Aleksandra Konieczna: „Gdybym się odmłodniła, to bym straciła robotę!”
fot. Olga Majrowska – sesja z „Vivy!”

Aleksandra Konieczna: „Gdybym się odmłodniła, to bym straciła robotę!”

Zaczęła karierę po pięćdziesiątce, od tego czasu zdobyła trzy Orły, a film z jej udziałem został nominowany do Oscara. Chciałoby się więcej takich jak ona!
Magdalena Żakowska
19.05.2020

Aleksandrę Konieczną zatrzymała dopiero pandemia koronawirusa. Odkąd otrzymała Orła za rolę w „Ostatniej rodzinie”, nie schodziła z planu filmowego. Zagrała w autobiograficznym filmie Janusza Kondratiuka „Jak pies z kotem” żonę Andrzeja Kondratiuka, Igę Cembrzyńską, a także wystąpiła u Jana Komasy w „Bożym Ciele”. Wkrótce zobaczymy ją w serialach „Król”, na podstawie powieści Szczepana Twardocha, i „Osiecka”, biograficznej opowieści o jednej z naszych największych poetek. I właśnie napisała „Anyżowe dropsy”, pierwszą książkę!

Magdalena Żakowska: Książkę zaczyna pani tak: „7 marca 2019 roku zaczynam pisać. Nie martwię się o nic. Zaś 7 marca 2020 roku kończę. Zapis roku. Kobiety, którą jestem”. A przy okazji zapis roku, świata, który się w jakimś sensie wraz z epidemią skończył. 

Aleksandra Konieczna: Na pewno po tej epidemii nie będzie już taki sam. Wczoraj wieczorem wprowadzałam jeszcze ostatnie zmiany i czytając, myślałam sobie: tu się ściskałam, tu się przytulałam, tu się całuję, tu przyjęcie na sto osób, tu festiwal, a dziś…

Czyli zapis ostatniego beztroskiego roku w historii ludzkości?

Pracowałam nad tą książką bardzo intensywnie, szczególnie przez ostatnie dwa miesiące. Odizolowałam się od świata, bo do pisania potrzebuję ciszy i spokoju, i liczyłam na to, że jak już skończę pisać, to wyjdę wreszcie na powierzchnię, wrócę do świata. Tymczasem świat się zamknął.

Czuje pani lęk przed tym, co nas czeka?

Oczywiście. Myślę, że wszystkim nam będzie teraz ciężko. Aktorzy, politycy, sportowcy i zwykli ludzie – wszyscy są zagrożeni, bo to bardzo „demokratyczny” wirus. Boję się o bliskich, o rodziców, którzy mieszkają na drugim końcu Polski – na szczęście opiekuje się nimi moja młodsza siostra – o pracę i pieniądze, bo w ciągu pierwszego tygodnia epidemii zawieszono wszystkie produkcje filmowe i telewizyjne, przez najbliższy miesiąc nie czeka mnie żadna praca i nie mam pojęcia co potem. Część produkcji upadnie, część zostanie przełożona w czasie o nie wiadomo ile. Boję się o to, czy i kiedy wszystko się znów ułoży. 

Już wkrótce zobaczymy panią w dwóch najbardziej oczekiwanych serialach tego roku – „Królu” i „Osieckiej”.

To są produkcje, które nakręciliśmy jeszcze w tym dawnym, wesołym czasie. 

Aleksandra Konieczna napisała książkę z tęsknoty za dzieciństwem

Napisała pani: „…chodzę naga w ciemności. I taka chcę być. Także w pisaniu. Zwłaszcza w pisaniu”. Ma pani poczucie, że w jakimś sensie obnażyła się w tej książce?

Tak, to ma przede wszystkim związek z wątkiem mojej prababci. To moje sacrum. Babcia Julcia była osobą, którą właściwie uznaję za moją drugą matkę. To ona się mną opiekowała, dawała mi najwięcej miłości, czułości, uwagi i ciepła. Byłam jej oczkiem w głowie i sensem jej życia. W lipcu tego roku skończyłaby 130 lat… 

Pisanie tej książki wiązało się dla mnie z odkrywaniem tęsknoty za czasem dzieciństwa, przede wszystkim właśnie za nią. To było trudne, bo jej już nie ma, i oczyszczające, bo zrozumiałam, jak bardzo wciąż jest dla mnie ważna, że jest dla mnie archetypem matki. 

Myślała pani o niej, wychowując własną córkę?

Rodzaj macierzyństwa, który uprawiałam i wciąż w jakimś stopniu uprawiam, chociaż moja córka jest już dorosła, nazywam macierzyństwem egzystencjalnym. I rzeczywiście ma on bardzo wiele wspólnego z tym, jak wychowywała mnie prababcia. Moja córka nadała mojemu życiu sens w tym samym stopniu, co ja babci Julci. Jeśli ja jestem statkiem, który pływa po oceanie, to moja babcia jest moją kotwicą. I jako matka chciałabym być taką kotwicą dla mojej córki. Dać jej poczucie bezpieczeństwa, akceptację, choć teraz wszystko się pokomplikowało. Wychowywanie dziecka trochę przypomina relację partnerską, jeśli od początku szanuje się swoje dziecko i się z nim liczy. Trzeba się dopasowywać, dogadywać, akceptować to, że dziecko robi czasem coś, co nam się nie podoba. Ale ma prawo do własnych błędów.

Dawała pani córce dużo wolności?

Kiedy zaczęło się dojrzewanie, miała wtedy jakieś 13 lat, zasięgnęłam opinii terapeuty i usłyszałam, że jestem na dobrej drodze do tego, żeby stać się matką, która nie zgadza się na autonomizację swojego dziecka. Ogarnął mnie niewyobrażalny wstyd. Ja?! Taka wyluzowana?! Tolerancyjna?! Nowoczesna?! Odpowiedziałam: „Proszę bardzo, niech się autonomizuje, ale sensownie!”. Czyli na moich warunkach! Po tej rozmowie wszystko stało się łatwiejsze. Zrozumiałam, że jej dojrzewanie to mój problem. Że autonomizacja to doświadczanie i próbowanie życia, robienie tego, co dobre i co złe. Czasem lepiej, żeby to złe doświadczenie spotkało je szybciej, bo wtedy nauczy się szybciej wybierać. Dlatego przełamałam się i dałam jej pełną wolność. 

Na ścianie w pani domu wiszą zdjęcia dwóch kobiet – prababci i córki. 

Bo to dwie najważniejsze kobiety mojego życia. Witam się z nimi o poranku i żegnam, kiedy kładę się do snu. Uważam, że z nimi dwoma – prababcią i moją młodą Pocahontas – niewiele mi się może w życiu złego zdarzyć. 

Laureatka Orła 2020 o sobie: „Jestem kurą na środkowej grzędzie”

W książce rozlicza się pani z latami dzieciństwa, pisze m.in. o ojcu alkoholiku, o tym, że wraz z rodzeństwem żyliście w strachu – czy wróci i w jakim stanie wróci do domu. 

Tak jak spora część naszego społeczeństwa jestem dorosłym dzieckiem alkoholika. Mimo że to świadome i przepracowane, to wciąż rozpoznaję w sobie wiele cech DDA – niska samoocena, bardzo wysokie wymagania w stosunku do siebie, ciągła gotowość, zadaniowość, nieumiejętność odpoczywania. To są takie obciążenia, których nigdy pewnie nie uda mi się pozbyć, czasem bardziej, czasem mniej dają o sobie znać, ale najważniejsze, że wiem, że to syndrom, który jest w jakimś sensie ode mnie niezależny. Że chociaż czasem się tak czuję, to wcale nie jestem gorsza, że chociaż ogarnia mnie panika i wydaje mi się, że nie dam rady, to znaczy tylko tyle, że ruszyła ta moja wewnętrzna lawina obciążeń, która nie ma nic wspólnego z rzeczywistością.

Mam wrażenie, że ta książka jest równoległą opowieścią o dwóch Aleksandrach Koniecznych. Jedna jest pełna kompleksów wyniesionych z dzieciństwa, uważa, że musi pracować dwa razy więcej niż inni, żeby zyskać akceptację otoczenia, że chociaż osiąga jakieś sukcesy, zbiera nagrody, to tak naprawdę wcale jej się one nie należą i „zaraz to wszystko się wyda”. Druga Aleksandra Konieczna to silna, świadoma siebie kobieta, która na festiwalu w Wenecji wygląda jak milion dolarów, z reżyserami dyskutuje o patriarchalnej dominacji w polskim kinie, ma młodszego od siebie partnera i wcale się tego nie wstydzi.

Nie cierpię na chorobę afektywną dwubiegunową (śmiech), ale faktycznie wiele wydarzeń z mojego życia oglądam z tych dwóch stron. To, oprócz moich obciążeń, moja metoda na to, żeby zachować zdrowy rozsądek, poczucie proporcji, żeby nie dać się porwać chwili, nie ulec pozorom. Dzięki temu widzę przejrzyściej. Od jakiegoś czasu moja kariera nabrała tempa, stałam się znana, dostaję nagrody, są jakieś czerwone dywany, festiwale, suknie od wspaniałych projektantów, i to jest wszystko super, ale w tym wszystkim trzeba mieć świadomość, że to wszystko jest w gruncie rzeczy dość ulotne, a ja jestem normalnym człowiekiem, jak każdy inny. Poza tym często na tych czerwonych dywanach w tych pięknych sukienkach po prostu czuję się niepewna siebie, chociaż na zdjęciach tego nie widać. 

To kwestia kompleksów?

Pochodzę z małego miasteczka, jestem córką stolarza i księgowej, po angielsku mówię słabo. Czy to powody do kompleksów? 

Raczej do dumy, że tyle pani osiągnęła.

Też tak myślę. Czyli ani ze mnie ściemniana księżniczka bez butów, ani gorsza Europejka od innych. Ktoś pośrodku. Żyjemy w czasach, kiedy hierarchie społeczne, te grzędy kurnika, podawane są w wątpliwość, wszystko się zmienia, kury z górnych pięter lądują na dolnych i odwrotnie. Ja w tym kurniku bez względu na sukcesy czy porażki wybieram środkowe grzędy. Tam czuję się najlepiej. 

Filozofia środka.

W Kościele katolickim jest taki zakon żeński, urszulanki. To siostry, które nie są ani zakonnicami, ani osobami świeckimi. Są w dużym stopniu niezależne od hierarchii kościelnej. I habity do połowy łydki! Urszulanki wyznają właśnie filozofię środka. To mój ulubiony zakon.

Autonomia, umiarkowanie, dużo pracy, tak, żeby nie dać się zamknąć w żadnej szufladzie. Pisze pani: „Nie gatunkować. Nie meliorować. Nie zamykać do szuflad z tym a tym. I, jako mówią na Kurpiach, mieć pozrabiane”.

Coś takiego. Chcę się rozwijać do końca życia. Przeżyłam rewolucję długowieczności – jestem kobietą pięćdziesiąt plus, ale nie kładę się jeszcze do trumny. Mam plany, niezłe tempo życia i myślę o sobie jako o fajnym człowieku. 

W pani przypadku ta rewolucja długowieczności była szczególnie spektakularna. Kariera filmowa, sława, sukcesy, nagrody – wszystko to spotkało panią dopiero po pięćdziesiątce.

Późno. Z całą pewnością ominęły mnie przez to w polskim kinie ciekawe role, których nigdy już nie zagram ze względu na wiek. Gdybym w młodości grała tak dużo jak dziś, być może nie martwiłabym się tak upływem czasu, bo przecież ciało jest moim instrumentem. Ale nie zatracam się w rozważaniach nad tym, czy to dobrze, czy źle, późno czy wcześnie, co by było, gdyby. Stało się to, co miało się stać. Ciekawe, że jak już zaczęłam grać, to role kobiet starszych od siebie. Gdybym się odmłodniła, to bym straciła robotę!

Specjalizacja: polskie seriale czy filmy biograficzne?

Czy dziś widzowie bardziej kojarzą panią z polskim kinem, czy serialową rolą Honoratki w „Na Wspólnej”? 

Myślę, że te dwie grupy widzów się ze sobą nie mieszają i obie od kilku lat utrzymują się w moim przypadku na stabilnym poziomie. 

Beksińska w „Ostatniej rodzinie”, Cembrzyńska w „Jak pies z kotem”, Bakuła w „Osieckiej”. Specjalizacja: role biograficzne?

To źle? Ludzie kochają czytać i oglądać biografie. Wszystko, co na faktach wydaje nam się interesujące. To wielkie wyzwanie – odwzorować kogoś i jednocześnie zachować siebie. Jakie proporcje przyjąć? Gdzie wyznaczyć granicę naśladowania? 

Aktorki błyszczą i każdą rodzinę doprowadzą do rozpadu” – to zdanie z pani książki. 

Ale nie moje! To cytat z przedwojennych przekazów. Jednak tak myśli o nas jeszcze wiele osób. Moim zdaniem ten zawód jest tak różny, jak różne są osoby, które go uprawiają. 

Dla mnie na przykład najtrudniejszy w nim jest brak poczucia, że panuję nad swoim życiem. Bo to, czy dostanę rolę i jaką, nie zależy ode mnie. Zresztą, na osiem ról męskich w kinie przypada jedna kobieca. I to jest temat, o którym się u nas wciąż mało mówi. Czy filmy o nas byłyby mniej interesujące? Czy kobiety nie chodzą do kina? Czy mężczyźni są od nas bardziej wielowymiarowi? Przecież kobiecość to nie tylko seksualność i brokat. To także kreatywność, siła, słabość, bezsilność, piękno i brzydota. Pełne spektrum. 

Napisała pani w „Anyżowych dropsach”, że rola Igi Cembrzyńskiej w filmie „Jak pies z kotem” Janusza Kondratiuka zmieniła pani podejście do miłości.

W „Jak pies z kotem” pokazane są przynajmniej dwie postawy wobec miłości: Janusz Kondratiuk, opiekując się ciężko chorym bratem Andrzejem, wykupuje recepty, podaje lekarstwa, myje, sprząta, karmi, masuje, a żona Andrzeja, Iga Cembrzyńska, pije wino i przez całą noc układa dla niego z miłości piosenkę. Ja zawsze należałam do osób, które wykupują recepty, i taka już pewnie pozostanę. W miłości też dużo od siebie wymagam. Ale to nie znaczy, że postawa, którą reprezentowała Iga, nie jest miłością. Przecież to była wielka miłość i nie można tego podważyć. Wcześniej myślałam, że miłość to odpowiedzialność, a odpowiedzialność to miłość. Dzięki Idze ta definicja mi się powiększyła i poluzowała. 

Miłość na deser

Miłości do partnera daje pani wyraz w „Anyżowych dropsach”, chociaż wcześniej to była pani granica w rozmowach z mediami. 

Tak, piszę dużo o moim Kochanym. Redaktorka, czytając moją książkę, powiedziała: „Raz piszesz kochanego dużą literą, raz małą. To jak zostawiamy?”. Z dużej! 

Spotkaliście się jako dojrzali ludzie. Czy to trudne, przyjąć drugiego człowieka, zaprosić do wspólnego życia, kiedy było się wcześniej samej, ma się przyzwyczajenia, przestrzeń, której nie należy naruszać? 

Dla mnie to było bardzo łatwe, bo ja nie chciałam i nie lubiłam swojej samotności. Znosiłam ją, tolerowałam i z niepokojem myślałam o profitach, które z niej wynikają – że mogę sobie jechać na wakacje, gdzie chcę, że z nikim nie muszę uzgadniać swojego kalendarza, że z nikim nie muszę iść na kompromisy. Ja te profity porzuciłam z radością. 

Ale z książki wynika, że często stawia pani na swoim.

Bo jestem silną osobą. Ale umiem się dopasowywać, uczę się kompromisów, chcę je częściej zawierać. Na tym polega miłość – że jesteś gotowy dla kogoś się zmieniać.

Rozmowa z Aleksandrą Konieczną ukazała się w „Urodzie Życia” 5/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Katarzyna Bonda
fot. Magdalena Łuniewska/Buku Team

Katarzyna Bonda: „Każda samotna matka w jakimś stopniu jest wojowniczką”

Odniosła zawodowy sukces, jej córka powoli dorasta, a ona na nowo uwierzyła w miłość. „Teraz mogę sobie odpuścić, odłożyć broń, wyrzucić wszystkie ukryte sztylety”, mówi królowa polskiego kryminału.
Marta Strzelecka
28.05.2020

Jest jedną z najpoczytniejszych i najlepiej rozpoznawalnych polskich pisarek. Znaki szczególne? Długie blond włosy i sukienki – zawsze o tym samym kroju. Jednak to nie wygląd sprawił, że jest uznawana za królową polskiego kryminału . Tylko talent, wytrwałość i wyjątkowa odwaga, którą pisarka skromnie nazywa „niefrasobliwością”. Chociaż w swoich książkach kryminalnych Katarzyna Bonda pisze o przemocy, bólu i zbrodniach, to praca nad pierwszym romansem okazała się na tyle niebezpieczna (dosłownie – pisarce grożono) i obciążająca emocjonalnie, że nie mogła jej skończyć przez kilkanaście lat. „Zorientowałam się, że opowiadanie o miłości sprawia mi trudność”, przyznaje Bonda. Pierwsza część trylogii romantycznej „Miłość leczy rany”, ukazała się wreszcie pod koniec 2019, a autorka zadedykowała ją byłemu partnerowi, który – jak mówi – przywrócił jej wiarę w miłość. Teraz Katarzyna Bonda wraca do kryminalnych korzeni i razem z psychologiem sądowym Bogdanem Lachem napisała reportaż „Motyw ukryty. Zbrodnie, sprawcy i ich ofiary. Z archiwum profilera”.   Marta Strzelecka: W tym słonecznym mieszkaniu pisze pani o zbrodniach? Katarzyna Bonda: Mieszkam tu od niedawna, od ponad roku. I tak się składa, że właśnie tu skończyłam pracować nad moją pierwszą książką o miłości. Najwięcej słońca wpada do gabinetu, jest w nim naprawdę jasno. Kiedy weszłam do tego mieszkania po raz pierwszy, poczułam się jak w domu. Wcześniej żyłyśmy z córką w mniejszej przestrzeni, wszystko w jednym pokoju, wszędzie książki. Pisałam w nocy, siadałam przy biurku, kiedy dziecko zasypiało. Teraz ma swój pokój. Nie ma tu pokoju dla męża? Nie ma, ale nie wykluczam. Wystarczy tylko zmienić aranżację wnętrza. Wierzę w miłość....

Czytaj dalej
Karolina Kuszlewicz , adwokatka zaangażowana w sprawę karpi
Aleksandra Kuszlewicz

Karolina Kuszlewicz: „Gdyby karpie miały głos, ludzie nie skazywaliby na takie męczarnie”

Wreszcie usłyszałam wyrok po mojej myśli i piękne etycznie uzasadnienie sędzi, że nie możemy kwestionować prawa karpi do odczuwania bólu, że ich naturalnym środowiskiem jest woda i poza nią nie wolno ich trzymać. Stałam w todze i płynęły mi łzy...
Aleksandra Pezda
03.12.2020

Same nie mogły się bronić. Nie mają głosu. Niektórzy uważali, że nic nie czuły, nie cierpiały, gdy żywe były pakowane w torby foliowe, bez wody. Mecenas Karolina Kuszlewicz przez sześć lat walczyła o prawo karpi do oddechu. Wygrała. Teraz została rzecznikiem praw wszystkich zwierząt. Długo czekały na kogoś, kto upomni się o ich prawo do życia bez łańcucha, klatki, o prawo do godnej egzystencji. Karolina Kuszlewicz w obronie zwierząt Aleksandra Pezda: Jak zarabia na życie adwokatka zwierząt? Psy i koty nie zapłacą za obronę przed sądem. Karolina Kuszlewicz: Dlatego prowadzę również inne sprawy, klasycznie adwokackie, głównie z  zakresu spraw gospodarczych. A  w  imieniu zwierząt zwracają się do mnie o pomoc organizacje pozarządowe, aktywiści oraz ludzie, których po prostu obchodzi szczególnie los zwierząt. Już w  dzieciństwie byłam na to wrażliwa. Pamiętam wydarzenie, które mi to uświadomiło. Wychowywałam się w Sieradzu, kiedy dzieci jeszcze swobodnie bawiły się na podwórkach, całe dnie spędzaliśmy w  kontakcie z przyrodą. Ale nie podobało mi się, kiedy koleżanki i koledzy zbierali ślimaki, wkładali je do słoików i zabierali do domów. Oczywiście te zwierzęta się męczyły. Mnie to bolało. Na tamtym etapie rozumiałam tyle, że człowiek nie powinien zabierać słabszego zwierzaka z jego środowiska tylko po to, żeby się nim bawić. Kto panią w tym wspierał? Rodzice i babcia, która mnie wychowywała. Dzisiaj babcia ma 78 lat, od zawsze była wegetarianką, co w jej roczniku nie było wcale częste. A przejęła to po swoim ojcu. Też był wegetarianinem, co jeszcze mniej oczywiste, ponieważ był rolnikiem. Rodzinna legenda głosi, że któregoś dnia oświadczył, że nigdy więcej nie zje kurczaków, które hoduje, bo mu...

Czytaj dalej
dorociński
Szymon Szcześniak/laf

Marcin Dorociński: „Największym drapieżnikiem na świecie jest człowiek”

Dla Marcina Dorocińskiego pomoc zwierzakom to niemal codzienność. Angażuje się w nią bezinteresownie i z przekonaniem. Wspaniale, że są ludzie, którzy dają taki przykład!
Anna Bimer
21.05.2020

Znanemu aktorowi Marcinowi Dorocińskiemu prawa zwierząt są bliskie od lat. Angażuje się w wiele akcji, m.in. w ubiegłoroczną, głośną sprawę protestu przeciw podwyżce VAT-u na leki weterynaryjne dla zwierząt. Anna Bimer: Zbigniew Boniek napisał w internecie: „Jest Pan wielki. To wielki wyczyn bezinteresownie walczyć o prawa zwierząt”. Wyrasta pan na Owsiaka od braci mniejszych. Marcin Dorociński: Nie, nie. Jurek jest tylko jeden. Nawet nie śmiem się równać, nie spędzam życia w fundacji, pozostaję czynnym aktorem. Ale robię, co mogę. Staram się mieć oczy i uszy otwarte na krzywdę i reagować. Używam swoich mediów społecznościowych do edukacji ludzi w zakresie ochrony przyrody i praw zwierząt. Ale to nie ja wykonuję największą, najbardziej mozolną pracę. Biorą ją na siebie moi idole, czyli wolontariusze w schroniskach. Nie jestem też ani weterynarzem, ani leśniczym czy klimatologiem. Czerpię wiedzę od mądrzejszych ode mnie, od specjalistów. Potem ją tylko przekazuję dalej – czy to na Instagramie, czy na Facebooku – w takiej formie, żeby inni się zreflektowali. Zreflektowało się bardzo wielu, jeśli chodzi o obronę zwierząt. Przykładem był np. wielki społeczny gniew na oprawcę psa Fijo. To przełom, nie wiem tylko, czy dotyczy również mniejszych ośrodków i wsi. Tam też zmienia się grunt, poza tym unikałbym generalizowania. Wszędzie są ludzie i dobrzy, i źli, bez względu na to, skąd pochodzą. Przekonaliśmy się o tym ostatnio, kiedy moja żona zainterweniowała w sprawie miejscowego psa u przyjaciół na wsi, gdzie często bywamy. Pies był uwiązany przy budzie na łańcuchu. Monika podjęła temat spokojnie, bez pretensji i napiętnowania. Padły jedynie rzeczowe argumenty. A kiedy przyjechaliśmy następnym razem, pies już biegał całkiem wolno. Widzę, że coraz częściej gospodarze i właściciele...

Czytaj dalej
ilustracje Emilii Dziubak
ilustracje Emilii Dziubak

Baśniowe ilustracje Emilii Dziubak to ćwiczenie dla naszej wyobraźni

Emilia Dziubak jest autorką ilustracji do ponad 40 książek wydawanych na całym świecie. lustrowała książki m.in. Grzegorza Kasdepke, Mary Norton czy Martina Widmarka.
Bartosz Janiszewski
11.06.2020

Rysunki Emilii Dziubak są malarskie, nastrojowe, z wyrazistymi bohaterami, często niepokojące. „Chcielibyśmy odciąć nasze dzieci od trudnych emocji, ale świat, w którym żyjemy, nie jest tylko miły i kolorowy”, mówi. Bartosz Janiszewski: Wydają pani książki w Stanach, Francji, Szwecji, Niemczech, Norwegii, Chinach. Nawet w Australii dzieci przed snem oglądają pani ilustracje.  Emilia Dziubak: Szczerze mówiąc, nie wiedziałam nawet, że moja książka jest w Australii. Nie chodzi o to, że to dla mnie nieistotne. Bardzo się z tego cieszę, ale w mojej głowie jest więcej miejsca na ilustracje, nad którymi pracuję, niż na umowy wydawnicze.  Zawsze marzyła pani o ilustrowaniu książek?  Nie, w dzieciństwie chciałam zostać malarką. Spędzałam godziny, wpatrując się w albumy z reprodukcjami. Na Akademię Sztuk Pięknych wybrałam się z myślą o malarstwie. Przez całe studia pilnie chodziłam na wszystkie możliwe wystawy. Z czasem zaczęłam zauważać, że prac tam wystawionych prawie nikt nie ogląda. Do galerii przychodziło oprócz mnie kilka osób, z których większość okazywała się studentami. Typowy obrazek, jaki zapamiętałam z tamtych czasów, wygląda tak: stoją trzy osoby przed obrazem w ciszy, oglądają go kilka minut, a potem, bez słowa przechodzą do kolejnego obrazu. To ludzie, którzy przez całe studia uczą się, mają wiedzę, ale nawet oni nie potrafią rozmawiać o tym, co widzą. Pamięta pan grę karcianą flirt towarzyski?  Jasne. Zbawienie dla chłopaków, którzy wstydzili się zagadać do dziewczyny. Zamiast tego można było posłać kartę z dwuznacznym tekstem.  Moja koleżanka zrobiła kiedyś projekt artystyczny inspirowany tą grą – „Flirt wernisażowy” – dla ludzi, którzy nie wiedzą, jak i o czym...

Czytaj dalej