Agata Trzebuchowska: „Nie dzielę życia na to sprzed „Idy ” i po niej.”
mateusz nasternak
#czytajdlaprzyjemności

Agata Trzebuchowska: „Nie dzielę życia na to sprzed „Idy ” i po niej.”

Złote Globy ją rozczarowały, a oglądanie Oscarów – uśpiło.
Magdalena Felis
04.01.2019

Po tym, jak „Ida” Pawła Pawlikowskiego zdobyła Oscara, Agata Trzebuchowska, odtwórczyni głównej roli, mogłaby przebierać w ofertach od innych reżyserów, tymczasem dla niej kariera aktorska niekoniecznie jest spełnieniem marzeń. Co więcej, sama twierdzi, że: „W roli Idy atutem okazał się mój absolutny brak cech, które są niezbędne, żeby być aktorem”. O „Idzie”,  filmowych nagrodach i planach na przyszłość z Agatą Trzebuchowską rozmawia Magdalena Felis.

 

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Gdy cię ktoś teraz pyta, co słychać, to na którym miejscu wymieniasz nominacje do Oscara?

Dalekim! Rok temu próbowałam oglądać Oscary w telewizji i odpadłam po 20 min. Choć oczywiście cały ten zgiełk wokół „Idy” zajmuje ważne miejsce w moim życiu. We wrześniu skończyłam studia, właśnie wróciłam z bardzo długiej podróży i przyznaję, że jestem dość bezbronna wobec tego, co dzieje się wokół mnie, bo w tym momencie nie mam nic swojego, w co mogłabym się chwilowo wrzucić. Ale nie dzielę życia na to sprzed „Idy ” i po niej.

 

Czy to była podróż festiwalowa?

Tylko zaczęła się od festiwalu – w Rochester w stanie Nowy Jork. Dziwne miejsce ze specyficzną Polonią: dojrzali ludzie z dyplomami uniwersyteckimi, bardzo inteligenckie i zarazem konserwatywne środowisko. Potem był szalony Nowy Jork, niezależny i swobodny, bo znam już trochę to miasto, umiem się po nim poruszać, wiem, co mnie w nim interesuje. A później już moja własna wędrówka, czyli Panama, jeżdżenie po indiańskich wioskach, spanie z lokalsami pod jednym dachem i wreszcie cudowne Buenos Aires. Tyle emocji, że nie mogłam zająć myśli niczym innym. Przez pierwszych parę dni nie byłam w stanie ani czytać, ani oglądać żadnych filmów.

 

Złote Globy nie były ważnym przystankiem w tej podróży?

Były przygodą – w takich kategoriach staram się patrzeć na wszystkie podobne wydarzenia. Złote Globy były jedną z nich, jak dotychczas niestety najbardziej przytłaczającą. „Hollywoodzki” Telluride Film Festival był znacznie bardziej przyjazny, bez pompy i bez prasy. Wszyscy nosili casualowe ciuchy i klapki. Werner Herzog i Brad Pitt też. Świetnie się tam czułam.

 

Z zewnątrz Złote Globy wydają się familijną imprezą w porównaniu z Oscarami.

Z mojej perspektywy wyglądało to inaczej. Straszna pompa i wielkie rozczarowanie. Tym większe, że poprzedzone bezpretensjonalnymi i ciekawymi spotkaniami z twórcami. Sama ceremonia zaś przypomina market, w którym musisz się jak najlepiej sprzedać ludziom, którzy w ogóle cię nie chcą. I nie możesz powiedzieć: „OK, to ja sobie tam z boku poczekam”, bo musisz grać według ich zasad.

 

Jak sobie radzisz z takimi sytuacjami?

Powtarzam sobie, że warto zbierać różne doświadczenia, nawet te najbardziej absurdalne. Ale rola aktorki reprezentującej film jest dla mnie rzeczywiście niewygodna. Nie chcę być utożsamiana z aktorstwem, a przecież jadąc na festiwal czy ceremonię, występuję właśnie w takim charakterze.

 

Ale pierwsza zauważyła cię Małgorzata Szumowska. Tutaj, gdzie teraz siedzimy – w kawiarni Relaks. Opowieść o tym spotkaniu powoli zaczyna brzmieć jak miejska legenda!

Przez jednego z baristów przekazała mi namiary na siebie z prośbą o przesłanie zdjęcia w sprawie roli w „Idzie”. Wysłałam je, oczywiście nie licząc na nic. Dostałam zaproszenie do Łodzi po tym, jak skończył się oficjalny casting. Nagrałam jedną scenę w dość osobliwych warunkach: chłopak, który to kręcił, jednocześnie podawał mi tekst. Musiałam wtedy też powiedzieć kilka zdań o sobie i pamiętam, że wymsknęło mi się, że nie chcę być aktorką. Po dłuższym czasie spotkałam się z Pawłem, który dopiero co przyjechał do Polski. Tym razem tę samą scenę próbowałam już z aktorem – kandydatem do roli saksofonisty.

 

Znałaś wtedy kino Pawlikowskiego?

Byłam wielką fanką „Lata miłości”. Z moją przyjaciółką oglądałyśmy je swego czasu wiele razy. Myślę, że chęć poznania Pawła była głównym motorem moich działań.

 

Więc spotykasz nagle kogoś, kto zrobił „dla ciebie” twój ukochany film. I co się dzieje?

Paweł od razu mnie zaintrygował. Podobało mi się jego oderwanie od rzeczywistości i wewnętrzny spokój. Czułam, że to jest ktoś inny od wszystkich, których znam. Poczułam do niego od razu intuicyjne zaufanie.

 

Przeszliście razem przez bardzo wyjątkowe doświadczenie – twój pierwszy film, pierwszy tak spektakularny sukces Pawlikowskiego, a przy tym ewenement w historii polskiego kina. Jaka relacja się z tego urodziła?

Teraz to jest przede wszystkim przyjaźń. Paweł jest moim sąsiadem, choć bardzo zabieganym, rzadko bywa w domu. Ale kiedy jest, staramy się spotkać i wtedy rozmawiamy o rzeczach niezwiązanych z „Idą”. Połączyło nas coś wyjątkowego, ale później się okazało, że i bez tego mieliśmy wiele wspólnego: lubimy podobne książki, filmy, podróżujemy w podobne miejsca. Oboje kochamy Meksyk. Zresztą Paweł jest tam teraz.

 

A jakie było pierwsze spotkanie na planie?

Byłam przerażona liczbą osób zaangażowanych w projekt. Myślałam, że to będzie intymny plan niskobudżetowego filmu, a tu 60 osób. Bałam się, że się zablokuję, kiedy ruszy kamera, bo nie cierpię, kiedy ktoś robi mi zdjęcia. A jednocześnie czułam olbrzymią odpowiedzialność – jeśli ja nawalę, wszyscy wrócą bardzo późno do domu. Stało się inaczej – stres minął, kiedy ruszyły zdjęcia. Ale ten moment przed był straszny.

Wcześniej mieliśmy wiele prób czytanych, w których trochę dostrajaliśmy dialogi do naszych postaci. Bardzo trudno było mi wgryźć się w Idę. Rola Wandy granej przez Agatę Kuleszę była mocno osadzona w słowach i gestach. Odwrotnie niż enigmatyczna Ida. Kiedy pytałam Pawła: „Ale dlaczego ona tak robi ”, odpowiadał: „Nie mam pojęcia”. Wszystko się zmieniło, kiedy zaczęliśmy zdjęcia.

 

Więc z czego ty „ulepiłaś” tę postać?

Najbardziej z poczucia nieprzystawalności. Ida z bezpiecznej i odizolowanej przestrzeni trafiła do świata, w którym ludzie grają według niepojętych dla niej reguł. Czuła się obco, nie na miejscu, ale miała pewne zadanie do wykonania. Biorąc poprawkę na skalę i różnicę naszych doświadczeń, ja również czułam, że jestem przybyszką z zewnątrz i muszę dopiero nauczyć się poruszać w kompletnie nowej dla mnie rzeczywistości. Ten mój absolutny brak cech, które są niezbędne, żeby być aktorem, okazał się moim atutem.

Pomogła mi też świadomość, że Ida to jeszcze bardzo nieukształtowany człowiek, który nie ma jednego modelu zachowania – właściwie nie ma żadnego. Dlatego raz Ida może być zamknięta i wycofana, a raz może przejmować inicjatywę, domagać się czegoś.

Brak warsztatu aktorskiego próbowałam nadrabiać wymyślonymi technikami. Kiedy na przykład słowa Wandy, które ranią Idę, po mnie zupełnie spływały, bo jestem ateistką i mam lewicowe poglądy, wyobrażałam sobie, że Agata Kulesza mówi coś zupełnie innego. Coś, co we mnie, Agacie Trzebuchowskiej, wywołałoby to niezbędne ukłucie.

 

Wtedy na planie czułaś, że zmienia się twoje życie?

Nie, bo się nie zmieniło. Myślę, że plan i wszystko, co po nim nastąpiło, to była dla mnie lekcja przyspieszonego dojrzewania. Na wielu polach. Ale i dystansu do tego, co się w życiu robi. Szybko nauczyłam się zbiorowej odpowiedzialności, której wcześniej nie miałam, i samodyscypliny – że bez względu na wszystko trzeba codziennie wstać o piątej rano, mimo że warunki, w których pracowaliśmy, były bardzo trudne – potworna zima, było cholernie zimno. W habicie i cienkim płaszczyku przy 25. dublu...

 

Która scena miała tyle dubli?!

Prawie każda, szczerze mówiąc. Standardem było kilkanaście. To były np. sceny, w których miałam przejść z miejsca na miejsce, ale Pawłowi chodziło o to, żeby wszystkie plany się ze sobą zgadzały. I kot przebiegł dokładnie w tym momencie, kiedy trzeba. Te rytmiczne detale późnej niesamowicie działają, ale perfekcjonizm Pawła bywał trudny, choć ostatecznie wszyscy byliśmy mu za to bardzo wdzięczni.

 

Pamiętasz kryzysy?

Wszystkie bardzo dobrze. Pierwszy, najsilniejszy, to był dzień z Jerzym Trelą. Trudna, emocjonalna scena, w której Ida nie mówi zupełnie nic. Choć dowiaduje się, kto zabił jej rodziców i że Wanda o tym wiedziała od początku. Nie mogłam sobie poradzić z ilością emocji, które miały się wyrażać jedynie poprzez twarz. Obok mnie Agata Kulesza żartuje sobie z Jerzym Trelą, wybitna aktorka z wybitnym aktorem opowiadają sobie anegdotki z teatru. Spanikowałam, uderzył mnie cały absurd sytuacji, w której się znalazłam. Musieliśmy zrobić przerwę, ale szybko wróciliśmy do przerwanej sceny.

 

Wciąż podkreślasz, że nie chcesz być aktorką, że nie masz warsztatu. Nie boisz się, że właśnie przegapiasz szansę na coś niezwykłego?

To zależy, czego się chce. Ja nie chciałam być aktorką i nadal nie chcę. Nie mam takiej osobowości, której aktorstwo wymaga. Zresztą nie chciałabym mieć. Dlatego czuję, że nie jest to coś, w czym mogłabym być bardzo dobra. Wiem, że tak nie jest. Aktorstwo stawia mi opór, nie pozwala się oswoić. „Ida” to był szczególny plan, szczególna rola, ale wciąż uważam, że nie stałam się przez nią aktorką. Są inne rzeczy, w których jestem niezła (śmiech).

 

Więc jeśli nie aktorstwo, to co?

Może film, ale w innej roli. Bardzo ostrożnie myślę o reżyserii. Ale na razie nie podejmuję decyzji. Nie lubię i nie chcę się definiować. Specjalnie poszłam do nieprofilowanego liceum, choć bardzo trudno już takie znaleźć, a później wybrałam podobne studia – Międzywydziałowe Indywidualne Studia Humanistyczne, na których studiowałam trochę kulturoznawstwa, socjologii, historii sztuki i Artes Liberales. Czyli wszystko i nic. Studia w moim przypadku to nie przygotowanie do zawodu, tylko raczej beztroski czas samorozwoju i badania różnych możliwości. Myślę, że przez całe życie robię wszystko, żeby się nie profilować.

 
Rozmowa z Agatą Trzebuhowską ukazała się w „Urodzie Życia” 3/2015
 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG