Dominika Kluźniak o samotności, dzieciństwie i książkach, które leczą duszę
fot. Michał Dembiński

Dominika Kluźniak o samotności, dzieciństwie i książkach, które leczą duszę

O takich jak ona mówi się mól książkowy – cały czas coś czyta. Ona sama porównuje się do chaotycznie latającej ćmy i przyznaje: „Spokój to ideał, na razie dla mnie nieosiągalny.” Czy to debiut literacki pomoże jej zatrzymać się w miejscu?
Wika Kwiatkowska
04.06.2020

Jej twarz znają i miłośnicy seriali, i ambitnego teatru. W zeszłym roku wydała pierwszą bardzo dobrze przyjętą powieść „Miejsce”. Nam Dominika Kluźniak opowiada o zapachu prawdziwych książek, bibliotece w domu rodzinnym, fascynacji Dostojewskim i kobiecej literaturze, która ją ukształtowała.

Wika Kwiatkowska: Twoi koledzy z teatru mówią, że zawsze masz w ręku książkę, cały czas czytasz. 

Dominika Kluźniak: Tak jest, odkąd pamiętam. Dorastałam we Wrocławiu, w starej kamienicy blisko rynku, mieszkanie miało bardzo wysokie sufity. Jedna ze ścian była od góry do dołu wypełniona szczelnie książkami. I pamiętam, jak bardzo chciałam sięgnąć po coś z Dostojewskiego, a rodzice mówili: „Poczekaj jeszcze rok. Teraz przeczytaj co innego”. Jestem bardzo wdzięczna za ten dom pełen książek. Bo dzięki rodzicom i babci pokochałam literaturę. Ale też muzykę. Chodziliśmy do opery, filharmonii, teatru. Skończyłam zresztą szkołę muzyczną, ale wybrałam teatr.

Fiodor Dostojewski, Virginia Woolf i Sylvia Plath

Pisarz, który zrobił na tobie wtedy największe wrażenie? 

Właśnie Dostojewski. Jego „Bracia Karamazow” i „Idiota”. Przeczytałam te powieści, kiedy miałam jakieś 14 lat. A potem całą resztę – „Gracza”, „Łagodną”, „Wspomnienia z domu umarłych”, no i oczywiście „Zbrodnię i karę”.

Mocne wejście. A czy mogłabyś wymienić pięć ważnych dla ciebie książek, napisanych przez kobiety?

Na pewno „Do latarni morskiej” Virginii Woolf. Jestem też ogromną fanką „Wichrowych wzgórz” Emily Brontë. Przeczytałam tę powieść ze cztery razy. Ostatnio zachwyciła mnie książka Elizabeth Strout „Trwaj przy mnie”. A moje dwie ulubione poetki to Emily Dickinson i Sylvia Plath. Emily Dickinson kocham za wszystko, co napisała. Sylvię Plath za autobiograficzną powieść „Szklany klosz” i ostatni, przedśmiertny zbiór wierszy „Ariel”.

Pomysł na własną powieść dojrzewał w tobie przez lata czy był to nagły impuls?

Odkąd zaczęłam czytać, również pisałam. Ale, jak to żartobliwie mówiła moja mama, były to opowieści w klimacie „zabili go i uciekł”. Konwencja zależała od tego, co akurat czytałam. 

Na etapie „Tomka Sawyera” albo Karola Maya pisałam przygodowe historie z Indianami. Przy Joannie Chmielewskiej czy Agacie Christie – kryminały. Kiedy prawie 20 lat temu zaczęłam czytać Andrzeja Sapkowskiego, to fantasy. Zapełniałam grube zeszyty, do dzisiaj są w domu. Potem zaczęłam pisać opowiadania. I niektóre wysyłałam do gazet. Moja mama znalazła ostatnio kopertę z opowiadaniem zaadresowaną do „Filipinki”. 

Coś z tego wyniknęło?

Nic. A 14 lat temu – nie wiem, co mi strzeliło do głowy – wysłałam jedno opowiadanie do wydawnictwa Czarne. Co oni mogli zrobić z jednym krótkim opowiadaniem? Zachęcili mnie do dalszego pisania i tyle. A kiedy rok później urodziłam córkę, przestałam pisać na kilka dobrych lat. Chociaż nadal układałam opowieści w głowie. Pojawiały się podczas spacerów albo gdy zasypiałam. Ale nie byłam w stanie niczego napisać, zablokowałam się. I dopiero, kiedy cztery lata kupiliśmy działkę pod Warszawą, poczułam coś takiego, jak kiedyś, gdy jeździłam z babcią w góry. I od razu zaczęłam pisać. 

To była radość czy męka twórcza?

Czas, kiedy pisałam książkę, był dla mnie najspokojniejszym okresem w życiu. Czułam, że po latach przestaję mieć chaos w głowie. Niektórzy, by to osiągnąć, medytują, inni ćwiczą, a ja mogłam natłok myśli spisać i uporządkować. I robiło mi się spokojnie. 

W „Miejscu” pada określenie, że są książki prawdziwe i nieprawdziwe. Jak to rozumiesz?

To się wiąże z moją babcią, zresztą jedyną postacią, która w książce jest wzorowana na konkretnej osobie. Taki hołd złożony dzieciństwu, które spędziłam z babcią w górach. Zabierała nas – mojego brata Kubę, kuzynkę Wikcię i mnie – na całodzienne wyprawy po Karkonoszach. I zawsze, gdy schodziliśmy z gór do Szklarskiej Poręby albo innego miasteczka, mieliśmy obiecane nie tylko lody albo ciastko, ale też wizytę w księgarni. Z każdej górskiej wycieczki wracaliśmy do domu z książką pod pachą. I one wszystkie pachniały prawdziwą książką. Uwielbiałam to. A teraz często pachną plastikopodobnie.

Dominika Kuźniak, „Miejsce”
mat. prasowe

Narratorem „Miejsca” (wyd. Editio, 2019) Dominika Kluźniak uczyniła mężczyznę, który porzuca życie w mieście, przygarnia psa i przenosi się w Karkonosze, by nauczyć się samotności. 

Dom, który opisałaś, również istnieje naprawdę?

Tak, babcia opiekowała się pewnym domem w górskiej miejscowości i przez wiele lat zabierała do niego mnie, mojego brata i kuzynkę. Spędzaliśmy tam wszystkie wakacje, ferie, często także weekendy. Mam wrażenie, że pamiętam stamtąd każde drzewo, kamień, każdy zapach. To takie moje miejsce dzieciństwa. 

Ten dom stoi do dziś?

Teraz to elegancki pensjonat, ma nowego właściciela. Rok temu zabrałam w te okolice córki na ferie zimowe. Ale nie odważyłam się wejść do domu. Nie chciałam konfrontować wspomnień z rzeczywistością. Wolałam, aby tamten obraz został we mnie za zawsze, niezaburzony. 

Dominika Kluźniak: „Miejsce” było mi potrzebne

Dlaczego narratorem i bohaterem twojej książki jest mężczyzna? 

Podjęłam tę decyzję intuicyjnie, często tak robię w życiu. Zależało mi na oszczędnej, mniej emocjonalnej formie. Skreślałam nadmiar słów, na przykład zamiast trzech zdań zostawiałam jedno. Bo moim zdaniem mężczyźni używają mniej słów. Gdyby narratorką była kobieta, powstałaby zupełnie inna książka. Mój bohater wybiera ciszę, porzuca ludzi, miasto, karierę. I wyobraziłam go sobie jako mężczyznę. Oczywiście bałam się, że potem jakiś mężczyzna powie: „To wszystko jest nieprawdziwe. My tak nie myślimy, nie mówimy tak”. 

Bohater jest twoim alter ego?

Nie, żadna z postaci nie jest dokładnie mną, ale niektóre mają moje cechy. Bohater ma oczywiście moje spojrzenie na góry, na przyrodę. Ale jest radykalny – ucieka przed wszystkim i wszystkimi, zabiera ze sobą tylko psa. 

XIX-wieczny francuski pisarz Alphonse Toussenel stwierdził: „Na początku Bóg stworzył człowieka, ale widząc go tak słabym, dał mu psa”. Celne?

Świetne! I bardzo pasuje do sytuacji. Bohater sam mówi, że pies jest dla niego wsparciem. 

I jedynym towarzyszem na odludziu w Karkonoszach dla człowieka rozczarowanego światem i ludźmi. Dlaczego stworzyłaś takiego bohatera?

Za rok skończę 40 lat i – nie ma co ukrywać – mam już trochę doświadczeń. I trochę jest tak, że kiedy już opada euforia wywołana dorosłością, aktorstwem, a nawet jakimiś sukcesami w tym zawodzie, człowiek zaczyna widzieć, jak to wszystko funkcjonuje naprawdę. Że nie jest tak piękne i idealistyczne, jak się wydawało. Nie chciałabym, żeby ta książka była oskarżeniem świata i ludzi, ale z wiekiem perspektywa się zmienia. Patrzysz, jak twoje dziecko reaguje na świat, i myślisz: „Boże, jak ona się myli! Przecież to wszystko nie jest takie proste”. Ta naiwność jest oczywiście piękna i sama bardzo długo jej w sobie broniłam. Jednak pewne rzeczy się zdarzają: obmowa, nieszczerość. Wiem, że nie mogę przed tym uciec. A w książce się da: zobaczyć, co by było, gdyby...

Dominika Kuźniak
fot. Michał Dembiński

Co by było, gdybym odważyła się na taką ucieczkę?

Tak. Oczywiście nigdy tego nie zrobię, bo kocham swoją rodzinę. Ale pisanie książki skłoniło mnie do minimalizowania potrzeb. Podoba mi się to uczucie wolności, które zyskał mój bohater. Nie musi robić wielu rzeczy: ani po to, by zadowalać innych, ani żeby posiadać coraz więcej i więcej. I w trakcie pisania ta zmiana dokonywała się też we mnie. Zaczęłam bardziej doceniać swoje życie. 

Wolność i spokój muszą się łączyć z samotnością?

W wypadku bohatera książki tak. Ale wydaje mi się, że nie zawsze musi tak być. Myślę, że mogłabym to osiągnąć, nadal będąc blisko z rodziną, ale nie dając się zniewolić codziennej gonitwie. 

Ja się wszystkim przejmuję, bardzo wiele rzeczy mnie wewnętrznie pochłania. Zamiast na przykład wygodnie przysiąść – już nie mówię, żeby się rozsiąść – na kanapie, od razu zastanawiam się, czy nie powinnam akurat zrobić czegoś z dzieckiem. Odbieram sobie te chwile przyjemności, zadręczając się, że pewnie jestem złą matką. Mojemu dziecku oczywiście nie dzieje się żadna krzywda, ale we mnie spokoju już nie ma. Staram się oduczyć takiego myślenia.

Kiedy zdałaś sobie z tego sprawę?

To chyba przyszło wraz z pojawieniem się działki, gdzie uczę się po prostu odpoczywać, wyciszać, patrzeć na piękno wokół. Zrozumiałam, że jest coś cudownego w tym, jak starsi ludzie siadają na ławeczce przed domem i obserwują, myślą sobie o czymś, cieszą się chwilą. Zauważyłam, że kiedy tak siadam i mam ścianę lasu przed oczami, robię się mniej nerwowa. Ten kontakt z naturą stał się dla mnie bardzo ważny – mogę posłuchać, jak wiatr w liściach szeleści, zobaczyć, jak żuczek się przewrócił, poczuć zapach traw. Chcę ten stan w sobie zatrzymać, choć kawałeczek wnieść do swojej codzienności. 

Bardziej współczujesz czy zazdrościsz swojemu wolnemu, ale samotnemu bohaterowi?

Współczuję, ale szanuję jego wybór. Współczuję mu, bo jest tyle bezcennych chwil, które dają nam bliscy. Zresztą on też za tym tęskni. Ale przecież nie można powiedzieć, że życie w rodzinie jest lepsze, a samotne gorsze. Mój bohater nie chce żyć z kimś tylko po to, by nie czuć się samotnym. Jeśli fajnie mu się w życiu milczy, to dlaczego wpychać go znowu w rozmowy i kontakty z ludźmi? Niczego nie robi na siłę, nie poddaje się presji. I ja też chcę iść w tym kierunku, co nie oznacza, że się całkowicie odetnę. 

Przeżyłaś w życiu rozstanie, ale potrafiłaś znowu zaufać drugiemu człowiekowi. W odróżnieniu od twojego bohatera lubisz ludzi?

Lubię. Nawet dzisiaj na próbie w teatrze wyszło to, że zawsze wolę wynajdywać w nich pozytywne cechy. Jednak nie jestem bezkrytyczna. Zawsze daję jakiś kredyt zaufania, bo przecież wiadomo, że każdy z nas może popełnić błąd. Ale nie jestem już ufna. Zachowuję bezpieczną przestrzeń i mało kogo dopuszczam naprawdę blisko.

Książka była dla ciebie rodzajem autoterapii?

Raczej była mi potrzebna do tego, by powiedzieć pewne rzeczy na głos. Zobaczyć je wyartykułowane. Bo co innego, jak tkwią gdzieś we wnętrzu, a co innego, jak się je nazwie. Czarno na białym.

Co na przykład?

To, że każdy ma prawo, by jego życie wyglądało tak, jak tego chce. By samemu sobie dać przyzwolenie na jakiś rodzaj wolności, niezależności. By inni to uszanowali. By nie poddawać się schematom i presji. Bo nie chodzi przecież o zaszycie się w chałupie na wsi jak mój bohater. Tylko o próbę szczerej konfrontacji ze sobą, we własnym wnętrzu. 

Napisałaś: „Jestem jak ćma we wszechświecie”. 

Bo ja siebie tak odbieram. Mam wrażenie, że zachowuję się często jak ćma – tu polecę, potem tam, tu coś powiem, tam załatwię. I nie lubię tego w sobie. Chaos mnie denerwuje, a wiadomo, że denerwuje nas często to, co mamy w sobie. 

Twoim priorytetem jest spokój?

To ideał, na razie dla mnie nieosiągalny. Priorytetem jest na pewno rodzina. I uczciwość – w relacjach z innymi i z samą sobą, co jest oczywiście najtrudniejsze. I jeszcze: dążę do tego, żeby się po prostu cieszyć życiem, bo jestem zestresowana – myślę o śmierci, chorobach, przemijaniu. Bardzo mnie to dręczy. Nie potrafię sobie jeszcze poradzić z tymi tematami. 

Warwara z „Letników” Maksyma Gorkiego, którą grasz w Teatrze Narodowym, wypowiada takie słowa: „Jesteśmy letnikami we własnym kraju... przyjezdnymi ludźmi. Krzątamy się, szukając wygodnego miejsca w życiu... nic nie robimy i odrażająco dużo gadamy”. Napisane sto lat temu, ale chyba aktualne?

Bardzo! Naprawdę dobry tekst jest aktualny w każdym stuleciu. Wcale nie trzeba się przebierać we współczesny kostium, żeby był dla nas bardziej zrozumiały. I to nawet nie chodzi o nasze lokalne, polskie podwórko, tylko o aspekt globalny. My faktycznie ten świat, naszą planetę, traktujemy jak letnisko! Zachowujemy się tak, jakbyśmy za chwilę mieli z niego wyjechać. Zabawić się, naśmiecić i porzucić. Ale gdzie wyjedziemy? Co zrobimy, jeżeli natychmiast nie weźmiemy wszystkiego odpowiedzialnie w swoje ręce? Każdy z osobna. Mnie to codziennie totalnie absorbuje i zastanawiam się, co mogę zrobić poza segregacją śmieci i nieużywaniem plastiku. A te słowa Warwary są świetne, to jeden z moich ulubionych fragmentów z tej sztuki. 

Stresujesz się tym, jaki będzie odbiór twojej książki?

Do tego stopnia, że przestałam ostatnio dobrze spać. Nigdy nie przeżywałam tak żadnej premiery. To dziwne, bo czuję, że stało się coś dobrego, a mimo to kosztuje mnie to najwyraźniej mnóstwo emocji. W teatrze czy filmie mogę się schować za kostiumem, za reżyserem. Powiedzieć: „To jego wizja”. A tutaj biorę pełną odpowiedzialność za to, co napisałam. Nie jestem już tylko narzędziem. Ale podoba mi się ten nowy rozdział w moim życiu. I to jest najważniejsze.

Rozmowa z Dominiką Kluźniak ukazała się w „Urodzie Życia” 11/2019

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Anna Król i Paulina Wilk, Big Book Festival
mat. prasowe

Anna Król i Paulina Wilk, twórczynie Big Book Festival mówią: „Składamy się z liter” 

O książkach, czytaniu i festiwalu, który… miał się nie udać, opowiadają Anna Król i Paulina Wilk, pomysłodawczynie Big Book Festival, który już od 8 lat gości na kulturalnej mapie Warszawy.
Sylwia Niemczyk
11.05.2020

Rozmawiamy przez Skype’a w samym środku kwarantanny. Od kilku tygodni żadna z nas trzech nie wyszła z domu dalej niż na spacer z psem. W takim zamknięciu jeszcze wyraźniej widać, ile dają nam książki: są przyjaciółmi, bliskimi, czasem nawet najbliższymi, towarzyszami. Właśnie takie myślenie o książkach i czytaniu doprowadziło do powstania Big Book Festival, największego warszawskiego festiwalu książkowego – i jednej z najlepszych imprez roku! Pamiętacie pierwszą edycję Big Book Festivalu? Ania: To był 2013 rok, w lutym dowiedziałyśmy się, że dostałyśmy miejską dotację, a to był ostatni moment, bo już powoli traciłyśmy nadzieję, że uda się kogokolwiek przekonać do naszego marzenia. Wcześniej przez dwa lata chodziłyśmy po urzędach i sponsorach.  Paulina: Wiedziałyśmy, że teraz albo nigdy. Jak o tym dziś myślę, to widzę, że porwałyśmy się z motyką na słońce, to absolutnie nie miało prawa się udać. Sto procent brawury, ale okazało się, że ta nasza motyka miała odrzutową siłę.  Ania: Udało się i tamten pierwszy Big Book Festival przyniósł nam wiele radości, ale nie chciałabym przechodzić drugi raz przez tamten czas. Te cztery miesiące, podczas których musiałyśmy postawić festiwal od zupełnego zera, to była bardzo ciężka praca, dużo nerwów, cały czas nie zgadzał nam się budżet, zresztą nie zgodził się do końca i pamiętam, że mniej więcej 20 proc. kosztów pokryłam z moich oszczędności, ostatnich, jakie miałam w życiu! To było działanie na pograniczu partyzantki. Ale jednocześnie tamtemu festiwalowi towarzyszył ogromny entuzjazm, poczucie wspólnoty i przekonanie, że zaczynamy coś wielkiego. Zastanawiacie się, jak to się stało, że jednak wam się udało?  Ania: Ja z tamtego czasu najbardziej pamiętam to, że robiłyśmy wszystko:...

Czytaj dalej
Magdalena Łuniewska/Uroda Życia

Pięć najlepszych kryminałów – poleca królowa polskiego kryminału, Katarzyna Bonda!

Choć właśnie wydała nową książkę i już intensywnie pracuje nad następną, zawsze znajdzie czas, by przeczytać dobry kryminał. Oto pięć książek, które poleca Katarzyna Bonda.
Anna Zaleska
19.05.2020

Właśnie do księgarń trafiła nowa, długo trzymana w tajemnicy książka Katarzyny Bondy „Motyw ukryty. Zbrodnie, sprawcy i ich ofiary. Z archiwum profilera” (wyd. Muza). Rzecz dla ludzi o naprawdę mocnych nerwach. O ile bowiem nawet czytając najbardziej brutalny kryminał, możemy sobie powiedzieć: „Okej, ale to nie wydarzyło się naprawdę”, tym razem takiej możliwości nie będzie. „Motyw ukryty” to reportaż kryminalny pisany razem z Bogdanem Lachem, wybitnym polskim profilerem, specjalistą w dziedzinie przestępstw związanych z użyciem przemocy. Wciągające od pierwszej strony studium najciekawszych, a zarazem najbardziej wstrząsających spraw z archiwum psychologa śledczego. – Byli tacy sprawcy, takie ofiary, dokładnie takie motywy im przyświecały i takie ślady zachowania zostawili na miejscu zbrodni – opowiada mi Katarzyna Bonda. A jeśli po przeczytaniu tej książki zatęsknicie za fikcją i historiami, które nie wydarzyły się naprawdę, specjalnie dla czytelniczek „Urody Życia” królowa polskiego kryminału poleca pięć swoich ulubionych kryminałów. 1. „Ostre przedmioty”, Gillian Flynn (wyd. Znak Liternova) Debiutancka powieść autorki „Zaginionej dziewczyny”. W rodzinnym miasteczku dziennikarki śledczej Camille Preaker zostają zamordowane dwie dziewczynki, a ona otrzymuje zadanie opisania toczącego się śledztwa. Musi więc wrócić do Wind Gap, małej mieściny w stanie Missouri, z której uciekła, której szczerze nienawidzi i z której ma najgorsze wspomnienia. W dodatku nadal mieszka tam jej despotyczna matka. Katarzyna Bonda o „Ostrych przedmiotach”: Ta książka dotyka mnie szczególnie, nie tylko jeśli chodzi o wątek macierzyńsko-feministyczny oraz zbroję, jaką bohaterka musi nosić (i jaką noszą wszystkie bohaterki...

Czytaj dalej
Iza Grzybowska/Uroda Życia

Gabriela Muskała o ulubionych filmach: „Poruszają i zostają w pamięci na zawsze”

Od Stevena Spielberga po Agnieszkę Holland. Od „Dziecka Rosemary” po „Małą miss”. Aktorka i scenarzystka zdradza listę swoich ulubionych filmów.
Anna Zaleska
15.05.2020

Ostatnio rozmawiałam ze znajomym o tym, przy jakich filmach, na przestrzeni lat, doznaliśmy czegoś w rodzaju katharsis”, opowiada Gabriela Muskała, gdy pytam ją o jej ulubioną listę. „Chodzi o takie emocjonalne uwolnienie, gdy człowiek zaczyna się śmiać lub płakać, albo śmieje się, płacząc, naprawdę szczerze, z całego serca, i z kina wychodzi z wypiekami na twarzy. Często wcale nie są to filmy, które uważam za najwybitniejsze – dodaje aktorka – ale mocno poruszają i na zawsze zostają w pamięci”. Oto niezwykle ciekawy, nieoczywisty zestaw Gabrieli Muskały: E.T. (reż. Steven Spielberg, 1982 r.) Pierwszy raz naprawdę silnych emocji podczas seansu filmowego doświadczyłam, mając 13 lat. To było w kinie Aurora w Kłodzku. Wybrałam się na absolutny przebój początku lat 80., niezapomnianą opowieść o przyjaźni samotnego chłopca z kosmitą, który chce wrócić do domu. Do dziś pamiętam scenę, gdy wydaje nam się, że E.T. nie żyje, i zamykają go w worku dla nieboszczyków. Potwornie wtedy płakałam. Po czym nagle ktoś ten worek otwiera, wysuwa się z niego długi paluch i słychać: „E.T. go home”. Z płaczu płynnie przeszłam w śmiech wielkiej ulgi. Ale łzy wzruszenia pozostały. To było coś uwalniającego, czego chyba każdy szuka w kinie. Ucieczka z kina Wolność (reż. Wojciech Marczewski, 1990 r.) Zawsze niezwykle mocno przeżywam ten film. A oglądałam go wiele razy. Wielowymiarową postać cenzora zagrał genialnie mój ukochany aktor Janusz Gajos. Jego oczami patrzymy na bunt filmowych postaci, podczas seansu w kinie Wolność, w ostatnich latach peerelu. I ta spektakularna przemiana bohatera, scena, w której chodzi po dachach, a w tle rozbrzmiewa „Requiem” Mozarta… To film o poszukiwaniu wewnętrznej wolności. Za każdym razem podczas seansu mam wrażenie, że...

Czytaj dalej