama wyrzuciła do śmieci – szklaną kurę, która się otwierała i pełniła funkcję cukiernicy. Mamie się nie podobała, uznała, że jest odpustowa. A pan Jochymek ją zobaczył i zapytał, czy może sobie wziąć, bo „to takie piękne, a państwo wyrzuciliście”. Tata uśmiechnął się zadowolony, że może panu Jochymkowi sprawić przyjemność, i mówi: „Pewnie, niech pan to bierze”. Pan Jochymek położył to sobie w rogu furmanki na popiele. A ja – nie wiem, co się we mnie wtedy obudziło – ja tak rzuciłem łopatą, że tę kurę rozbiłem. I wtedy zobaczyłem wzrok mojego taty. On wiedział, że zrobiłem to złośliwie.

Dlaczego właściwie?

Coś mnie podkusiło. Może mnie ta kura też się podobała? Może uważałem, że ona powinna być u nas w domu, bo to nasza kura, a nie pana Jochymka? Ojciec coś zaczął mówić, że mu przykro. Pan Jochymek: „Nie, no nic się nie stało”. Ale ja do końca życia będę pamiętał wzrok mojego ojca, który popatrzył na mnie, jakby chciał powiedzieć: „Synu, cóżeś ty uczynił?”. Coś okropnego! Rzecz niby błaha, nikomu wielkiej krzywdy nie zrobiłem. A do dzisiaj to pamiętam. Więc jedynym moim celem w życiu jest nie krzywdzić ludzi. Nie zawsze się udaje. Czasem krzywdzimy, nawet o tym nie wiedząc. Bo popatrzymy jakimś wzrokiem nie takim, bo mając gorszy humor, nie odpowiemy na dzień dobry, bo kogoś nie zauważymy, nieświadomie nieładnie postąpimy. W każdym człowieku jest i bardzo dużo dobra, i bardzo dużo zła. Ale mamy rozum i wolną wolę. Jeśli posługujemy się rozumem, jeśli rozum kieruje naszą wolną wolą, to życie przeżywamy jako tako.

„Jestem jak motyl”, Andrzej Grabowski
materiały prasowe

 

***

Wywiad ukazał się w „Urodzie Życia” 1/2021

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Maciej Stuhr
fot. Szymon Szcześniak

Maciej Stuhr: „Chcę wychować dzieci tak, żeby luksus nie był dla nich normalką”

Jedni go kochają, innych wkurza politycznie, gdy mówi o zakusach władzy na wolność i łamaniu prawa. Nam Maciej Stuhr opowiada o patchworkowej rodzinie i 5 zasadach, które chciałby przekazać dzieciom.
Magdalena Felis
12.06.2020

Chociaż bliżej mu już do 50-tki, niż do 40-tki, wciąż lubimy go nazywać „młodym Stuhrem”. On sam mówi, ten tytuł musi już oddać synowi, a na to, żeby stać się „starym, porządnym Stuhrem” jeszcze nie zasłużył. Między innymi właśnie o takich relacjach między pokoleniowych Maciej Stuhr opowiedział w wydanej w zeszłym roku książce „StuhrMówka. A imię jego czterdzieści i cztery”. Wrócił w niej do zapisywania rodzinnej historii. Tym razem najnowszej, w której ponownie się ożenił i znów został ojcem. Twierdzi, że po narodzinach syna zwolnił tempo, ale w tym roku mogliśmy go już oglądać w „Sali samobójców. Hejterze” Jana Komasy i w „Szadzi”. W nowym serialu kryminalnym w reżyserii Igora Breidyganta Maciej Stuhr gra religioznawcę Piotra Wolnickiego, pozornie wzorowego ojca i męża. W rolę jego żony, Moniki wcieliła się Anna Cieślak . Pierwszy sezon serialu „Szadź” obejrzysz na platformie VOD Player. Magdalena Felis: Podobno nie można już o panu mówić „młody Stuhr”? Maciej Stuhr:  Wszystko wskazuje na to, że muszę oddać ten zaszczytny tytuł Tadzikowi, mojemu trzyletniemu obecnie synowi.  Ale średni Stuhr brzmi średnio... Trzeba przejść przez czyściec, żeby móc się kiedyś stać starym, porządnym Stuhrem. Czuje pan tę zmianę pokoleniową?   Na pewno. Po pierwsze jest genetyka, od której się nie ucieknie. Nagle nasz trzylatek idzie po pokoju i zakłada sobie ręce do tylu, identycznie jak dziadek czy pradziadek – no jak to jest możliwe?! Druga rzecz to wychowanie i dobrze znajome rzeczy, które w tym maluchu zaczynają kiełkować, jak poczucie humoru czy skłonność do popisów. Syn Jerzego...

Czytaj dalej
prof. Stanisław Czudek
fot. Rafał Masłow

Prof. Stanisław Czudek: pierwszy Polak, który może operować w… kosmosie!

Został wybrany przez NASA do operowania astronautów, a on prowadzi szpital na czeskich peryferiach, bo jak mówi, jego celem jest uszczęśliwianie ludzi.
Maria Zawała
29.05.2020

Wybitny onkochirurg. Jeden ze 100 chirurgów na świecie, którzy mogą robić na odległość operacje astronautom przebywającym na orbicie. Prof. Stanisław Czudek to Polak pochodzący z Zaolzia, gdzie – jak sam mówi—  nauczono go, jak wielką wartością jest pomaganie.  Maria Zawała: Co pan, światowej sławy chirurg, członek wszystkich najważniejszych towarzystw naukowych, robi, proszę wybaczyć, w „nemocnici na kraji města”, czyli w szpitalu na peryferiach Zawiercia? Prof. Stanisław Czudek: To samo, co w klinikach Pragi czy Warszawy. Pomagam ludziom. A poza tym ci, którzy mnie tu zaprosili, mają naprawdę ambitne plany. Zobaczy pani, za pięć lat zrobimy tu klinikę jak w Nowym Jorku. Chyba że wcześniej łeb mi urwą.  A ktoś panu źle życzy? Zawsze się tacy znajdą, głównie ci, którzy w służbie zdrowia widzą tylko biznes. Naturalnie to jest biznes, ale na pierwszym miejscu zawsze powinno być dobro pacjenta. Kto tego nie dostrzega i kombinuje na boku, temu nigdy ze mną po drodze nie będzie.  W Warszawie pożegnał się pan z pewną dużą kliniką. Co się stało? To było tak, że dyrektor jednego z największych szpitali w Polsce poprosił mnie o pomoc w rozbudowaniu chirurgii małoinwazyjnej. Pani wie, że ja, pracując jeszcze w Trzyńcu, wyszkoliłem ponad tysiąc polskich lekarzy w technikach laparoskopowych? Uczyłem też tego chirurgów na całym świecie. Zgodziłem się naturalnie pracować w Warszawie. I któregoś dnia kolega, kierownik jednej z klinik, powiedział mi, że mają wolny gabinet w przychodni i że mogę sobie w wolnym czasie dorobić. W pierwszym miesiącu stała długa kolejka do kolegi, do mnie nikogo. W kolejnym miesiącu zaczęli do mnie pukać pierwsi pacjenci. Po kilku miesiącach kolejka stała tylko pod moim gabinetem, a kolega dziwnie na mnie patrzył....

Czytaj dalej
Janusz Józefowicz
fot. Grzegorz Korzeniowski

Janusz Józefowicz: „Uwiodła mnie przytulia czepna…” Artysta o ziołach i domu na wsi! 

Za miastem, w Emilinie, Janusz Józefowicz z zapracowanego, wciąż zajętego artysty zamienia się w spokojnego zielarza. „Zbyt często jesteśmy aroganccy wobec piękna przyrody”, mówi.
Marta Strzelecka
18.06.2020

Kiedyś mógł latami nie ruszać się z Warszawy i jak sam mówi, nie rozumiał ludzi, którzy „z jakiegoś powodu umawiają się, że nagle wyjeżdżają z tak wspaniałego przecież miejsca”. Od prawie dwunastu lat J anusz Józefowicz  dzieli swój czas między sielskie życie na wsi, gdzie mieszka z żoną Nataszą Urbańską i córką Kalinką, a prowadzenie teatru muzycznego  Studio Buffo w stolicy. Chociaż w Emilinie również zdarza mu się pracować. „Na tym tarasie pisaliśmy z Rosjanami libretto do »Mistrza i Małgorzaty«”, przyznaje Janusz Józefowicz w rozmowie z Martą Strzelecką, która odbyła się... na tarasie w Emilinie. Tu też pięć lat temu, będąc już po pięćdziesiątce, odkrył nową pasję – zielarstwo. „Kto by pomyślał, że będę wstawał rano i pytał: »Z czego dziś pijemy herbatkę?«. A potem wychodził do ogrodu, rozglądał się, skrzypu trochę zerwał, parę listków lipy, kwiat czarnego bzu, trochę pokrzywy, mięty kawałek.” – mówi Janusz Józefowicz. Marta Strzelecka: Jakie kwiaty pojawiają się u pana jako pierwsze? Janusz Józefowicz: Głogu. Zrywam je wczesną wiosną, robię nalewkę, suszę, potem zbieram owoce. Następnie są mirabelka, drzewa owocowe, jaśminowiec, kasztan. Po kolei rodzą się różne gatunki roślin, żeby pszczoły miały bez przerwy robotę. W ubiegłym roku wszystko jednocześnie zakwitło, to była anomalia. Ale kiedy idzie zgodnie z planem, w maju zbieramy pokrzywę, potem mniszek lekarski, krwawnik, dziurawiec, czarny bez. Znad stawu – wierzbownicę wielokwiatową. W tym roku wiosną ususzyłem też konwalie. Po co suszy pan konwalie? Na serce, to jest cudowne zioło. Nie trucizna?...

Czytaj dalej
Piotr Bucki, choroba afektywna dwubiegunowa
Rafał Masłow

Piotr Bucki o swojej chorobie dwubiegunowej: „Świat był dla mnie za wolny”

„Chorobę maniakalno-depresyjną można »trzymać za pysk«. Nie oznacza to, że całkowicie minęła groźba pogrążenia się w depresji, jednak po kilku latach zmagań  z ChAD wiem, że muszę uważać przede wszystkim na te okresy, w których mam się świetnie” – mówi Piotr Bucki.
Anna Maruszeczko
05.06.2020

Piotr Bucki kończył psychologię społeczną, wykładowca m.in. na Uniwersytecie SWPS, w Wyższej Szkole Bankowej, SGH. Prowadzi autorskie wykłady i spotkania w dziedzinie szeroko rozumianej komunikacji. Wspiera wiele przedsięwzięć związanych z biznesem on-line. Tłumacz. Bloger. Uprawia nordic walking. Autor książki„Złap równowagę. Jak dobrze żyć z zaburzeniem afektywnym dwubiegunowym” (Smak Słowa 2018). Jak dobrze żyć z chorobą dwubiegunową? Anna Maruszeczko: Robi pan wrażenie osoby zrównoważonej, poukładanej, wręcz perfekcyjnej. Ale czy to jednocześnie nie jest ciężkie życie, zmora, z którą ciągle trzeba się mocować? Piotr Bucki: (śmiech) Dyscyplina mnie nie krępuje. Oczywiście mam świadomość, że ktoś o bardziej buntowniczej konstrukcji psychicznej powie: „Nie zrobię tego wtedy, kiedy zaplanowałem, tylko wtedy, kiedy mi się będzie chciało”. I to też będzie w porządku. Jednak dla mnie dyscyplina jest wolnością. To mi daje spokój. Spokój, który bierze się z uważnego powtarzania. Powtarzania w kierunku udoskonalania. To nie jest kompulsywne? To nie jest tak, że ja codziennie rano z dużą dokładnością ścielę łóżko – bez względu na to, czy jestem w domu, czy w hotelu – dlatego, że tak sobie nakazałem, tylko ścielę to łóżko, bo sprawia mi przyjemność uważne ścielenie łóżka. I to mi też daje spokój, większą pewność, że czeka mnie udany dzień. Dla kogoś z boku rzeczywiście mogłoby to mieć zabarwienie nieco kompulsywne, myślę jednak, że póki nie odbywa się to niczyim kosztem, to nie ma problemu. Mój styl działania określa zasada doskonalenia się, ale i minimalizmu. Na przykład?  Na przykład dzisiaj widzi mnie pani w białej koszuli. Mam ich chyba z osiem. I zupełnie nie mam problemu, w co się ubrać....

Czytaj dalej