Dominika Kluźniak o samotności, dzieciństwie i książkach, które leczą duszę
fot. Michał Dembiński

Dominika Kluźniak o samotności, dzieciństwie i książkach, które leczą duszę

O takich jak ona mówi się mól książkowy – cały czas coś czyta. Ona sama porównuje się do chaotycznie latającej ćmy i przyznaje: „Spokój to ideał, na razie dla mnie nieosiągalny.” Czy to debiut literacki pomoże jej zatrzymać się w miejscu?
Wika Kwiatkowska
04.06.2020

Jej twarz znają i miłośnicy seriali, i ambitnego teatru. W zeszłym roku wydała pierwszą bardzo dobrze przyjętą powieść „Miejsce”. Nam Dominika Kluźniak opowiada o zapachu prawdziwych książek, bibliotece w domu rodzinnym, fascynacji Dostojewskim i kobiecej literaturze, która ją ukształtowała.

Wika Kwiatkowska: Twoi koledzy z teatru mówią, że zawsze masz w ręku książkę, cały czas czytasz. 

Dominika Kluźniak: Tak jest, odkąd pamiętam. Dorastałam we Wrocławiu, w starej kamienicy blisko rynku, mieszkanie miało bardzo wysokie sufity. Jedna ze ścian była od góry do dołu wypełniona szczelnie książkami. I pamiętam, jak bardzo chciałam sięgnąć po coś z Dostojewskiego, a rodzice mówili: „Poczekaj jeszcze rok. Teraz przeczytaj co innego”. Jestem bardzo wdzięczna za ten dom pełen książek. Bo dzięki rodzicom i babci pokochałam literaturę. Ale też muzykę. Chodziliśmy do opery, filharmonii, teatru. Skończyłam zresztą szkołę muzyczną, ale wybrałam teatr.

Fiodor Dostojewski, Virginia Woolf i Sylvia Plath

Pisarz, który zrobił na tobie wtedy największe wrażenie? 

Właśnie Dostojewski. Jego „Bracia Karamazow” i „Idiota”. Przeczytałam te powieści, kiedy miałam jakieś 14 lat. A potem całą resztę – „Gracza”, „Łagodną”, „Wspomnienia z domu umarłych”, no i oczywiście „Zbrodnię i karę”.

Mocne wejście. A czy mogłabyś wymienić pięć ważnych dla ciebie książek, napisanych przez kobiety?

Na pewno „Do latarni morskiej” Virginii Woolf. Jestem też ogromną fanką „Wichrowych wzgórz” Emily Brontë. Przeczytałam tę powieść ze cztery razy. Ostatnio zachwyciła mnie książka Elizabeth Strout „Trwaj przy mnie”. A moje dwie ulubione poetki to Emily Dickinson i Sylvia Plath. Emily Dickinson kocham za wszystko, co napisała. Sylvię Plath za autobiograficzną powieść „Szklany klosz” i ostatni, przedśmiertny zbiór wierszy „Ariel”.

Pomysł na własną powieść dojrzewał w tobie przez lata czy był to nagły impuls?

Odkąd zaczęłam czytać, również pisałam. Ale, jak to żartobliwie mówiła moja mama, były to opowieści w klimacie „zabili go i uciekł”. Konwencja zależała od tego, co akurat czytałam. 

Na etapie „Tomka Sawyera” albo Karola Maya pisałam przygodowe historie z Indianami. Przy Joannie Chmielewskiej czy Agacie Christie – kryminały. Kiedy prawie 20 lat temu zaczęłam czytać Andrzeja Sapkowskiego, to fantasy. Zapełniałam grube zeszyty, do dzisiaj są w domu. Potem zaczęłam pisać opowiadania. I niektóre wysyłałam do gazet. Moja mama znalazła ostatnio kopertę z opowiadaniem zaadresowaną do „Filipinki”. 

Coś z tego wyniknęło?

Nic. A 14 lat temu – nie wiem, co mi strzeliło do głowy – wysłałam jedno opowiadanie do wydawnictwa Czarne. Co oni mogli zrobić z jednym krótkim opowiadaniem? Zachęcili mnie do dalszego pisania i tyle. A kiedy rok później urodziłam córkę, przestałam pisać na kilka dobrych lat. Chociaż nadal układałam opowieści w głowie. Pojawiały się podczas spacerów albo gdy zasypiałam. Ale nie byłam w stanie niczego napisać, zablokowałam się. I dopiero, kiedy cztery lata kupiliśmy działkę pod Warszawą, poczułam coś takiego, jak kiedyś, gdy jeździłam z babcią w góry. I od razu zaczęłam pisać. 

To była radość czy męka twórcza?

Czas, kiedy pisałam książkę, był dla mnie najspokojniejszym okresem w życiu. Czułam, że po latach przestaję mieć chaos w głowie. Niektórzy, by to osiągnąć, medytują, inni ćwiczą, a ja mogłam natłok myśli spisać i uporządkować. I robiło mi się spokojnie. 

W „Miejscu” pada określenie, że są książki prawdziwe i nieprawdziwe. Jak to rozumiesz?

To się wiąże z moją babcią, zresztą jedyną postacią, która w książce jest wzorowana na konkretnej osobie. Taki hołd złożony dzieciństwu, które spędziłam z babcią w górach. Zabierała nas – mojego brata Kubę, kuzynkę Wikcię i mnie – na całodzienne wyprawy po Karkonoszach. I zawsze, gdy schodziliśmy z gór do Szklarskiej Poręby albo innego miasteczka, mieliśmy obiecane nie tylko lody albo ciastko, ale też wizytę w księgarni. Z każdej górskiej wycieczki wracaliśmy do domu z książką pod pachą. I one wszystkie pachniały prawdziwą książką. Uwielbiałam to. A teraz często pachną plastikopodobnie.

Dominika Kuźniak, „Miejsce”
mat. prasowe

Narratorem „Miejsca” (wyd. Editio, 2019) Dominika Kluźniak uczyniła mężczyznę, który porzuca życie w mieście, przygarnia psa i przenosi się w Karkonosze, by nauczyć się samotności. 

Dom, który opisałaś, również istnieje naprawdę?

Tak, babcia opiekowała się pewnym domem w górskiej miejscowości i przez wiele lat zabierała do niego mnie, mojego brata i kuzynkę. Spędzaliśmy tam wszystkie wakacje, ferie, często także weekendy. Mam wrażenie, że pamiętam stamtąd każde drzewo, kamień, każdy zapach. To takie moje miejsce dzieciństwa. 

Ten dom stoi do dziś?

Teraz to elegancki pensjonat, ma nowego właściciela. Rok temu zabrałam w te okolice córki na ferie zimowe. Ale nie odważyłam się wejść do domu. Nie chciałam konfrontować wspomnień z rzeczywistością. Wolałam, aby tamten obraz został we mnie za zawsze, niezaburzony. 

Dominika Kluźniak: „Miejsce” było mi potrzebne

Dlaczego narratorem i bohaterem twojej książki jest mężczyzna? 

Podjęłam tę decyzję intuicyjnie, często tak robię w życiu. Zależało mi na oszczędnej, mniej emocjonalnej formie. Skreślałam nadmiar słów, na przykład zamiast trzech zdań zostawiałam jedno. Bo moim zdaniem mężczyźni używają mniej słów. Gdyby narratorką była kobieta, powstałaby zupełnie inna książka. Mój bohater wybiera ciszę, porzuca ludzi, miasto, karierę. I wyobraziłam go sobie jako mężczyznę. Oczywiście bałam się, że potem jakiś mężczyzna powie: „To wszystko jest nieprawdziwe. My tak nie myślimy, nie mówimy tak”. 

Bohater jest twoim alter ego?

Nie, żadna z postaci nie jest dokładnie mną, ale niektóre mają moje cechy. Bohater ma oczywiście moje spojrzenie na góry, na przyrodę. Ale jest radykalny – ucieka przed wszystkim i wszystkimi, zabiera ze sobą tylko psa. 

XIX-wieczny francuski pisarz Alphonse Toussenel stwierdził: „Na początku Bóg stworzył człowieka, ale widząc go tak słabym, dał mu psa”. Celne?

Świetne! I bardzo pasuje do sytuacji. Bohater sam mówi, że pies jest dla niego wsparciem. 

I jedynym towarzyszem na odludziu w Karkonoszach dla człowieka rozczarowanego światem i ludźmi. Dlaczego stworzyłaś takiego bohatera?

Za rok skończę 40 lat i – nie ma co ukrywać – mam już trochę doświadczeń. I trochę jest tak, że kiedy już opada euforia wywołana dorosłością, aktorstwem, a nawet jakimiś sukcesami w tym zawodzie, człowiek zaczyna widzieć, jak to wszystko funkcjonuje naprawdę. Że nie jest tak piękne i idealistyczne, jak się wydawało. Nie chciałabym, żeby ta książka była oskarżeniem świata i ludzi, ale z wiekiem perspektywa się zmienia. Patrzysz, jak twoje dziecko reaguje na świat, i myślisz: „Boże, jak ona się myli! Przecież to wszystko nie jest takie proste”. Ta naiwność jest oczywiście piękna i sama bardzo długo jej w sobie broniłam. Jednak pewne rzeczy się zdarzają: obmowa, nieszczerość. Wiem, że nie mogę przed tym uciec. A w książce się da: zobaczyć, co by było, gdyby...

Dominika Kuźniak
fot. Michał Dembiński

Co by było, gdybym odważyła się na taką ucieczkę?

Tak. Oczywiście nigdy tego nie zrobię, bo kocham swoją rodzinę. Ale pisanie książki skłoniło mnie do minimalizowania potrzeb. Podoba mi się to uczucie wolności, które zyskał mój bohater. Nie musi robić wielu rzeczy: ani po to, by zadowalać innych, ani żeby posiadać coraz więcej i więcej. I w trakcie pisania ta zmiana dokonywała się też we mnie. Zaczęłam bardziej doceniać swoje życie. 

Wolność i spokój muszą się łączyć z samotnością?

W wypadku bohatera książki tak. Ale wydaje mi się, że nie zawsze musi tak być. Myślę, że mogłabym to osiągnąć, nadal będąc blisko z rodziną, ale nie dając się zniewolić codziennej gonitwie. 

Ja się wszystkim przejmuję, bardzo wiele rzeczy mnie wewnętrznie pochłania. Zamiast na przykład wygodnie przysiąść – już nie mówię, żeby się rozsiąść – na kanapie, od razu zastanawiam się, czy nie powinnam akurat zrobić czegoś z dzieckiem. Odbieram sobie te chwile przyjemności, zadręczając się, że pewnie jestem złą matką. Mojemu dziecku oczywiście nie dzieje się żadna krzywda, ale we mnie spokoju już nie ma. Staram się oduczyć takiego myślenia.

Kiedy zdałaś sobie z tego sprawę?

To chyba przyszło wraz z pojawieniem się działki, gdzie uczę się po prostu odpoczywać, wyciszać, patrzeć na piękno wokół. Zrozumiałam, że jest coś cudownego w tym, jak starsi ludzie siadają na ławeczce przed domem i obserwują, myślą sobie o czymś, cieszą się chwilą. Zauważyłam, że kiedy tak siadam i mam ścianę lasu przed oczami, robię się mniej nerwowa. Ten kontakt z naturą stał się dla mnie bardzo ważny – mogę posłuchać, jak wiatr w liściach szeleści, zobaczyć, jak żuczek się przewrócił, poczuć zapach traw. Chcę ten stan w sobie zatrzymać, choć kawałeczek wnieść do swojej codzienności. 

Bardziej współczujesz czy zazdrościsz swojemu wolnemu, ale samotnemu bohaterowi?

Współczuję, ale szanuję jego wybór. Współczuję mu, bo jest tyle bezcennych chwil, które dają nam bliscy. Zresztą on też za tym tęskni. Ale przecież nie można powiedzieć, że życie w rodzinie jest lepsze, a samotne gorsze. Mój bohater nie chce żyć z kimś tylko po to, by nie czuć się samotnym. Jeśli fajnie mu się w życiu milczy, to dlaczego wpychać go znowu w rozmowy i kontakty z ludźmi? Niczego nie robi na siłę, nie poddaje się presji. I ja też chcę iść w tym kierunku, co nie oznacza, że się całkowicie odetnę. 

Przeżyłaś w życiu rozstanie, ale potrafiłaś znowu zaufać drugiemu człowiekowi. W odróżnieniu od twojego bohatera lubisz ludzi?

Lubię. Nawet dzisiaj na próbie w teatrze wyszło to, że zawsze wolę wynajdywać w nich pozytywne cechy. Jednak nie jestem bezkrytyczna. Zawsze daję jakiś kredyt zaufania, bo przecież wiadomo, że każdy z nas może popełnić błąd. Ale nie jestem już ufna. Zachowuję bezpieczną przestrzeń i mało kogo dopuszczam naprawdę blisko.

Książka była dla ciebie rodzajem autoterapii?

Raczej była mi potrzebna do tego, by powiedzieć pewne rzeczy na głos. Zobaczyć je wyartykułowane. Bo co innego, jak tkwią gdzieś we wnętrzu, a co innego, jak się je nazwie. Czarno na białym.

Co na przykład?

To, że każdy ma prawo, by jego życie wyglądało tak, jak tego chce. By samemu sobie dać przyzwolenie na jakiś rodzaj wolności, niezależności. By inni to uszanowali. By nie poddawać się schematom i presji. Bo nie chodzi przecież o zaszycie się w chałupie na wsi jak mój bohater. Tylko o próbę szczerej konfrontacji ze sobą, we własnym wnętrzu. 

Napisałaś: „Jestem jak ćma we wszechświecie”. 

Bo ja siebie tak odbieram. Mam wrażenie, że zachowuję się często jak ćma – tu polecę, potem tam, tu coś powiem, tam załatwię. I nie lubię tego w sobie. Chaos mnie denerwuje, a wiadomo, że denerwuje nas często to, co mamy w sobie. 

Twoim priorytetem jest spokój?

To ideał, na razie dla mnie nieosiągalny. Priorytetem jest na pewno rodzina. I uczciwość – w relacjach z innymi i z samą sobą, co jest oczywiście najtrudniejsze. I jeszcze: dążę do tego, żeby się po prostu cieszyć życiem, bo jestem zestresowana – myślę o śmierci, chorobach, przemijaniu. Bardzo mnie to dręczy. Nie potrafię sobie jeszcze poradzić z tymi tematami. 

Warwara z „Letników” Maksyma Gorkiego, którą grasz w Teatrze Narodowym, wypowiada takie słowa: „Jesteśmy letnikami we własnym kraju... przyjezdnymi ludźmi. Krzątamy się, szukając wygodnego miejsca w życiu... nic nie robimy i odrażająco dużo gadamy”. Napisane sto lat temu, ale chyba aktualne?

Bardzo! Naprawdę dobry tekst jest aktualny w każdym stuleciu. Wcale nie trzeba się przebierać we współczesny kostium, żeby był dla nas bardziej zrozumiały. I to nawet nie chodzi o nasze lokalne, polskie podwórko, tylko o aspekt globalny. My faktycznie ten świat, naszą planetę, traktujemy jak letnisko! Zachowujemy się tak, jakbyśmy za chwilę mieli z niego wyjechać. Zabawić się, naśmiecić i porzucić. Ale gdzie wyjedziemy? Co zrobimy, jeżeli natychmiast nie weźmiemy wszystkiego odpowiedzialnie w swoje ręce? Każdy z osobna. Mnie to codziennie totalnie absorbuje i zastanawiam się, co mogę zrobić poza segregacją śmieci i nieużywaniem plastiku. A te słowa Warwary są świetne, to jeden z moich ulubionych fragmentów z tej sztuki. 

Stresujesz się tym, jaki będzie odbiór twojej książki?

Do tego stopnia, że przestałam ostatnio dobrze spać. Nigdy nie przeżywałam tak żadnej premiery. To dziwne, bo czuję, że stało się coś dobrego, a mimo to kosztuje mnie to najwyraźniej mnóstwo emocji. W teatrze czy filmie mogę się schować za kostiumem, za reżyserem. Powiedzieć: „To jego wizja”. A tutaj biorę pełną odpowiedzialność za to, co napisałam. Nie jestem już tylko narzędziem. Ale podoba mi się ten nowy rozdział w moim życiu. I to jest najważniejsze.

Rozmowa z Dominiką Kluźniak ukazała się w „Urodzie Życia” 11/2019

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Katarzyna Bonda
fot. Magdalena Łuniewska/Buku Team

Katarzyna Bonda: „Każda samotna matka w jakimś stopniu jest wojowniczką”

Odniosła zawodowy sukces, jej córka powoli dorasta, a ona na nowo uwierzyła w miłość. „Teraz mogę sobie odpuścić, odłożyć broń, wyrzucić wszystkie ukryte sztylety”, mówi królowa polskiego kryminału.
Marta Strzelecka
28.05.2020

Jest jedną z najpoczytniejszych i najlepiej rozpoznawalnych polskich pisarek. Znaki szczególne? Długie blond włosy i sukienki – zawsze o tym samym kroju. Jednak to nie wygląd sprawił, że jest uznawana za królową polskiego kryminału . Tylko talent, wytrwałość i wyjątkowa odwaga, którą pisarka skromnie nazywa „niefrasobliwością”. Chociaż w swoich książkach kryminalnych Katarzyna Bonda pisze o przemocy, bólu i zbrodniach, to praca nad pierwszym romansem okazała się na tyle niebezpieczna (dosłownie – pisarce grożono) i obciążająca emocjonalnie, że nie mogła jej skończyć przez kilkanaście lat. „Zorientowałam się, że opowiadanie o miłości sprawia mi trudność”, przyznaje Bonda. Pierwsza część trylogii romantycznej „Miłość leczy rany”, ukazała się wreszcie pod koniec 2019, a autorka zadedykowała ją byłemu partnerowi, który – jak mówi – przywrócił jej wiarę w miłość. Teraz Katarzyna Bonda wraca do kryminalnych korzeni i razem z psychologiem sądowym Bogdanem Lachem napisała reportaż „Motyw ukryty. Zbrodnie, sprawcy i ich ofiary. Z archiwum profilera”.   Marta Strzelecka: W tym słonecznym mieszkaniu pisze pani o zbrodniach? Katarzyna Bonda: Mieszkam tu od niedawna, od ponad roku. I tak się składa, że właśnie tu skończyłam pracować nad moją pierwszą książką o miłości. Najwięcej słońca wpada do gabinetu, jest w nim naprawdę jasno. Kiedy weszłam do tego mieszkania po raz pierwszy, poczułam się jak w domu. Wcześniej żyłyśmy z córką w mniejszej przestrzeni, wszystko w jednym pokoju, wszędzie książki. Pisałam w nocy, siadałam przy biurku, kiedy dziecko zasypiało. Teraz ma swój pokój. Nie ma tu pokoju dla męża? Nie ma, ale nie wykluczam. Wystarczy tylko zmienić aranżację wnętrza. Wierzę w miłość....

Czytaj dalej
Jennifer Croft z Olgą Tokarczuk, Uroda Życia
east news

Jennifer Croft, tłumaczka Olgi Tokarczuk, szczerze o książkach noblistki

„Pierwszy raz spotkałyśmy się 10 lat temu w Krakowie, na piwie”.
Sylwia Niemczyk
21.10.2019

Kim ona jest? – zastanawiali się wszyscy, kiedy z Olgą Tokarczuk odbierała literacką nagrodę Bookera, jedną z najważniejszych na świecie. Jennifer Croft przyciągała uwagę nie mniej niż pisarka – w końcu tłumacząc „Biegunów”, stworzyła ich międzynarodowy sukces. „Chodziło mi o to, żeby czytelnicy poznali charakter Olgi, jej otwartość, ciekawość ludzi, empatię” – mówi Marcie Strzeleckiej w „Urodzie Życia”. Marta Strzelecka „Uroda Życia”: Język polski pojawił się w pani życiu przez przypadek? Jennifer Croft:  Zaczęłam uczyć się polskiego na studiach lingwistycznych, rzeczywiście nie planując tego wcześniej. Chodziłam na lekcje rosyjskiego i ktoś podpowiedział mi, żebym zajęła się jeszcze jednym językiem słowiańskim, wybrałam więc polski. Niczego wtedy nie wiedziałam o Polsce, co tylko podsyciło mój zapał. Miałam świetną nauczycielkę. A kiedy zaczęłam czytać w tym języku, z pasją poznawałam wiersze Szymborskiej, teksty Krall, książki Olgi Tokarczuk.  Co zachwyciło panią tak bardzo, że postanowiła tłumaczyć z polskiego? Emocje, które odnajdowałam w tym języku, sposób opisywania rzeczywistości – bardzo mi bliski, ale jednocześnie świeży. Miał w sobie humor, ironię, ciekawość świata. Trzy pierwsze autorki, które poznawałam po polsku, są przecież bardzo różne, a jednak odczytałam z ich tekstów wspólny ton, jakiś rodzaj zachwytu nad światem, czułość, wymieszaną z błyskotliwym humorem, czasem ironią. Ale tak naprawdę jeden wiersz sprawił, że zostałam tłumaczką – „Urodziny” Wisławy Szymborskiej. Poznałam go najpierw w amerykańskim przekładzie, potem przeczytałam tekst o tym, jak powstawała angielskojęzyczna wersja, i uznałam, że to rodzaj magii, żeby w dwóch językach tak...

Czytaj dalej
Magda Stachula / Fot. Szara Reneta

Magda Stachula zdradza, czego naprawdę boi się autorka thrillerów

„Miałam taką sytuację, że podczas live'u z czytelnikami ktoś mnie zapytał, czy nie boję się psychofanów. Zażartowałam, że nie, nie jestem gwiazdą rocka ani znaną aktorką. A następnego dnia wychodzę rano z bloku…”
Anna Zaleska
22.06.2020

Od Magdy Stachuli i jej powieści „Idealna” z 2016 roku zaczęło się polskie domestic noir. Thrillery i kryminały pisane w tym nurcie, zwykle przez kobiety, pokazują, że zło często czai się w naszym najbliższym otoczeniu, w małżeństwie czy w rodzinie. Ofiarami są kobiety, uwikłane w historie, z których nie są w stanie się wydobyć. Mroczna prawda skrywa się za pozorami normalnego życia, wydawałoby się – patrząc z boku – godnego pozazdroszczenia. Tak też jest w powieści Magdy Stachuli „Oszukana” (Wydawnictwo Edipresse Książki). Jej bohaterka Lena ukrywa swoją prawdziwą tożsamość, uznając, że to dla niej jedyny ratunek. Ale zarazem pułapka. Zastaję panią na Polesiu, nad Jeziorem Białym. W powieści „Oszukana” to właśnie tutaj znaleziono ludzkie zwłoki. Tak, tu w pobliżu. W „Oszukanej” po raz pierwszy przeniosłam akcję z dużego miasta do lasu i na wieś. W moich poprzednich thrillerach zagrożenie czaiło się w wielkomiejskim tłumie, wynikało z anonimowości. Ktoś kogoś podglądał, ktoś krążył w pobliżu, ludzi było dużo, trudno było wychwycić, kto może stanowić zagrożenie. Pisząc „Oszukaną” zastanawiałam się, czy znajdę ten strach w naturze. I znalazła go pani. Całkiem sporo, muszę przyznać. Pewnej nocy wyszłam do ogrodu tuż przy lesie i go poczułam. W mieście nigdy nie ma tak nieprzeniknionej ciemności. Tak tajemniczych odgłosów. Hałasy dochodzące z lasu budzą grozę – czy to dzikie zwierzę, które przechadza się za płotem, czy ktoś tam się czai, obserwuje nas z ukrycia? Poczułam taki pierwotny strach, bliższy temu, który towarzyszył naszym przodkom. W mieście dużo może się wydarzyć w naszej głowie, słyszymy jakieś wewnętrzne podszepty, natomiast w lesie naprawdę się dzieje. Las działa na wyobraźnię. „Idealna”...

Czytaj dalej
Dominika Ostałowska
Martyna Galla

Dominika Ostałowska: „Zaczynam być z siebie dumna. A to już jakiś krok w dobrą stronę”

„Myślę o tym, co mi się udało, co mam, czego dokonałam. Dostrzegam to i cieszę się, bo to nowość w moim życiu. Zaczynam być z siebie dumna. A to już jakiś krok w dobrą stronę”, mówi aktorka Dominika Ostałowska.
Karolina Morelowska-Siluk
25.10.2020

  Karolina Morelowska-Siluk: W sztuce „Cudowna terapia” zagrała pani  Joannę, kobietę, która razem z mężem trafia do terapeuty, by ratować małżeństwo. Jaka jest pani bohaterka? Dominika Ostałowska: Nie lubię opowiadać o swoich bohaterkach, wolę je grać, więc posłużę się jedynie surowym opisem. To kobieta, która jest matką i żoną od 17 lat. Przeżyła parę pięknych chwil, ale też kilka rozczarowań. Ma swoje marzenia, potrzeby, oczekiwania. Czuje, że one nie do końca są zaspokojone. Jest nieszczęśliwa? Jak ocenia ją inna kobieta, Dominika Ostałowska? Myślę, że ona nie umie dostrzec plusów sytuacji, w której jest. I chyba w dużej mierze z tego wynikają jej problemy. Bardzo często zatrzymujemy się przy naszych brakach, niespełnionych nadziejach, skupiamy się na nich tak mocno, że nie starcza nam wzroku, energii na dostrzeżenie, że oprócz tego, czego w naszym życiu nie ma, jest ta pula spraw, które toczą się pomyślnie. No i te wywindowane oczekiwania, potem kolejne i kolejne rozczarowania.  Lepiej nie pragnąć, nie marzyć? To jest takie buddyjskie podejście do sprawy – nie potrzebować niczego. Nie sądzę, żeby to było w pełni możliwe w dzisiejszym świecie. Owszem, pociągająca jest myśl o takim stopniu niezależności, jednak im dłużej żyję, tym mniej wydaje mi się to prawdopodobne. Zwykle jest chyba odwrotnie, jeśli już w ogóle myślimy o takim wyzbyciu się wszystkiego, to raczej na późniejszym etapie życia. Młodość zwykle krzyczy: „Chcę! Dajcie mi!”. To prawda, ale mam raczej odwrotnie. Im więcej widziałam, spróbowałam, doświadczyłam, tym dalej mi do ascezy. Nie chcę rezygnować z tego, co daje życie, z drobnych przyjemności. Pamiętam, że kiedy byłam bardzo młodą osobą, marzyłam o harmonijnym...

Czytaj dalej