Achtung, mamy lata 20.! – Magdalena Parys w „Księciu” ostrzega przed powrotem historii
Anna Powałowska-Górska

Achtung, mamy lata 20.! – Magdalena Parys w „Księciu” ostrzega przed powrotem historii

„Książę” Magdaleny Parys to książka-ostrzeżenie. Pisarka, która będzie gościć w Polsce na Big Book Festivalu, obnaża mechanizmy mediów i wielkiej polityki.
Sylwia Niemczyk
27.08.2020

Magdalena Parys mieszka w Niemczech, a jej bestsellerowe książki: „Tunel”, „Magik” czy „Biała Rika” dotyczą tematyki niemieckiej lub stosunków polsko-niemieckich. I powinny być dla nas wszystkich lekturą obowiązkową, bo możemy w nich wyczytać to, co może już niedługo być naszą rzeczywistością. Tak jest na pewno w „Księciu”, nowej książce Parys, opowiadającej o odradzaniu się nazistowskich i antyimigranckich nastrojów w Niemczech. 

Sylwia Niemczyk: Myślisz, że naprawdę gdzieś w centralnej Europie może w XXI w. powstawać tajne nazistowskie wojsko?

Magdalena Parys: Ja nie myślę, ja to wiem. Dzieje się tak na przykład w specjalnych jednostkach wojskowych w Niemczech. Powstają na ten temat reportaże, ukazują się pierwsze nieśmiałe artykuły, tylko Polska tak bardzo zajęta jest sobą, że tego nie dostrzega. W ogóle Niemcy mają w tym względzie niechlubną tradycję. To kraj, w którym często dochodziło do puczu. W latach czterdziestych, kiedy los państwa niemieckiego był niepewny i za najmniejsze przewinienie groził stryczek, w Niemczech powstawała tzw. armia cieni. Organizowali ją byli hitlerowscy oficerowie. Wyobrażasz to sobie? Dopiero co wywołali największą katastrofę ludzkości i znów szykują się do wojny! Kiedy o tym czytałam po raz pierwszy, myślałam, że to żart, ale artykuł ukazał się w „Spieglu”, więc o żarcie nie mogło być mowy.

Z kolei całkiem niedawno, w roku 2011 Niemcami wstrząsnęły morderstwa wykonane przez komórkę NSU, podziemną neonazistowską organizację, której głównym motywem działania była nienawiść do obcokrajowców. Początkowo nikt w to nie wierzył, podejrzewano, że chodzi o jakieś porachunki między gangami. Ogólnie liczbę osób zaangażowanych szacuje się na 200 osób, a skazano tylko jedną. Ze wstydu i strachu przed opinią publiczną procesy NSU odbywały się za zamkniętymi drzwiami i wszystko utajniono. Tym samym stracono jakąś szansę na poważną debatę publiczną. Jeszcze wtedy w 2011 roku można było otwarcie podjąć wyzwanie i przyznać się, że w kraju obciążonym tak straszną przeszłością zaczyna dziać się coś złego. Teraz to zło już jest.

Mówisz o tym w „Księciu”.

Tak, ale dla mnie jest to książka nie tylko o faszyzmie, to też książka o miłości, nie tylko tej między dwojgiem dorosłych ludzi, ale też o miłości ojca do dziecka. Lubię mieszać w książce sensacyjnej wątki obyczajowe. Lubię, gdy książka wymyka się wszelkim formułom i dotyka różnych sfer i gatunków. Natomiast jeśli chodzi o „zło”, to w mojej powieści ta machina już się tak rozpędziła, że za chwilę faszysta przejmie władzę. Najistotniejsze było pokazanie tego mechanizmu, jak spokojnie, powoli, niezauważalnie sobie faszyzm pełza. I nagle jest.

A przecież Niemcy są niezmiernie wyczuleni w tym temacie.

Tak, ale dzisiaj samo wyczulenie nie wystarcza. Trzeba coś robić, zapobiegać, inwestować czas i pieniądze nie tylko w edukację, także w integrację uchodźców. Zamiast tego buduje się autostrady, unowocześnia maszyny, wszystko ma obyć się tanio I szybko. To, co trudne i w sferze ducha pozostawia się obywatelom, w myśl zasady, że jakoś to będzie, że przecież sobie poradzą. Trochę jak w kampanii prezydenckiej wszystko lśni a tak naprawdę pod dywanem brud i stęchlizna.

Kiedy jako nastolatka chodziłam do niemieckiej podstawówki, a potem liceum, na lekcjach historii w kółko tłukliśmy drugą wojnę światową i winę Niemców. To nie jest tak, że w Niemczech się od tej winy odżegnuje, czy chce zapomnieć, Niemcy doskonale zdają sobie sprawę z tego co zrobili ich przodkowie. Wierz mi, ich przeszłość to ich teraźniejszość. Decydujący okazał się rok 1968, który totalnie przewałkował niemiecką tożsamość, młodzież wychodziła na ulicę, demonstrowała, pytała rodziców, co robili i kim byli w czasie wojny… Można powiedzieć, że Niemcy w pewnym sensie odrodzili się wtedy na nowo. Wybudowali muzea, pomniki, tworzyli programy nauczania, kolejne pokolenia wessały niechlubną historię dziadków już z mlekiem matki. Oczywiście, że nie wszystko było, jak należy i wiele rzeczy można było zrobić jeszcze lepiej, ale ogólnie zdali ten trudny egzamin i to jak sobie z tym sobie poradzili, mogłoby być wzorem do naśladowania na przykład dla Rosji, która swojej historii nigdy nie przerobiła. Zauważ, pomnik Stalina w Rosji, co za problem? A pomnik Hitlera w Niemczech? Rzecz absolutnie niewyobrażalna dla Niemca! Latanie z uniesionym ramieniem po Berlinie i wykrzykiwanie „Heil Hitler”? Zaraz ktoś zbulwersowany zadzwoniłby na policję.

No ale czas nie stoi w miejscu, świat się zmienia, nadchodzą kolejne wyzwania i kiedy przyjmuje się miliony straumatyzowanych wojną uchodźców nie można zwalać wszystkiego na barki niemieckiej klasy średniej i ufać, że uchodźcy sobie poradzą w nowym kraju, a Niemcy też będą ich zawsze witać z chorągiewkami. Wiele rzeczy zaniedbano, zrobiono źle, co prawda nie wiem, jak w tak krótkim czasie można było to zrobić lepiej, ale wiem, że ta krótkowzroczna polityka imigracyjna ma już swoje konsekwencje, ale to już zupełnie inny temat.

Dwa lata temu w Teatrze Polskim w Warszawie miałam monodram „Achtung, Niemcy”, w którym po raz kolejny tłumaczyłam Polakom, że Niemcy odrobili trudną lekcję. Ale przez ostatnie dwa trzy lata coś niedobrego wydarzyło się na świecie. Dziś, to ja pierwsza powiem: „Uwaga, żyjemy w latach dwudziestych – ubiegłego wieku”. Wtedy też wiele osób lekceważyło nacjonalistyczne nastroje. Oczywiście, dziś jesteśmy bogatsi o wiedzę z przeszłości, wiemy, czym się lata dwudzieste i trzydzieste ubiegłego wieku skończyły. Ale dziś z tą przerażającą wiedzą robimy za mało. Po raz kolejny wpadamy w te same pułapki, dajemy sobą manipulować.

Magdalena Parys, Książę
Anna Powałowska-Górska

Wszyscy wiemy, że istnieje manipulacja w mediach, ale wszyscy wierzymy, że akurat my nie jesteśmy na nią podatni. A ty w „Księciu” burzysz ten spokój.

Pokazuję, jak można wykorzystać zapał, siłę i zaangażowanie młodych ludzi i ich sprzeciw wobec rzeczywistości. Pokazuję też szaleństwo, które opętało ich rodziców. Wiele osób przed wyborami w Polsce mówiło mi, że Bosak to ich kandydat, bo jest grzeczny i „tak ładnie mówi”. Nie wiem, czy to wystarczy, aby zostać prezydentem prawie czterdziestomilionowego państwa. Czy ci, którzy to mówią, znają program, który prezentuje Konfederacja? Nie. Dlaczego? Bo media też bawią się tym obrazkiem. Ten wygląda tak, ten ma taką żonę, ten podwinął rękawy, a ta zamiast sukienki włożyła zielone spodnie. Koncentrujemy się na powierzchownych bzdurach, a nie na substancji. Co naprawdę może prezydent, kim jest człowiek, który chce nas do siebie przekonać, kto za nim stoi? Te pytania powinny zadawać media, powinny wiercić nam dziury w mózgach, zamiast tego utwierdzają nas w naszych tezach, w naszych bańkach, podsuwają nam gotowce. Oczywiście media zawsze tak robiły, świetnie ukazał to już Karl Krause, wskazując prawdziwego podżegacza winnego pierwszej wojny światowej – szaleństwo mediów, ale co z tego? Wydawałoby się, że z taką wiedzą powinniśmy być coraz mądrzejsi, a stajemy się coraz głupsi.

W twojej trylogii berlińskiej główni bohaterowie mają polskie pochodzenie, to ukłon dla czytelników w Polsce?

Berlin to Nowy Jork Europy. Tu wszyscy są skądś. Mnóstwo berlińczyków ma korzenie polskie. Mój mąż, który uważa się za rodowitego berlińczyka, miał dziadka z Mazur, który nazywał się Jackowski. Mamy emigrację solidarnościową, powojenną, międzywojenną i jeszcze wcześniejszą. Kilkadziesiąt dekad emigracji. Szacuje się, że w Berlinie mieszka około 250 tys. Polaków, w tej chwili jest to druga co do wielkości grupa zaraz po mniejszości tureckiej. Mój główny bohater, komisarz Kowalski urodził się w Gdańsku, ja sama mam przynajmniej trzech kolegów polskiego pochodzenia, którzy pracują w berlińskiej policji. Nie ukrywam, że doświadczenia jednej z bohaterek, która dzieciństwo spędziła dzieciństwo w Polsce, ale już młodość i dorosłe życie spędziła w Niemczech, są po części moimi doświadczeniami.

30 sierpnia będziesz gościć w Polsce na Big Book Festival.

Tak, bardzo się już cieszę. Moje książki tłumaczone z są na wiele języków, więc bez przerwy jeżdżę po Europie, ale powiem szczerze, że każde spotkanie z polskimi czytelnikami to dla mnie święto. A już czytelnicy, którzy przychodzą na Big Book Festival, to prawdziwa śmietanka Europy. To mój ukochany festiwal, zawsze spotykały mnie na nim same dobre rzeczy, wspaniała publiczność, wspaniali goście i wyjątkowe warszawskie plenery – w tym roku właśnie tam będzie miała miejsce premiera „Księcia”.

Piszesz książki o Niemczech i Niemcach, które są bardzo chętnie czytane przez polskich czytelników.

Najlepiej poznasz swojego sąsiada przez literaturę, film lub sztukę. To jest ta sfera czułości i empatii, przez którą najlepiej dotrzesz do drugiego człowieka. Wiadomości polityczne nie dadzą nam prawdziwego obrazu Niemca czy Francuza, one nie mówią o ludziach, o ich codziennych problemach. Doskonale zdaję sobie sprawę, że czytanie o Niemcach jest nadal trudne dla Polaków, tym bardziej jestem wdzięczna polskim czytelnikom za to, że chcą czytać moje książki, a nawet chodzą w Berlinie ścieżkami z „Magika” czy z „Tunelu”. Mogę tylko powiedzieć: „dziękuję” i dodać, że zrobiłam wszystko, aby nie zawiedli się na „Księciu”.

Magdalena Parys, Książę
mat. prasowe

„Książę”, Magdalena Parys, wyd. Agora

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG

Gwiazdy światowej literatury na Big Book Festival 2020! Na kogo najbardziej czekamy?

Big Book Festival 2020 to trzy dni i ponad 30 wydarzeń: spotkań z pisarzami, dyskusji, spektakli i performansów. Start 28 sierpnia. Czego absolutnie nie możecie przegapić?
Anna Zaleska
06.08.2020

Mam mnóstwo wspomnień związanych z Big Book Festival. Pierwsze – z 2014 roku, kiedy razem z moimi córkami brałam udział w biciu rekordu Guinessa pod względem liczby osób czytających jednocześnie książki na świeżym powietrzu. Do dziś mam też pamiątkowe trzy tekturowe głowy Jarosława Iwaszkiewicza, pamiątkę po maratonie literackim „Iwaszkiewicza sprawy osobiste”. A moje najważniejsze bigbookowe przeżycie? Chyba spotkanie autorskie z Karlem Ove Knausgradem zaraz po tym, jak przeczytałam pierwszy tom „Mojej walki” i byłam tą książką mocno poruszona. Nie zapomnę też spotkań ze Swiatlaną Aleksijewicz, Zadie Smith czy Larsem Saabye Christensenem. Twórczynie Big Book Festivalu Anna Król i Paulina Wilk zawsze trzymają rękę na pulsie i doskonale wiedzą, kogo w danym roku trzeba do Warszawy zaprosić. Big Book Festival 2020: poznaj największe gwiazdy Z powodu pandemii festiwalowe spotkania z pisarzami ze świata odbywać się będą zdalnie, prowadzący rozmowy będą łączyć się z nimi na żywo z Centrum Łowicka, ale publiczność też będzie mogła zadawać pytania. Plus tego jest taki, że wszystkie festiwalowe spotkania z autorami i dyskusje będą transmitowane online na stronie festiwalowej i będą dostępne dla czytelników z całego świata. A lista zagranicznych pisarzy jest jak co roku imponująca. Osobiście najbardziej czekam na Agnetę Plejiel . Szwedzka pisarka i poetka (prywatnie żona wybitnego pisarza i dziennikarza Macieja Zaremby Bielawskiego) w Polsce wydała już kilka powieści: „Kto zważa na wiatr”, „Zima w Sztokholmie”, „Lord Nevermore” (o przyjaźni Witkacego i Malinowskiego). Najciekawsze są jednak dwie autobiograficzne powieści Agnety Plejiel: „Wróżba” (opowieść o dorastaniu, młodzieńczych niepokojach i ucieczkach w literaturę) i...

Czytaj dalej
Anna Król i Paulina Wilk, Big Book Festival
mat. prasowe

Anna Król i Paulina Wilk, twórczynie Big Book Festival mówią: „Składamy się z liter” 

O książkach, czytaniu i festiwalu, który… miał się nie udać, opowiadają Anna Król i Paulina Wilk, pomysłodawczynie Big Book Festival, który już od 8 lat gości na kulturalnej mapie Warszawy.
Sylwia Niemczyk
11.05.2020

Rozmawiamy przez Skype’a w samym środku kwarantanny. Od kilku tygodni żadna z nas trzech nie wyszła z domu dalej niż na spacer z psem. W takim zamknięciu jeszcze wyraźniej widać, ile dają nam książki: są przyjaciółmi, bliskimi, czasem nawet najbliższymi, towarzyszami. Właśnie takie myślenie o książkach i czytaniu doprowadziło do powstania Big Book Festival, największego warszawskiego festiwalu książkowego – i jednej z najlepszych imprez roku! Pamiętacie pierwszą edycję Big Book Festivalu? Ania: To był 2013 rok, w lutym dowiedziałyśmy się, że dostałyśmy miejską dotację, a to był ostatni moment, bo już powoli traciłyśmy nadzieję, że uda się kogokolwiek przekonać do naszego marzenia. Wcześniej przez dwa lata chodziłyśmy po urzędach i sponsorach.  Paulina: Wiedziałyśmy, że teraz albo nigdy. Jak o tym dziś myślę, to widzę, że porwałyśmy się z motyką na słońce, to absolutnie nie miało prawa się udać. Sto procent brawury, ale okazało się, że ta nasza motyka miała odrzutową siłę.  Ania: Udało się i tamten pierwszy Big Book Festival przyniósł nam wiele radości, ale nie chciałabym przechodzić drugi raz przez tamten czas. Te cztery miesiące, podczas których musiałyśmy postawić festiwal od zupełnego zera, to była bardzo ciężka praca, dużo nerwów, cały czas nie zgadzał nam się budżet, zresztą nie zgodził się do końca i pamiętam, że mniej więcej 20 proc. kosztów pokryłam z moich oszczędności, ostatnich, jakie miałam w życiu! To było działanie na pograniczu partyzantki. Ale jednocześnie tamtemu festiwalowi towarzyszył ogromny entuzjazm, poczucie wspólnoty i przekonanie, że zaczynamy coś wielkiego. Zastanawiacie się, jak to się stało, że jednak wam się udało?  Ania: Ja z tamtego czasu najbardziej pamiętam to, że robiłyśmy wszystko:...

Czytaj dalej
Fot. materiały prasowe Wydawnictwa Marginesy

Ałbena Grabowska, autorka „Stulecia Winnych” o niezwykłych losach swojej rodziny i walce o samą siebie

„Trzeba było w końcu zdecydować, czy całe życie mam robić to, czego się ode mnie oczekuje, wmawiając sobie, że sama właśnie tego chcę, czy też mam własne pragnienia i odwagę, by coś zmienić, o coś zawalczyć”, opowiada Ałbena Grabowska.
Anna Zaleska
25.08.2020

Ałbena Grabowska z zawodu jest specjalistą neurologiem, zrobiła doktorat z epileptologii, przez wiele lat pracowała jako lekarz. 10 lat temu wydała swoją pierwszą książkę i wtedy odkryła w sobie wielką pasję do pisania. Trzytomowa saga „Stulecie Winnych”, na podstawie której powstał popularny serial, a potem książka „Matki i córki”, odniosły wielki literacki sukces. Ałbena Grabowska jest przekonana, że nie stałaby się pisarką, gdyby nie jej bułgarskie korzenie, ale polski dziadek też odegrał tu ważną rolę. Na początku polskiego rozdziału w historii jej rodziny była jednak romantyczna miłość. Przy okazji ukazania się nowej książki Ałbeny Grabowskiej „Uczniowie Hippokratesa. Doktor Bogumił” rozmawiamy o historii miłosnej rodziców pisarki, która zaczęła się na czarnomorskiej plaży. O codzienności samotnej matki trójki dzieci. I o tym, dlaczego nie warto tkwić w strefie komfortu. Anna Zaleska: To prawda, że Ałbena znaczy kwiat jabłoni? Ałbena Grabowska: Tak, to imię bułgarskie, stare, literackie. Moja mama jest Bułgarką i ona je dla mnie wybrała. W Bułgarii bardzo znane jest opowiadanie Jordana Jowkowa o dziewczynie imieniem Ałbena. Jaka to dziewczyna? Nadając imię często myślimy o historii, które ono w sobie niesie. Wydaje mi się, że w tym przypadku tak nie było. Ałbena z opowiadania Jowkowa to buntowniczka, femme fatale, która potrafi zawrócić w głowie wszystkim mężczyznom wokół siebie. Nie sądzę, żeby mojej mamie to przyświecało (śmiech). Nie mam w sobie takich cech. Raczej godzę się z tym, co dostaję, po bałkańsku uważając, że widocznie to dla mnie najlepsze. To typowo bałkańska postawa? Pogodzenie z losem? Gotowość przyjęcia tego, co nam przynosi? Tak, nawet się mówi, jeżeli coś nie dzieje się po naszej myśli: taki był...

Czytaj dalej