„Moje dzieci nie chcą oglądać tego, co się dzieje w Aleppo”
Olga Majrowska
#czytajdlaprzyjemności

„Moje dzieci nie chcą oglądać tego, co się dzieje w Aleppo”

Karima wierzy jednak, że któregoś dnia wróci do domu.
Emil Marat
04.01.2019
Karima mieszka w Polsce z rodziną - dwójką dzieci i mężem. Ale bardzo, bardzo chce wrócić do domu. Opowiada, jak jej się żyje w Polsce, co ją boli najbardziej, jak wyglądało jej życie w Syrii przed wybuchem konfliktu. 
 
Emil Marat: Jak rodzice się poznali?
Mama chciała być zakonnicą, ale jednak zrezygnowała, zdecydowała, że będzie pracować w przedszkolu, z dziećmi. Potem, mając trzydzieści kilka lat, poznała pochodzącego z Syrii studenta politechniki, któremu miała pomagać w nauce polskiego. I to był mój tata.
W domu rodziców była Polska: obrusy z lnu, orzeł na ścianie, pierzyny, Wigilia... W Syrii jest dużo chrześcijan, ale Wigilii oczywiście nie ma. A u nas była. I choinka. Zapraszało się gości...
 
Pobrali się w Polsce?
I w Polce, i w Syrii. Po czterech latach narzeczeństwa odbyły się dwa śluby. Fajnie mieli. Mama żyła w Syrii prawie 40 lat.
 
I pani się tam urodziła.
Tak. W Aleppo. W szpitalu.
 
Stoi jeszcze ten szpital?
Nie wiem. Jeżeli jest w bombardowanej części miasta, to pewno go już nie ma. Wiem, że na przykład w dom, w którym ostatnie lata spędził mój tata, trafiła rakieta, zostały gruzy. Dobrze, że tego nie widział, że nie dożył.
 
Prowadziła pani życie zwykłej syryjskiej dziewczyny.
Raczej tak. Szkoła, później praca, mąż dzieci. W domu rodziców była Polska: obrusy z lnu, orzeł na ścianie, pierzyny, Wigilia... W Syrii jest dużo chrześcijan, ale Wigilii oczywiście nie ma. A u nas była. I choinka. Zapraszało się gości... Mama nawet sama kisiła kapustę, robiła pierogi.
 
Rodzina pani ojca to akceptowała?
No pewnie! Dlaczego nie? Nie protestowali. Cała rodzina ojca bardzo mamę lubiła, rodzice taty ją kochali. Babcia zresztą mieszkała z nami siedem lat – w Syrii jest zwyczaj, że starzy rodzice, kiedy zaczynają wymagać opieki, mieszkają u dzieci. Mama zajęła się babcią... Jest tradycja, że przede wszystkim synowie mają troszczyć się o rodziców staruszków. Kiedy rodzice mają wielu synów, to bywają takie sztafety opieki nad starszymi – przekazują ich sobie "z rąk do rąk", bo wszyscy powinni pomagać.
 
Jest pani muzułmanką.
Tak. Chociaż powiem panu, że w Syrii nie wypada pytać o wyznanie...
 
Przepraszam.
Jesteśmy w Warszawie. (śmiech) W Syrii jest takie powiedzenie, że religia jest dla Boga, a ojczyzna dla wszystkich. Znam dobrze wiarę mojej mamy. Zabierała nas do kościoła. Ale nie pamiętam, żeby w domu pojawiał się temat, kto jakiego jest wyznania. Panowała wolność i obowiązywało przekonanie, że Bóg jest jeden, że wartości niesione przez religie są wspólne. Islam, chrześcijaństwo, judaizm mają przecież to samo źródło.
 
Wyszła pani za Syryjczyka. Macie dwoje dzieci – córkę i syna.
Tak. Wszyscy jesteśmy teraz tutaj, w Polsce, razem. Wcześniej przyjeżdżałam co dwa, trzy lata na urlop, na cały miesiąc – taki zwyczaj wprowadziła mama: Kraków, Zakopane... W 2012 roku słuchaliśmy wiadomości o walkach w Hims, że zamieszki, że porywają tam ludzi, że strzelają, ale nie wierzyliśmy, że coś takiego może dotrzeć do nas, do Aleppo, wielkiego, cywilizowanego miasta.
 
Ale wojna dotarła do Aleppo. I ten ostatni pani „urlop” w Polsce się przedłużył.
Postanowiliśmy zostać, bałam się wracać głównie ze względu na dzieci. Nie wyjeżdżaliśmy już, jak zazwyczaj, przez Damaszek, ale przez Turcję. Dotarliśmy do Polski, żeby pobyć miesiąc, dwa. Jesteśmy do dzisiaj. Tutaj. Trzy lata...
Na początku, kiedy postanowiliśmy zostać, odbierałam telefony, że lecą bomby, że toczą się walki. Nie ma prądu, nie ma wody, zamknięte ulice, posterunki, ruiny. Ale mimo to chciałam wracać...
 
A połowa Aleppo w tym czasie zniknęła... Jak patrzymy na to w telewizji, to wygląda jak Warszawa po drugiej wojnie światowej.
Na początku, kiedy postanowiliśmy zostać, odbierałam telefony, że lecą bomby, że toczą się walki. Nie ma prądu, nie ma wody, zamknięte ulice, posterunki, ruiny. Ale mimo to chciałam wracać... Pakowałam rzeczy, no bo trzeba wracać do domu: wojna to wojna, ale dom to dom. Zatrzymał mnie brat, który tu studiował i nadal jest w Warszawie. On, rodzina mamy i znajomi mówili: "Masz zostać, może się uspokoi, będzie lepiej".
 
Pomagali?
Bardzo. Rodzina dla Syryjczyków jest bardzo ważna. Ale ja też starałam się sobie radzić. Znalazłam pracę jako tłumaczka, zarabiałam trochę pieniędzy, żebyśmy mogli przeżyć. Z moją pracą bywa różnie, nie jest łatwo, choć z wykształcenia jestem informatykiem. Bywam tłumaczką dla organizacji pozarządowych, miewam spotkania – wykłady o islamie, na przykład dla polskich policjantów, nauczycieli i urzędników, uczę arabskiego. Tłumaczę, że islam to nie jest straszna religia fundamentalistów, jak często pokazują to media. Prawdziwy islam jest zupełnie inny, tolerancyjny. Syria to był kraj islamu oświeconego, nowoczesnego, wyznawanego przez ludzi wykształconych.
 
Jak przed wojną wyglądało życie takiej przeciętnej rodziny w Aleppo?
W sumie niewiele inaczej niż w Polsce. Mieliśmy ładne mieszkanie w mieście, w dzielnicy Nowe Aleppo. Teraz tuż obok trwają walki...
 
Dom ocalał?
Do tej pory, kiedy rozmawiamy, tak. Teraz zamieszkali w nim nasi krewni, trzy rodziny, które nie miały gdzie się podziać, bo ich domy przestały istnieć. No i mieliśmy działkę pod miastem, dużą, z basenem, prawie co piątek spotykaliśmy się tam z całą rodziną, po 50 osób mieliśmy tam na obiedzie...
 
Grill. Jak w Polsce.
Można tak powiedzieć. Teściowa przygotowywała wszystko, my pomagaliśmy. Często takie spotkania Syryjczycy organizują tak, że każdy przynosi coś do jedzenia – tak było na przykład u wujka mojego męża. Tylko tam zbierało się koło 100 osób. W tygodniu normalna praca, dzieci w szkołach. Sklepy, targi, obiady. Życie. Ja prowadziłam kursy komputerowe i przeprowadzałam egzaminy, na przykład dla urzędników.
 
Pani rodzinne miasto było kolebką kultury, powstało sześć tysięcy lat przed Chrystusem. Mówi się, że jest najdłużej nieprzerwanie zamieszkanym miastem na świecie. A teraz powoli znika. Co pani czuje, oglądając telewizję?
Trudno to wypowiedzieć. Nie mieści mi się w głowie. Żal i smutek. Nie rozumiem tego, co się tam dzieje. Gruzy i pożary. Bardzo lubiłam chodzić rano po tych bazarach, targować się ze wszystkimi, spotykać znajomych. Teraz widzę, że większości tych miejsc już nie ma. Są takie wąwozy z gruzów.
 
Próbuje pani sprawdzać, co się dzieje ze znajomymi, z tymi, którzy zostali?
Oczywiście. Pomaga Facebook. Łączność jest. Jedna część miasta jest bombardowana, ale druga jakoś funkcjonuje, choć w zagrożeniu. Niedawno przez kilka dni internet nie działał i wszyscy się martwiliśmy, co się dzieje, gdzie przesunęła się linia walk. Siostra mojego męża mówiła, że w okolicy słychać wybuchy. Bała się wyjść, dwie ulice dalej były bombardowania. Miałam wtedy nadzieję, że nasz dom jeszcze stoi i że nikomu nic się nie stało. Ale pewności nie miałam żadnej. Martwię się. Coraz bardziej.
 
Jak to, co się dzieje, przyjmuje pani mąż?
Był w szoku, kiedy widział to wszystko, co się w Syrii dzieje. Prawie trzy lata było ciężko, strasznie to przeżywał, siedział, patrząc w telewizor, jakby pozbawiony sił, załamany.
 
Dzieci?
Chodzą do polskiej szkoły.
 
Zastrzegła pani, że mamy nie podawać pani nazwiska i nie rozmawiać o polityce. Co pani mówi dzieciom, gdy pytają, co się dzieje w domu, w Aleppo?
Zauważyłam, że one nie chcą w ogóle teraz o tym słuchać, że chcą się trzymać z daleka, że próbują unikać takich tematów: żyją tutaj, w Polsce, nie chcą myśleć o Aleppo. Kiedy ostatnio pokazywałam im, jak ich szkoła wyglądała kiedyś, a jak wygląda dzisiaj, syn zamknął mi komputer i powiedział, że mam tego nie oglądać. Kiedyś teściowa rozmawiała z wnukami przez Skype’a. I zaczęła się strzelanina. Tak głośno, że myślałam, że to u nas, za oknami. A to tam było. Babcia się przestraszyła, a moje dzieci, siedząc tutaj, w Warszawie przed komputerem, zaczęły płakać.
 
Trudno stąd wyobrazić sobie, co tam się dzieje, co ludzie czują.
To jest w ogóle nie do wyobrażenia. Rozmawia się z kimś w Aleppo, i ten ktoś najczęściej ma w ręku krótkofalówkę, przez którą ludzie informują się, gdzie są naloty, czy trzeba zejść do piwnicy.
I to radyjko ciągle jest włączone, ciągle w tle słychać jakieś komunikaty. Tak na żywo, bez przerwy. Czasem słychać informację, że będzie bombardowanie, zaraz, za chwilę, trzeba iść do piwnicy. Wtedy przerywamy rozmowę. I ja się martwię, co z nimi, czy zdążyli się schować? Moje dzieci nie chcą czuć tego lęku, tego napięcia. Zaczęły unikać rozmów o Aleppo.
 
Jak się czują w polskiej szkole?
Na początku było trudno, bo dzieci nie mówiły po polsku. Teraz, po paru latach, jest dużo lepiej: mówią, rozumieją, kłopoty bywają tylko z pisaniem: niektóre literki im nie wychodzą – jest jednak spora różnica między arabskim a polskim.
 
Co dla pani było najtrudniejsze po podjęciu decyzji, że zostaje pani w Polsce?
Oczywiście znalezienie pracy. Żeby móc się samodzielnie, normalnie utrzymać.
 
A co byłoby najtrudniejsze, gdyby pani chciała wrócić do Syrii, kiedy wojna się skończy?
Ja chcę wrócić. Tam się urodziłam. Nie wiem tylko, jak przyjęłyby to dzieci, i to byłaby trudność. Może wciąż chciałyby wrócić do Aleppo, ale jeszcze rok, dwa i może nie będą mogły funkcjonować
w tamtym świecie, w Polsce będą czuć się bardziej u siebie. Może same podejmą kiedyś decyzję?
 
Spotyka pani Syryjczyków w Polsce?
Tak, również ze względu na pracę tłumacza. To bardzo różni ludzie. W Syrii była zróżnicowana społeczność. Miałam sąsiadów Ormian, obok Kurdów, drzwi dalej mieszkała pani ubrana na czarno od stóp do głów. Różne wyznania i narody, jazydzi, Koptowie, muzułmanie sunniccy i szyici, bardzo wielu chrześcijan. Była duża dzielnica ormiańska. Wszyscy byli i są Syryjczykami, dobrze im się razem mieszkało, nie pamiętam, żeby były jakieś kłótnie ze względu na religię czy pochodzenie. Wszyscy się szanowali.
 
Wierzy pani, że będzie możliwy powrót do starych czasów?
Już czuć wyraźny podział: jedni ludzie są po tej stronie, drudzy po tamtej. Nie wiem, jak to będzie. Najważniejsze, żeby skończyła się wojna. Żeby bomby przestały lecieć, żeby był spokój. Wtedy można cokolwiek budować, porozumiewać się. I wracać. Dopóki trwają walki, nic z tego nie będzie.
 
Syryjscy uchodźcy chcieliby pani zdaniem wracać do kraju?
Oczywiście. Syria to ich dom i myślę, że większości z nich było tam dobrze. Wie pan, w Syrii mieszkania są duże, większe niż w Polsce, sześć pokoi to taki średni standard. I zawsze jeden pokój, specjalny, zadbany, przeznaczony jest dla gości. Zawsze jest gotowy do ich przyjęcia, nawet nie wolno wchodzić tam dzieciom. W niektórych rejonach, kiedy pojawi się gość, musi zostać kilka dni, nie ma dyskusji, inaczej uraziłby gospodarzy.
 
To tak jak w polskiej tradycji, mówi się przecież „gość w dom, Bóg w dom”.
Tak było w Syrii, mama mówiła mi, że w Polsce jest tak samo. I dziś wydaje mi się, że ci Polacy, którzy boją się uchodźców, po prostu ich nie znają. Ludzie boją się tego, czego nie znają.
 
A na razie Syryjczycy uciekają, muszą. Nawet tam, gdzie nikt na nich nie czeka.
Tak, ale wie pan, ja nawet myślę, że to, że jest ich tylu, świadczy o tym, że Syryjczycy cenią bardziej pokój i spokój niż wojnę, że chcą żyć, przetrwać, chcą dobra dla swoich dzieci, że życie jest dla nich ważniejsze niż wojna.
 
Rozmowa z Karimą ukazała się w „Urodzie Życia” 1/2017
 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG

Wanda Traczyk-Stawska, która w Powstaniu Warszawskim była łączniczką i strzelcem, wspomina lato '44

Była harcerką, „chłopaczarą”, nie bała się niczego. Wanda Traczyk-Stawska, jedna z żyjących do dziś uczestniczek Powstania Warszawskiego wspomina lata wojny.
Anna Maruszeczko
31.07.2019

Kiedy wybuchła II wojna światowa Wanda Traczyk-Stawska miała zaledwie 12 lat. Jako czternastolatka dołączyła do Szarych Szeregów, działała w „małym sabotażu”. Dwa lata później dołączyła do Powstania Warszawskiego jako strzelec i łączniczka: „Już pierwszego dnia dostałam pistolet od kolegi, Zdziśka Wrony, który zresztą poległ” – mówi.  Anna Maruszeczko: Z czego się bierze u pani ta ciągła potrzeba działania? Wanda Traczyk-Stawska: Z poczucia obowiązku. Przed wojną byłam bardzo pogodnym i aktywnym dzieckiem, ale nie w takim sensie, żebym się miała interesować sytuacją w kraju. Od innych dziewczynek różniłam się tym, że bardzo dobrze grałam w piłkę nożną, chodziłam swoimi ścieżkami, niczego się nie bałam. Dopiero gdy wybuchła wojna, zetknęłam się z tak ciężką traumą, że do dziś czuję, że muszę coś robić dla kraju. Dla jego bezpieczeństwa, dla jego szczęścia. Gdy w 1939 roku zobaczyłam, jak Niemcy strzelali do niemowlęcia, które matka trzymała na rękach w beciku, i ono się rozpadło na mnóstwo kawałków, poczułam, że skończyło się moje dzieciństwo. Myślałam, że oszaleję, nie mogłam poskromić strachu: skoro strzelają do niemowląt?! I chciałam szybko dorosnąć. Po co? Żeby móc walczyć, żeby coś zrobić z tym gniewem, żeby się z tymi Niemcami rozprawić, ale czas jest nieubłagany i nie chce szybciej biec. Chciałam coś zrobić, niezależnie od tego, co robili dorośli. Przed wojną już byłam w harcerstwie. Ale nie chcieli nigdzie przyjmować 12-latek. Dopiero wiosną 1942 roku cały mój zastęp wcielono do Szarych Szeregów. Zaczęły się szkolenia, musztry. Działaliśmy w małym sabotażu. Tam nawet wybierano takie osoby, które dziecinnie wyglądały. Brałam udział w akcji „N”...

Czytaj dalej
Rozwód rodziców krzywdzi dzieci
getty images

Rozwód rodziców jest dla dzieci jak wojna. Płacą za nią depresją, zaburzeniami odżywiania…

Dzieci udają bohaterów przed rodzicami, mówiąc: „Wszystko jest świetnie, uda się to zrobić, nic się nie dzieje”. Ale kiedy zostają same, ogarnia je wielki strach – o tym, jak rozwód wpływa na dzieci, mówi Gro Dahle, norweska psychoterapeutka.
Maja Lenartowicz
04.01.2019

Nawet kilka lat po rozwodzie okazuje się, że najstarsze dziecko, szczególnie jeśli jest to córka, wpada w depresję. Rodzice się dziwią: „Dlaczego? Tak świetnie sobie radziła! Co się z nią stało?”. A w niej pękają wszystkie przez lata ukrywane emocje – o tym, jak rozwód wpływa na dzieci, mówi  Gro Dahle, norweska psychoterapeutka,   poetka i pisarka, autorka książek dla dzieci o trudnych rodzinnych relacjach.  W 2016 roku wyszła w Polsce jej książka dla dzieci: „Wojna”, której tematem jest rozwód rodziców.  Rozwód to taki koniec świata Maja Lenartowicz: Kiedy postanowiłaś, że twoja książka będzie nosiła tytuł „Wojna” – bardzo mocny, biorąc pod uwagę, że to książka dla dzieci o rozwodzie rodziców? Gro Dahle: Wiedziałam o tym od samego początku. Rodzina terapeutów zaproponowała mi, żebym napisała książkę o wojnie między rodzicami w trakcie rozwodu. Przyszli do mnie już z gotową metaforą. A wzięła się ona z wielu rozmów, które przeprowadzali z dziećmi rozwodzących się rodziców. I to właśnie dzieci używały najczęściej tego terminu. Widziały zdjęcia i filmy wojny z krajów arabskich, Syrii, wcześniej Bośni i Hercegowiny. Opowiadały, że czują się jak szpiedzy („mama prosi, żeby obserwować tatę”), uchodźcy (ciągłe przenoszenie się z miejsca na miejsce w ramach opieki naprzemiennej).   Nawet 10 lat po rozwodzie najstarsze córki cierpią. Dlaczego? Ba, zdarza się, że nawet 10 lat po rozwodzie rodzice ciągle nie mogą przepracować tej sytuacji. Używają dzieci jako posłańców przenoszących wiadomości, nie rozmawiają ze sobą. To sytuacje skrajne, ale się zdarzają. Dzieci w takiej sytuacji zastanawiają się na przykład, czy wypowiedzenie imienia matki lub...

Czytaj dalej
Małgorzata Kidawa-Błońska
Zuza Krajewska

Małgorzata Kidawa-Błońska: „Nie podpisałabym ustawy o zaostrzeniu prawa do aborcji”

Wicemarszałkini Sejmu, Małgorzata Kidawa-Błońska opowiada o rodzinie, sile polskich kobiet i o tym, na czym według niej polega prawdziwy patriotyzm. 
Sylwia Niemczyk Agnieszka Dajbor
03.12.2020

W ostatnich wyborach Małgorzata Kidawa-Błońska była pierwszą kandydatką KO na prezydenta Polski. Mimo wielkiego poparcia wycofała swoją kandydaturę, protestując w ten sposób przeciwko organizacji wyborów w czasie pandemii. Przypominamy naszą rozmowę z nią z marca 2020. Agnieszka Dajbor, Sylwia Niemczyk: Pani marszałek czy marszałkini?  Małgorzata Kidawa-Błońska: Jestem przywiązana do tradycyjnych form, ale wiem, że język się zmienia. Jeszcze kilka lat temu, gdy w sali sejmowej słyszeliśmy „marszałkini”, to coś aż zgrzytało, ale dzisiaj jesteśmy z tym nowym słowem oswojeni. Po tych czterech, nie: już ośmiu latach – bo przecież to Wanda Nowicka zaczęła używać słowa „marszałkini” – niewielu osobom w Sejmie przeszkadzają żeńskie końcówki, choć wciąż żywo się na ten temat dyskutuje. Język będzie się stopniowo nadal zmieniał, tak jak zmieniają się czasy i społeczeństwo. Gdy kilkanaście lat temu wchodziłam do polityki, to stale mnie pytano: „Jak pani sobie radzi w tym męskim świecie? Jak oni panią traktują…”. Biedactwo takie… Niemal każda rozmowa tak się zaczynała, tak protekcjonalnie. Ale minęły lata i dziś już nie zadaje się takich pytań. I to nie tylko w Sejmie przyszła zmiana, ja widzę to wszędzie, w małych miasteczkach, na wsiach. Bardzo dużo jeżdżę po Polsce, rozmawiam z ludźmi i to już się stało regułą, że na spotkania z politykami przychodzi więcej kobiet niż mężczyzn. I są dociekliwe, ciekawe świata, zmian, innych ludzi. Są z pewnością odważniejsze w zadawaniu pytań i co bardzo ważne – nie boją się wyrażać swoich poglądów. Na spotkaniach przed ostatnimi wyborami parlamentarnymi wcale nie były „grzeczne”, wprost mówiły, co myślą o polskiej polityce, ugrupowaniach, nieraz krytykowały, ale też zależało im na...

Czytaj dalej
sapieżanka
Fot. Adam Kozak

Pożegnanie z Afryką po polsku. Historia polskiej księżniczki Teresy Sapieżanki

„Rodzice nas uczyli, że trzeba sobie radzić wszędzie. Jak wierzysz, że sobie poradzisz, to ci się uda. Choćbyś stracił dużo, to się odbudujesz. Przetrwasz” – mówi urodzona w Kenii polska księżniczka Teresa Sapieżanka.
Emil Marat
25.06.2020

Teresa Sapieżanka urodziła się w 1948 roku w Kenii, ale pochodzi z jednego z największych polskich arystokratycznych rodów. Jej dziadek Eustachy Seweryn Sapieha był więźniem Gułagu w ZSRR, ojciec  - też Eustachy podporucznik kawalerii, brał udział w kampanii wrześniowej. Sapiehowie potracili w czasie wojny majątki, rodzice Teresy postanowili wyjechać z Europy, wybrali Nairobii. Sapiehowie przez lata związani byli z organizacją safari, od początku lat 70. – bezkrwawego. Do dzisiaj Teresa Sapieżanka jest jedną z najpopularniejszych kobiet w Kenii. Nie organizuje już safari, od lat jest członkiem komisji egzaminującej przewodników po Kenii, działa również w wielu organizacjach charytatywnych, m.in. zajmujących się ochroną zwierząt. Jej pasją były od zawsze rajdy samochodowe. Jest jedną z niewielu kobiet należących do Muthaiga Country Club, tego samego w którym bywała Karen Blixen. Emil Marat: Pierwsze wspomnienie? Teresa Sapieżanka: Nie wiem, które było pierwsze… Mieszają mi się kolejne domy, bo kiedy byłam mała, często się z rodzicami przeprowadzaliśmy: co rok, co dwa lata. Wszystko mi się połączyło: bieganie w ogrodzie, chodzenie po drzewach, gonitwy... Jak to dzieci. Sanki, śnieżki, lepienie bałwana… (śmiech) Nie. Węże! Bywało, że w okolicy były węże. Mogłyśmy z siostrami bawić się tylko w wydzielonej części trawnika. Znajdowało się te węże za szafą, pod schodami, bo jak to na wsi – dom był otwarty. Robiłyśmy wrzask, ktoś dorosły przychodził i wyrzucał drania. Miałam cztery, pięć lat… Do Afryki przyjechałam w brzuchu mamy. Rodzice zdecydowali się wyjechać z Europy. Na skutek wojny wszystko stracili, całe majątki ziemskie – większość na ziemiach zabranych przez Rosjan. Mieli w sumie chyba 10 dolarów na to nowe życie. W Afryce był już mój dziadek –...

Czytaj dalej