Ałbena Grabowska, autorka „Stulecia Winnych” o niezwykłych losach swojej rodziny i walce o samą siebie
Fot. materiały prasowe Wydawnictwa Marginesy

Ałbena Grabowska, autorka „Stulecia Winnych” o niezwykłych losach swojej rodziny i walce o samą siebie

„Trzeba było w końcu zdecydować, czy całe życie mam robić to, czego się ode mnie oczekuje, wmawiając sobie, że sama właśnie tego chcę, czy też mam własne pragnienia i odwagę, by coś zmienić, o coś zawalczyć”, opowiada Ałbena Grabowska.
Anna Zaleska
25.08.2020

Ałbena Grabowska z zawodu jest specjalistą neurologiem, zrobiła doktorat z epileptologii, przez wiele lat pracowała jako lekarz. 10 lat temu wydała swoją pierwszą książkę i wtedy odkryła w sobie wielką pasję do pisania. Trzytomowa saga „Stulecie Winnych”, na podstawie której powstał popularny serial, a potem książka „Matki i córki”, odniosły wielki literacki sukces. Ałbena Grabowska jest przekonana, że nie stałaby się pisarką, gdyby nie jej bułgarskie korzenie, ale polski dziadek też odegrał tu ważną rolę. Na początku polskiego rozdziału w historii jej rodziny była jednak romantyczna miłość. Przy okazji ukazania się nowej książki Ałbeny Grabowskiej „Uczniowie Hippokratesa. Doktor Bogumił” rozmawiamy o historii miłosnej rodziców pisarki, która zaczęła się na czarnomorskiej plaży. O codzienności samotnej matki trójki dzieci. I o tym, dlaczego nie warto tkwić w strefie komfortu.

Anna Zaleska: To prawda, że Ałbena znaczy kwiat jabłoni?

Ałbena Grabowska: Tak, to imię bułgarskie, stare, literackie. Moja mama jest Bułgarką i ona je dla mnie wybrała. W Bułgarii bardzo znane jest opowiadanie Jordana Jowkowa o dziewczynie imieniem Ałbena.

Jaka to dziewczyna? Nadając imię często myślimy o historii, które ono w sobie niesie.

Wydaje mi się, że w tym przypadku tak nie było. Ałbena z opowiadania Jowkowa to buntowniczka, femme fatale, która potrafi zawrócić w głowie wszystkim mężczyznom wokół siebie. Nie sądzę, żeby mojej mamie to przyświecało (śmiech). Nie mam w sobie takich cech. Raczej godzę się z tym, co dostaję, po bałkańsku uważając, że widocznie to dla mnie najlepsze.

To typowo bałkańska postawa? Pogodzenie z losem? Gotowość przyjęcia tego, co nam przynosi?

Tak, nawet się mówi, jeżeli coś nie dzieje się po naszej myśli: taki był mój kasmet, takie było moje szczęście. Albo że trzeba dźwigać swój krzyż. To zależy, czy ktoś wierzy w fatum, czy w Boga.

Polaków z kolei uważa się za buntowników.

Moja mama zawsze opowiadała Bułgarom o Polakach, że to taki burzący się naród, nie pozwalający sobie niczego narzucić, zawsze buntujący się przeciwko ograniczaniu ich wolności.

Fot. materiały prasowe Wydawnictwa Marginesy

Polski rozdział w historii pani rodziny zaczął się bardzo romantycznie – od miłości.

Tak. Od spotkania na plaży w Primorsku w 1967 roku. Mój ojciec pojechał z rodzicami na urlop do Bułgarii, a mama spędzała tam wakacje ze swoją mamą. Na plaży rozkładali koce blisko siebie. Pewnego razu moja bułgarska babcia zwróciła się do polskiej babci, czy nie ma kremu Nivea, który był wtedy bardzo pożądanym towarem. To zupełnie do babci Katji niepodobne, ona nigdy nie miała zmysłu handlowego. Ale może chciała zagadać? Albo uważała, że tak trzeba? Na to babcia Zosia odpowiedziała, że kremu Nivea nie ma, ale ma syna, który jest inżynierem, a ona widzi, że tutaj jest córka, więc może by ich ze sobą poznać. I moi rodzice zostali umówieni na randkę. W ciemno, bo ojca przy tym nie było, pływał sobie w morzu. Spotkali się, Bóg jeden raczy wiedzieć, jak się na początku porozumiewali, ponieważ mój ojciec był absolutnym antytalentem językowym. Później mama została zaproszona do Polski na Boże Narodzenie i na Sylwestra, do Bułgarii wróciła z pierścionkiem zaręczynowym. Wkrótce potem przyjechała do Polski już na stałe, prosto na wydarzenia marcowe w 1968 roku. Trzy lata później ja się urodziłam.

Gdy w pani połączyła się bułgarska pokora i polska buntowniczość – co z tej mieszanki wyniknęło?

Składam się ze sprzeczności. Z jednej strony jest we mnie łagodna rezygnacja, a z drugiej walka o siebie, o swoje szczęście. To się cały czas przenika. Chyba tak zostałam wychowana. Moja mama była w pewnym stopniu feministką. Tradycyjny bałkański model – mężczyzna pracuje, a kobieta na niego czeka – w naszym domu nie obowiązywał. Mama była artystką, w dodatku grała na kontrabasie, męskim instrumencie.

W dzieciństwie dużo czasu spędzała pani w Bułgarii?

Tak, wszystkie wakacje. Teraz myślę, że temu zawdzięczam pisanie. Gdybym nie miała bułgarskich korzeni, gdybym nie była tak bardzo związana z bułgarską babcią i z tamtą kulturą, pewnie nie powstałaby moja pierwsza książka „Tam, gdzie urodził się Orfeusz”. Pisałam ją dla moich dzieci. Miała być tylko dla nich i miała być tylko jedna. A stało się inaczej, zainteresowało się nią wydawnictwo, odniosła sukces, a to dodało mi odwagi, by pisać kolejne rzeczy. Okryłam w sobie pasję.

Gdy pani myśli o swoim dzieciństwie, to jaka jest najbardziej typowa scena, która staje pani przed oczami?

Siedzenie w upale i kurzu i czekanie aż jakieś dzieci wyjdą, żeby można się było pobawić. Ja byłam zawsze ogromnie samotnym dzieckiem. I w Polsce, i w Bułgarii moje dzieciństwo było pełne czekania. Na rówieśników, na przyjaciół, na uczucia.

Pewnie dużo pani czytała?

Bardzo dużo. Wszystko, co mi wpadło w ręce. I wszędzie szukałam książek. Uwielbiałam czytać w książkach o innych książkach. Gdy jakaś bohaterka coś czytała, zapisywałam tytuł i wypożyczałam to z biblioteki.

Fot. materiały prasowe Wydawnictwa Marginesy

A dar opowiadania odziedziczyła pani po babci Katji?

Nie, moja bułgarska babcia była bardzo dobra i miła, ale mówiła mało. Nie miała też skłonności do moralizowania i pouczania, co jest charakterystyczne dla seniorów rodu na Bałkanach. Przyjeżdża ktoś starszy, a członkowie rodziny zbierają się wokół i słuchają, jak mają żyć. Natomiast osobą ogromnie ciepłą, opowiadającą, cudownym człowiekiem był mój polski dziadek Stefan. Bardzo lubiłam zostawać pod jego opieką. Był patriotą w najlepszym tego słowa znaczeniu, kochał literaturę polską, poezję, Chopina, znał wszystkie opery i mnóstwo pieśni Moniuszki, śpiewał mi je często. Dużo też opowiadał mi różnych historii, ale nie z przeszłości, tylko na bazie tego, co się akurat dzieje za oknem. Gdy na gałęzi usiadł ptak, to dziadek Stefan zaczynał opowiadać, skąd ten ptak przyleciał, co tam było, dokąd teraz poleci… Uwielbiałam te jego historie. Mogłam go słuchać godzinami.

Pisze pani bardzo różnorodne książki. Dla dzieci i młodzieży, obyczajowe, jest też w pani dorobku literatura sensacyjna, thriller psychologiczny, wreszcie słynna saga „Stulecie Winnych”… Skąd taka różnorodność?

Dla mnie gatunek literacki jest takim samym nośnikiem opowieści, jak sama opowieść. O grupce licealistek w czasach millenium, które zmagają się ze strachem, gdy jedna z nich znika, a druga zostaje zamordowana, najlepiej opowie kryminał. Stuletnią historię rodziny – saga. Z kolei gdy w Bułgarii znaleziono kości i Bułgarzy upierali się, że to szczątki Jana Chrzciciela, za najlepszą formę uznałam powieść sensacyjną. Bo jak inaczej zainteresować ludzi sektą bogomilów i tym, co się działo 900 lat temu w Konstantynopolu?

W nowej książce „Uczniowie Hippokratesa” fascynująco opowiada pani o XIX-wiecznej medycynie. O co chodziło z tzw. atrakcyjnymi porodami, które wywoływały wtedy powszechne zgorszenie?

Chodziło o łagodzenie bólu podczas porodu. Szkocki położnik James Young Simpson miał taką ideę, żeby rodzące kobiety mniej cierpiały. Spotykało się to z niesłychanym oporem, mówiono o wielkim grzechu, bo w Biblii jest napisane: „w bólach rodzić będziesz”. Dopiero gdy mąż królowej Wiktorii poprosił Simpsona, by pomógł w przyjściu na świat ich ósmego dziecka, nastąpił przełom. Ale żeby nie było tak prosto, ten sam Simpson, który walczył o znieczulenie porodowe, odrzucił nauki Ignaza Semmelwaiesa, głoszącego, że położnice umierają, ponieważ bada się je brudnymi rękami, często na tym samym stole, na którym przed chwilą robiona była sekcja zwłok. Aseptykę nazywał szarlatanerią.

Powstanie druga część „Uczniów Hippokratesa”?

Tak, już ją napisałam. Będzie dotyczyła czasów nieco późniejszych, kiedy w 1877 roku pierwsza polska dyplomowana lekarka Anna Tomaszewicz-Dobrska wraca z Zurichu, gdzie skończyła studia, i próbuje pracować w zawodzie. To postać autentyczna, jej losy są niesamowite. Piszę też o pierwszej w ogóle lekarce na świecie i o pierwszej pielęgniarce Florence Nightingale. Bogata dziewczyna, która postanowiła stworzyć prawdziwe pielęgniarstwo. A mogła sobie podróżować po świecie, urządzać herbatki, wieść przyjemne życie angielskiej arystokratki.

Pani popularyzuje wiedzę historyczną, ale też zapełnia białe plamy, jeśli chodzi o rolę kobiet. Tych postaci nie znajdziemy w podręcznikach.

Tak, o Annie Tomaszewicz mało kto słyszał, a to prawdziwa siłaczka, wielka postać. Opowiadanie o takich ludziach uważam za część mojej misji. „Uczniowie Hippokratesa” to mój ukłon w stronę lekarzy, moich mentorów, całego środowiska medycznego.

Porzucenie medycyny na rzecz literatury to była trudna decyzja?

Trudna, wręcz dramatyczna. Jak najdłużej ją odwlekałam. Jako samotna matka trójki dzieci długo nie mogłam sobie pozwolić na odejście ze szpitala z powodów finansowych. Musiałam mieć etat i ubezpieczenie. Pracowałam więc jako lekarz, po nocach pisałam. Z moim najmłodszym synem, który jest dzieckiem autystycznym, kilka razy w tygodniu jeździłam na terapię. Było mi bardzo ciężko. Ale gdy myślałam o odejściu ze szpitala, do tych obaw dochodziło też poczucie winy wobec moich mentorów. Przyjęli mnie do pracy w klinice, stawiali na mnie wierząc, że to ja będę się zajmowała epileptologią, że przejmę pałeczkę, będę uczyła kolejne pokolenia tego, czego mnie nauczono. A ja powiedziałam, że jest mi ciężko i odchodzę. Nikt mi tego nie wypominał, sama wygenerowałam w sobie poczucie winy. Gdy zrezygnowałam z pracy w szpitalu, zaczęło mi być lżej. Pojawił się czas, którego wcześniej absolutnie nie miałam. Mogłam pisać rano, a nie jak wcześniej siadać do komputera o jedenastej w nocy.

Okazało się, że można żyć z pisania książek?

Tak, to się stało po „Stuleciu Winnych” i po serialu nakręconym na jego podstawie. Moje książki zaczęły być bardzo popularne. A drugim punktem zwrotnym stała się ogromna popularność „Matek i córek”. Jestem osobą, która nieustannie się zmienia. Ta ciągła zmiana odbywa się na bazie tego, co osiągnęłam. Wcześniej zawsze liczyłam się z innymi, mnie było najmniej. Tak mnie też trochę wychowano, że mam być grzeczna, słuchać i robić to, czego się ode mnie oczekuje. Dostarczać sukcesów, żeby było wiadomo, że ziarno zostało dobrze posiane. Nie odważałam się na ryzyko, nie odważałam się na własne ja, bałam się, że popełnię błąd. A teraz sobie powiedziałam: trudno, trzeba ryzykować, w imię pasji, w imię radości, którą się chce przeżywać. Trzeba przestać przepraszać za wszystko, co się zrobiło nie tak, co się komuś nie podobało. Postawiłam na siebie i na swoje ja.

Fot. materiały prasowe Wydawnictwa Marginesy

Można tak zmienić się z dnia na dzień? Przestawić w sobie wajchę? Powiedzieć: od dziś przestaję się przejmować oczekiwaniami innych?

To był powolny proces. To moje „ja to chcę, a tego nie chcę” spotykało się z ogromnym oporem ze strony otoczenia, mojej rodziny. Ale trzeba było w końcu zdecydować, czy całe życie mam robić to, czego się ode mnie oczekuje, wmawiając sobie, że sama właśnie tego chcę, czy też mam własne pragnienia i odwagę, by coś zmienić, o coś zawalczyć.

Ma pani poczucie, że wszystkie decyzje, które podjęła, prowadziły do dobrego punktu, w którym teraz pani jest?

Tak. Absolutnie mam takie poczucie. Że wtedy, kiedy było ciężko i myślałam już, żeby się wycofać, trzeba było wytrzymać. Bo w tym byłam jakaś ja.

To też na przyszłość dodaje odwagi, by bardziej ufać sobie.

I nie bać się tak strasznie. Mówi się o strefie komfortu, ale bardzo często to, w czym tkwimy, wcale nie jest strefą komfortu, wręcz przeciwnie. Kiedy zaczyna się zmieniać swoje życie, bywa jeszcze gorzej. I człowiek wtedy myśli: było źle, ale robi się jeszcze gorzej, więc jak zmienię do końca, będzie mi już całkiem źle. Długo trzeba wytrzymać w takiej sytuacji przejściowej, kompletnej niepewności. W dodatku nasz mózg nie sprzyja zmianom. Mówi się, że mózg przyzwyczaja się do dobrego. Wcale nie. Mózg się przyzwyczaja do złego. Gdyby przyzwyczajał się do dobrego, to byśmy wszyscy byli szczupli, aktywni fizycznie, nikt by nie miał nadciśnienia ani cukrzycy. Mózg woli wysyłać sygnały: „zjedz sobie kolejne ciastko”, „nie gimnastykuj się”, „zapal sobie papieroska” niż mówić: „nie jedz, to już piąte ciastko”. Tak samo jest ze zmianami psychicznymi. Tkwimy w jakichś układach i uważamy, że jeśli je zaczniemy rozbijać, źle będzie nam i wszystkim wokół. Ale trzeba to przeprowadzić, jeżeli człowiek jest przekonany, że powinien podążać jakąś inną ścieżką. Wtedy wszystko się ułoży.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Mat.prasowe

Nie tylko „Pokora” Twardocha – jakie jeszcze książki będziemy czytać tej jesieni?

Już we wrześniu ukaże się nowa książka Szczepana Twardocha „Pokora”. Przebieramy też już nogami do premiery „Zakłamanego życie dorosłych” Eleny Ferrante i nową pozycję Katarzyny Nosowskiej „Powrót z Bambuko”.
Sylwia Arlak
24.08.2020

Powrót z wakacji umilą nam nowości czytelnicze. Znajdzie się coś dla miłośniczek epickich opowieści o miłości i wojnie („Pokora” Szczepana Twardocha) i historia o poszukiwaniu siebie („Zakłamane życie dorosłych” Eleny Ferrante). W swojej najnowszej książce „Powrót z Bambuko” Katarzyna Nosowska uczy czytelniczki dystansu, a w porażających reporterskich „Szramach” Witold Bereś i Janusz Schwertner pokazują nam, jak działa, czy też raczej jak nie działa polska psychiatria dla dzieci i młodzieży. Oto co warto przeczytać we wrześniu: „Pokora”, Szczepan Twardoch Po ogromnym sukcesie „Króla” i kontynuacji — „Królestwa”, Szczepan Twardoch powraca z zupełnie nową historią. „Pokora” to epicka opowieść o miłości i wojnie. Przenosimy się do 1918 roku do zrewolucjonizowanego Berlina po I wojnie światowej i na Śląsk. Poznajemy syna biednego górnika, żołnierza Aloisa Pokorę. Wychodząc ze szpitala, gubi się w urządzanym na nowo świecie. Nie tęskni za przeszłością, ale też nie potrafi zaakceptować tego, co nadchodzi. Ucieka w przygodny seks z perwersyjną Agnes. Premiera: 16 września 2020 r., Wydawnictwo Literackie Czytaj też:  Znamy finalistów Nagrody Literackiej Nike 2020! „Kowalska. Ta od Dąbrowskiej”, Sylwia Chwedoruk Sylwia Chwedoruk przybliża nam sylwetkę niezwykłej pisarki, autorki uznanej „Szczeliny” Anny Kowalskiej. Artystki, która stała się inspiracją m.in. dla Iwaszkiewicza i Hartwig. W książce „Kowalska. Ta od Dąbrowskiej” przenosimy się do przedwojennego Lwowa, stolicy Polski w czasie powstania warszawskiego i odradzającego się po wojnie Wrocławia. To jednak przede wszystkim opowieść o relacjach, które nawiązywała Kowalska. Poznajemy ją jako żonę, matkę i...

Czytaj dalej
Nagroda Nike
mat. prasowe

Znamy finalistów Nagrody Literackiej Nike 2020!

Finałowa siódemkę Nagrody Literackiej Nike 2020 została wyłoniona z 20 nominacji. Do finału dostały się: dwie powieści, dwa reportaże, dwa eseje książkowe i jedna biografia.
Sylwia Niemczyk
24.08.2020

Finał Nagrody Literackiej Nike 2020 to zestaw imponujący: mamy w nim dwie powieści, dwa eseje, dwie książki reporterskie – w tym jedna napisana przez debiutantkę, Joannę Gierak-Onoszko i biografia. Finaliści 24. edycji nagrody to: Biografia: Agnieszka Dauksza, „Jaremianka”, wyd. Znak Reportaż: Joanna Gierak-Onoszko, „27 śmierci Toby'ego Obeda”, wyd. Dowody na Istnienie Paweł Piotr Reszka, „Płuczki”, wyd. Agora Esej:  Piotr M. Majewski, „Kiedy wybuchnie wojna? 1938. Studium kryzysu”, Wydawnictwo Krytyka Politycznej  Monika Sznajderman, „Pusty las”, wyd. Czarne Powieść: Radek Rak, „Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli”, wyd. Powergraph Filip Zawada, „Rozdeptałem czarnego kota przez przypadek”, wyd. Znak 4 października z finałowej siódemki zostanie wyłoniony jeden zwycięzca (nagrody nie można dzielić), który otrzyma 100 tys. zł i statuetkę Nike. Swoje wyróżnienie przyznają także czytelnicy „Gazety Wyborczej” i Wyborcza.pl w plebiscycie na Nike Czytelników – głosowanie trwa do 27 września  do godz. 15. Nagroda Literacka Nike jest przyznawana od 1997 r. za najlepszą książkę poprzedniego roku. W konkursie mogą startować wszystkie gatunki literackie. W 2019 r.  laureatem Nike został Mariusz Szczygieł za książkę „Nie ma”.

Czytaj dalej
Agnieszka Osiecka
East News

Agnieszka Osiecka i Jeremi Przybora. Kobieta po przejściach, mężczyzna z przeszłością

On zakochał się od pierwszego wejrzenia, ona długo nie wiedziała, o co jej chodzi. Flirtowała, bo tak miała w zwyczaju. Kochała jego piosenki, jak cała Polska. Najpierw zakochała się w jego listach, dopiero potem w nim samym.
Sylwia Arlak
21.08.2020

Byli piękni, piekielni zdolni i kompletnie niedopasowani. Agnieszka Osiecka i Jeremi Przybora dzielili miłość do poezji, ale pochodzili z dwóch różnych światów. Ona – 28-letnia outsiderka, nie umiała usiedzieć w jednym miejscu, wciąż gdzieś goniła. Żeby żyć, musiała czuć się wolna. I dla nikogo nie chciała tego zmieniać. On, starszy od niej o 21 lat, był domatorem. Cenił sobie życie rodzinne i spokój. Ich miłość była bardzo intensywna. Trwała dwa lata i wygasła. Mistrz i Agnieszka Po raz pierwszy usłyszała o nim, gdy w 1958 roku założył telewizyjny Kabaret Starszych Panów. Jako 22-letnia studentka reżyserii była pod ogromnym wrażeniem jego talentu aktorskiego i poetyckiego. Sławny i czczony artysta inspirował ją. Pod wpływem mistrza zrezygnowała ze świata filmu i wybrała pisanie. Osobiście poznali się sześć lat później. Kariera 49-letniego Jeremiego Przybory kwitła, gorzej z życiem prywatnym. Artysta miał dwójkę dzieci (córka była mniej więcej w wieku Osieckiej) i tkwił w drugim, nieudanym małżeństwie. Agnieszka Osiecka miała 28 lat i już była po rozwodzie. I wielu miłosnych przejściach. Dopiero zaczynała przygodę z poezją. Jeremi Przybora zakochał się w Agnieszce Osieckiej od pierwszego wejrzenia. To on zabiegał o pierwsze spotkania, dzwonił i nieśmiało pisał krótkie wiadomości. Ona nie dawała im szans. Traktowała tę znajomość z dystansem. Flirtowała, bo to był jej styl bycia, ale nie chciała rozbudzać w nim nadziei na więcej. Aż w końcu wpadła. Romans nabierał mocy, choć głównie na papierze, bo zakochanym trudno było się spotkać. „Nie przypuszczałem, że będę stąd pisał z taką tęsknotą do panienki, którą tyle lat temu spotkałem w pewnej deszczowej piosence, i też nic o tym nie wiedziałem. Paryż owszem, ładne miasto,...

Czytaj dalej