Paulina Młynarska: „Całe moje życie polega na przekłuwaniu balonów hipokryzji”
Olga Majrowska

Paulina Młynarska: „Całe moje życie polega na przekłuwaniu balonów hipokryzji”

Paulina Młynarska jest rzeczniczką kobiet, osób nieheteronormatywnych i wszystkich tych, których prawa są nierespektowane. Od kilku lat mieszka na Krecie, prowadzi warsztaty jogi i medytacji.
Sylwia Niemczyk
15.12.2020

Mam taki defekt, jakąś życiową dysfunkcję, która polega na tym, że nie toleruję zakłamania, udawactwa. Całe moje życie polega na przekłuwaniu balonów hipokryzji. Na stawianiu lustra przed paniami Dulskimi, ale też na stawaniu po stronie innych kobiet i mówieniu im w kółko: »Zobaczcie, ile rzeczy mi się nie udało. Ileż razy się potknęłam, wypieprzyłam w piach, dostałam między oczy – ale żyję! I ty też żyj!«. Dużo mnie to kosztuje, ale nie umiem inaczej”, mówi Paulina Młynarska, kiedyś dziennikarka, dzisiaj pisarka, aktywistka i nauczycielka jogi.

Sylwia Niemczyk: Jogini zawsze kojarzyli mi się ze spokojem i ciszą – ale ty mi zupełnie rozbijasz ten stereotyp.

Paulina Młynarska: I bardzo dobrze! W praktykowaniu jogi wcale nie chodzi o to, żeby było tylko cicho i spokojnie. Nieraz jest tak, że kiedy piszę jakieś zaangażowane posty, na przykład na Facebooku, dostaję protekcjonalne komentarze: „Po co tyle emocji? Ja się spodziewałam, że skoro jest Pani taką uduchowioną joginką, to znajdę u Pani więcej pozytywnej energii”. Spokojnie na to wtedy odpisuję, że praktyka jogi nie ma na celu uczynienie z człowieka pogodnego idioty. Gandhi był joginem, Dalajlama jest joginem – to przecież są bardzo stanowczy ludzie, a nie chłopcy do bicia, jakieś poczciwiny, które tylko nastawiają raz jeden, raz drugi policzek. 

W praktyce jogi najważniejsze to dowiedzieć się, kim się jest. Jaka jest nasza prawdziwa natura. Są osoby, które mają naturę kontemplacyjną i introwertyczną, ale ja na pewno do nich nie należę. Moja natura jest wojownicza, konfrontacyjna. Taka jestem. To, że praktykuję jogę, nie znaczy, że mam porzucić siebie i zacząć unosić się nad ziemią, otoczona zapachem kadzidełek z głupkowatym uśmiechem na twarzy. 

Paulina Młynarska o swojej walce o prawa mniejszości

Od lat walczysz o prawa kobiet i osób LGBT+. 

W Polsce dzieje się wiele złego, jeśli chodzi o prawa kobiet. Nie umiem o tym nie mówić. Żyjemy w świecie, który został zbudowany na niesprawiedliwości wobec kobiet, co więcej, my tę niesprawiedliwość i pogardę mamy w sobie uwewnętrznioną. I nawet z niej sobie nie zdajemy sprawy. Prowadzę warsztaty „Miejsce mocy” i nieraz słyszę od uczestniczek, co muszą znosić od kolegów z pracy, od swoich szefów i… od siebie samych. I powiem ci coś jeszcze. Przez lata pracowałam z kobietami jako dziennikarka. Przez 11 lat prowadziłam program „Miasto kobiet”. Przeprowadziłam w nim setki rozmów – i były to nieraz rozmowy na bardzo trudne tematy. Ale dopiero gdy zaczęłam pracować jako nauczycielka jogi, dotarło do mnie, że skala przemocy, niesprawiedliwości, okrucieństwa wobec kobiet jest aż tak wielka! Rozpoznaję ją dopiero teraz, dotykając kobiecych ciał podczas warsztatów, słuchając ich opowieści, patrząc im w oczy. 

Nie umiem nie mówić o dramatycznej sytuacji osób nieheteronormatywnych, na które została w ostatnim czasie rozkręcona nagonka, która jest cyniczną, polityczną grą. Nie umiem milczeć o tym, że w Polsce się bije dzieci i gnoi się je. Uważam, że trzeba zło nazywać po imieniu i stawać twardo w obronie poszkodowanych. A skoro dysponuję zasięgami, to z nich korzystam. 

Wierzysz w to, że zabierając głos, realnie coś zmieniasz?

Tak. Mam w tej chwili ponad 300 tysięcy obserwujących na FB i Instagramie. To więcej niż nakład niejednej gazety w Polsce. Kiedy pewne rzeczy się powtarza, nazywa po imieniu, gdy się motywuje ludzi do działania i sprzeciwu, to realnie coś się zmienia. Dożyję upadku patriarchatu. Tak myślę. 

Mówisz głośno nie tylko o innych, ale też o krzywdzie, która cię spotkała, kiedy byłaś nastolatką. 

Moje własne #MeToo miało miejsce na wiele lat przed wielką akcją #MeToo z 2017 roku. Już bardzo dawno temu powiedziałam, co spotkało mnie z rąk dorosłych. I kiedy to powiedziałam, poznałam wszystkie kolory furii, nienawiści, hejtu i odrzucenia, jakie tylko istnieją na świecie. Wszak, opowiadając o swoich doświadczeniach, zwróciłam się przeciwko komuś bardzo ważnemu w środowisku, w którym wyrastałam: artystów, twórców, intelektualistów.

Naiwnie myślałaś, że jak opowiesz, o tym, że na planie „Kroniki wypadków miłosnych” Andrzej Wajda zmusił cię, wówczas 14-letnią, do zagrania sceny erotycznej, to wszyscy się oburzą i staną po twojej stronie. 

Przez lata liczyłam na zrozumienie i empatię, ale jej nie dostałam. Nie tylko od obcych ludzi, ale też nie od wielu moich bliskich. Długo nosiłam w sobie żal o to. Dopiero dzięki jodze zrozumiałam, że nie tędy droga. Teraz już wiem, że jedyną osobą, od której mogę i powinnam oczekiwać empatii, jestem ja sama. Mogę też i powinnam wymagać od siebie empatii dla innych, ale już nie odwrotnie. Dlatego dzisiaj w ogóle nie bolą mnie jakieś obraźliwe komentarze na mój temat. Kiedy je czytam, wiem, że tam w ogóle nie chodzi o mnie. Ludzie reagują z własnych bolących miejsc. Gdy zaczynają mnie atakować, to najczęściej znak, że jakaś moja opowieść, czasem nawet jedno słowo musiało te ich bolesne miejsca podrażnić. 

Paulina Młynarska
Olga Majrowska

Naprawdę te obraźliwe komentarze cię nie dotykają? Masz taką twardą skórę?

Twardej skóry nie mam z pewnością. Ale mam za to taki defekt, może jest na to jakaś nazwa, jakąś życiową dysfunkcję, która polega na tym, że nie toleruję zakłamania, udawactwa. Nie jestem w stanie tego znieść. 

Mówisz: defekt? A nie dar?

Jeśli dar, to taki, który bardzo utrudnia życie. Ale jednocześnie ten mój brak tolerancji na hipokryzję zawsze był dla mnie kalorycznym paliwem. 

Ukształtowała mnie Francja, do której wyjechałam jako bardzo młoda dziewczyna. Tam panowały wówczas, w latach 80., zupełnie inne normy niż u nas: kobiety mówiły głośno, czego chcą i co myślą, miały świadomość, jakim kosztem wywalczyły swoje prawa, były asertywne i niezależne. Będąc tam, przekonałam się, że można żyć inaczej. Potem wróciłam do Polski i zobaczyłam, że tu nic się nie zmieniło: wciąż panuje moralność pani Dulskiej, według której kobietom systemowo robi się świństwa, a brudy pierze się we własnym domu. Przy czym same kobiety udają, że nie widzą, co jest grane. A ja jestem taka harda Hanka, która nie zgadza się siedzieć cicho. Nie dziwię się, że po każdym moim wystąpieniu „Fakt” i Pudelek szalały. To były rzeczy, o których nie mówiło się nawet po cichu, a ja mówiłam głośno, krzyczałam wręcz. Myślę, że ludzie nie wiedzieli, co z tym zrobić, jak się do tego odnieść.

Opowiadanie o sobie i własnym życiu jako kobiety w patriarchalnym polskim społeczeństwie stało się w pewnym momencie dla mnie formą działalności feministycznej i społecznej. Zadaniem, które sobie postawiłam, było przekłuwanie tego balonu zakłamania i stawianie lustra przed paniami Dulskimi. Ale też stawanie po stronie kobiet poprzez mówienie im: „Zobaczcie, ile rzeczy mi się nie udało. Ile razy się potknęłam, wypieprzyłam w piach, pozbierałam, otrzepałam, znowu się wyrżnęłam, znowu otrzepałam, dostałam między oczy – i żyję. I ty też będziesz żyć!”. Kiedyś nie miałam świadomości, którą mam dzisiaj, że dokładnie na tych upadkach i powstawaniu polega życie. Myślałam, że któregoś razu to się tak porządnie otrzepię – i już będę otrzepana. Nigdy więcej się nie potknę, „ułożę sobie życie”. A to tak nie działa. Dopóki żyjesz, będziesz się wypieprzać i zbierać na nowo. I to jest w porządku, nie ma co się biczować. To też zrozumiałam dzięki psychoterapii i jodze. 

Przez dużą część życia byłaś na psychoterapii, jesteś jedną z osób publicznych, które otwarcie o tym mówią. Co ci dała psychoterapia? 

Uratowała mi życie. To jest bardzo prosta odpowiedź. Gdybym nie poszła na psychoterapię, gdybym nie podjęła tej pracy, gdybym w niej nie wytrwała… Podjąć to jedna rzecz, a wytrwać, szczególnie wtedy, kiedy robi się trudno, kiedy już zagaszone są główne pożary i zaczynamy kopać głębiej, więc pojawiają się pierwsze trudne pytania – już jest o wiele trudniej. Bo wtedy powstaje opór. Zazwyczaj zaczynamy mówić, że nasz terapeuta jest głupi, nie odpowiada nam jego głos, to, że wierci się czy chrząka. Zaczynamy się spóźniać albo odwoływać spotkania z niby to niezwiązanych powodów. Po naprawdę długim doświadczeniu bycia w psychoterapii mogę powiedzieć tyle: jeśli masz ochotę rzucić swojego terapeutę, to prawdopodobnie jesteście właśnie u progu czegoś ważnego. Ja wytrwałam, choć było bardzo ciężko. Wytrwałam ze względu na Alę. Bardzo chciałam, żeby miała mamę. I żeby miała mamę zdrową. Początkowo robiłam to tylko z miłości do swojego dziecka, a potem – z miłości do mojego wewnętrznego dziecka. I z poczucia sensu. 

A co ci daje joga?

Tego nie sposób zliczyć. Wglądy w rzeczywistość. Moja mata do jogi to moja tratwa na wzburzonym morzu. To jest moja bezpieczna przestrzeń, tam załatwiam swoje sprawy. Wracam na nią po to, żeby coś przeoddychać, przemilczeć, przećwiczyć. Ukoić różne emocje, uspokoić umysł. 

Paulina Młynarska
Olga Majrowska

Jak to się stało, że z dziennikarki telewizyjnej zostałaś nauczycielką jogi? 

Wiele lat temu, 10, może 12 – mieszkałam wtedy w Kościelisku – ciągle bolały mnie plecy i jeden fizjoterapeuta, uroczy starszy pan, pokazał mi kilka ćwiczeń. Powiedział, że jak będę je robić codziennie, to moje bóle się skończą. Więc zaczęłam praktykować codziennie, ale w ogóle tego nie nazywałam jogą. Po jakimś czasie te kilka ćwiczeń mi się znudziło, zaczęłam więc na YouTubie szukać nowych – i okazało się, że mój fizjoterapeuta po prostu pokazał mi klasyczną sekwencję ze szkoły Sivananda, z którą pracuję do tej pory. Wtedy zaczęłam kopać głębiej, ale nadal w ogóle tego, co robiłam, nie nazywałam jogą. Tak sobie po prostu ćwiczyłam w piżamie, codziennie medytując i coraz więcej czytając o jodze.

Nie rozmyślałam jednak o tym zbyt wiele, jedynie czasem się podśmiechiwałam, kiedy widziałam na YouTubie różne joginki opowiadające o wibracjach, energiach i poprzednich życiach, bo to zupełnie nie był mój klimat. W tym czasie podjęłam decyzję, że będę już stopniowo wygaszać swoją aktywność w mediach, ale, broń Boże, nie widziałam wtedy jogi jako swojego zawodu! Gdyby te ileś lat temu ktoś mi powiedział, że będę uczyć jogi, to bym się chyba opluła ze śmiechu. 

Kiedy w takim razie joga stała się twoim sposobem na życie?

Pewnie zostałabym już na zawsze jedną z tych permanentnie początkujących, gdyby nie wyjazd na Sri Lankę kilka lat temu. Pojechałam tam pisać książkę, siedziałam całymi dniami w hoteliku, trochę mi się nudziło, bo ileż można siedzieć przed laptopem. I któregoś dnia na spacerze patrzę: joga, jakieś takie drzwi niepozorne. Pomyślałam, że pójdę tam w wolnej chwili, trochę się oderwę od pisania. Poszłam, zapukałam, otworzył mi opalony na brązowo, pomarszczony Anglik. Wyglądał jak stary tancerz – skóra opięta na ścięgnach i mięśniach, ani grama tłuszczu. Przenikliwe oczy, uśmiech od ucha do ucha. Wcielona dobroć i spokój. Usiadłam obok niego na macie i poczułam coś dziwnego: że już mogłabym stamtąd nie wychodzić. Że jestem właśnie stąd. Spędziłam u niego dwa tygodnie, potem ze względu na pracę musiałam jechać do Polski, ale szybko wróciłam na dużo dłużej. I potem pojechałam tam jeszcze raz i znów. Już wiedziałam, że to jest to. Przestawiłam swoją zwrotnicę życiową. 

Brzmi jak jogiczna opowieść o przeznaczeniu.

Bardzo ostrożnie wchodzę w takie tematy. Przy jodze jest bardzo łatwo „odlecieć”, co moim zdaniem nie jest dobre. Nagle zaczynamy więcej myśleć o tym, kim byłyśmy w poprzednich wcieleniach, niż o tym, co mamy do zrobienia tutaj, teraz, konkretnie. Joga jest ezoteryczna i składa się z wielu trudnych i tajemniczych praktyk duchowych, ale wejście w nie na serio wymaga czasu, determinacji i zderzenia się z bardzo trudnymi emocjami. Nie lubię o tym mówić. A już tym bardziej słuchać powierzchownego ględzenia o „energiach i wibracjach”. Zwłaszcza, kiedy nie idzie za tym konkret w postaci ogarniętego, dobrego, solidnego zakorzenienia w życiu. Najpierw stań mocno nogami na ziemi i zastanów się, kim jesteś. Potem możemy sobie podyskutować o „wibracjach”. I na pewno nie będzie to gadka „na łamach”.

Zostawmy więc wibracje – co było dalej? 

Mój mistrzunio namówił mnie, żebym pojechała do aśramy. Radził, żebym pobyła z większą grupą ludzi, którzy są na tym samym etapie praktyki, co ja. Pojechałam i to był dla mnie szok. Aśrama to prawdziwe koszary: rygor, ćwiczenie asan, medytacje i wykłady od świtu do nocy. Dużo siedzenia na tyłku, a akurat mój wtedy jeszcze nie był do tego przystosowany, więc cholernie mnie bolał. Asany ćwiczy się także po to, by ciało nie przeszkadzało w siedzeniu w medytacji. Poza tym ciągle byłam głodna, dużo tam wtedy schudłam na stricte wegańskiej, skąpej diecie. Ten pierwszy pobyt – bo potem były kolejne – był bardzo ciężki. Ale jednocześnie przeżyłam wtedy kilka bardzo głębokich chwil, siedząc na tym swoim obolałym tyłku podczas wspólnych medytacji. Parę ważnych życiowych tematów mi w końcu „zaskoczyło”, jakby jakaś zapadka się wsunęła w odpowiednie miejsce. 

Co to były za tematy?

Na przykład to, co mówiłam o empatii – że to ja mam sobie ją dawać, a nie oczekiwać jej od innych. Albo to, co powiedziałam o ciągłym wywalaniu się w życiu. Wtedy to zrozumiałam i zaakceptowałam. Dzięki tamtym wysiedzianym godzinom minął wewnętrzny ból, który nosiłam w sobie przez lata. Oczywiście, cały czas się buntuję, wciąż walczę o prawa kobiet, czyli o siebie, ale to już nie jest walka, która mnie spala. A tak właśnie kiedyś było. 

Swój planer jogiczny na 2021 rok, który właśnie wydałaś, zadedykowałaś kobietom buntowniczkom. 

Trzeba odróżnić bunt autodestrukcyjny, który drenuje nas z sił, od buntu świadomego, w którym już nie rzucamy się z furią w ogień, tylko ważymy, na co nas stać. Jaki koszt jesteśmy w stanie ponieść. To bunt, który idzie w parze ze zgodą na to, że po drodze przegramy kilka bitew i nieuchronnie przyjdzie nam lizać rany. 

Kiedy byłam młodsza, było dla mnie bardzo ważne, żeby wykrzyczeć swoją prawdę – swoją i wielu innych kobiet – ale w ten sposób wystawiałam się na ciosy. Nie umiałam jeszcze myśleć strategicznie. Tamten młodzieńczy bunt był mi potrzebny, uważam, że czasem warto wykrzyczeć to swoje: „Nie zgadzam się!”, ale teraz przyszedł w moim życiu czas już na coś innego. Mniej więcej w okolicy czterdziestki powołałam w sobie do życia „DOROSŁĄ”. Osobę, która z miłością podeszła do tej krzyczącej i płaczącej dziewczynki mieszkającej we mnie, przytuliła ją i powiedziała: „Już dobrze. Wiem, przez co przeszłaś. Widzę cię i słyszę. Jestem z tobą”. Teraz jest czas działania tej dorosłej.

Paulina Młynarska
Olga Majrowska

I ta dziewczynka w tobie się uspokoiła?

Tak, dzisiaj ta moja Mała Rozbójniczka – to zawsze była moja ukochana baśniowa bohaterka – czuje się bezpieczna i zaopiekowana. Choć wciąż jest poraniona. Bardzo dużo pracy włożyłam w to, żeby opatrzyć rany zadane mi w dzieciństwie przez dorosłych, ale one wciąż od czasu do czasu się otwierają. Tak już będzie zawsze.

W swoim nowym planerze piszesz dużo o dojrzewaniu i o tym, że jego oznaką jest, jak to mówi Qczaj, ukochanie siebie. 

Ja w tym jego góralskim „Ukochoj się” absolutnie się odnajduję! Uważam, że to jest najprostsza i najlepsza filozofia życia. Bardzo bliska jodze. Tylko że zanim się „ukochomy”, to jeszcze musimy sobie opowiedzieć prawdę o sobie. Musimy sobie opowiedzieć nie tylko to, kim jesteśmy, ale też, co się z nami działo wcześniej i w jakiej sytuacji się znajdujemy obecnie. Jakie są z niej opcje wyjścia? Jakiej pracy wymagają? Musimy przejrzeć scenariusze, którymi się posługujemy w życiu i zacząć korzystać z nich świadomie: „W mojej rodzinie zawsze robiło się tak, ale można przecież robić inaczej”. 

Dlaczego przeprowadziłaś się na Kretę? 

Przez wiele lat wspaniale mieszkało mi się w Kościelisku. Napisałam nawet dwie książki, którymi oddałam mu hołd. Ale już od dłuższego czasu wiedziałam, że nadciąga zmiana. O tym, że zamieszkam w Grecji, wiedziałam od szóstego roku życia. Byliśmy wtedy z rodzicami na wyspie Skopelos, to była strasznie długa podróż, jechaliśmy naszą ładą przez Rumunię, Bułgarię, razem z siostrą Agatą ciągle kłóciłyśmy się na tylnym siedzeniu. Upał, nuda. Ale gdy już dojechaliśmy, to mnie, sześcioletnią, po prostu zamurowało z zachwytu! Mało pamięta się z takiego wczesnego dzieciństwa, ale ja doskonale do dziś mogę przywołać tamten zapach, kolor nieba i kamyki na plaży. I to, że wtedy pomyślałam, że niemożliwe jest, żeby istniało na świecie coś piękniejszego! Przeprowadzka nie była nagłym zrywem serca. Co roku jeździłam do Grecji na wakacje i zawsze wtedy oglądałam domy i mieszkania na sprzedaż. 

Dopóki żył mój ojciec, który przed śmiercią długo i ciężko chorował, byłam mu potrzebna w Polsce. Kiedy odszedł, sprzedałam dom w Tatrach i znalazłam nowy na Krecie. 

To było trzy lata temu, kończyłaś wtedy swój ostatni program w telewizji, prawda?

To była seria dokumentalna „Polacy z wyboru”, zrealizowana dla Canal+ Discovery. Pamiętam ostatni dzień zdjęć, wiedziałam, że to już mój ostatni raz na planie, że tego dnia przestaję być „człowiekiem z telewizji”. I jak to przy końcówce zdjęć, wszyscy się wybierali na bankiet, ale ja przeprosiłam ich, powiedziałam, że muszę pobyć sama. Byliśmy wtedy w Krakowie, wsiadłam w pociąg do Warszawy. Kiedy ruszył, wiedziałam, że jadę w kierunku nowego życia. Miałam już zdane egzaminy jako nauczycielka jogi, wiedziałam, że to będę robić. 

Nie czułaś żalu?

W ogóle nie. Ale też nie było tak, że czułam jakąś wielką ulgę, praca w mediach przez lata dawała mi dużo satysfakcji.

Wysiadłaś na Dworcu Centralnym, pojechałaś na lotnisko i poleciałaś do nowego domu na Krecie?

Poleciałam – ale nie na Kretę, tylko najpierw do Azji. Spędziłam tam kilka miesięcy tylko z jednym małym plecakiem. W Indiach, na Sri Lance i na Bali praktykowałam jogę, prowadziłam swoje warsztaty, odpoczywałam po ciężkim pożegnaniu z tatą. Spędziłam tam cudne Boże Narodzenie w dżungli – przyleciała wtedy do mnie Ala, moja córka, ze swoją żoną, więc było bardzo rodzinnie. W końcu dostałam od mojej agentki nieruchomości wiadomość: „Załatwione, możesz przyjeżdżać”. Przyleciałam, znalazłam klucz pod kamieniem, tak jak się umówiłyśmy, i weszłam do kolejnego mojego domu. 

Czułaś wzruszenie? 

Tej pierwszej nocy umierałam ze strachu! Zastanawiałam się, co ja w ogóle zrobiłam: sami obcy ludzie, nieznane otoczenie, a ja mam 47 lat, klimakterium na karku i znowu zaczynam od zera. Pamiętam, że przewracałam się z boku na bok, nie mogłam zasnąć. Dopiero kiedy wstało słońce, zobaczyłam niebywałą urodę tego miejsca i trochę się uspokoiłam. Poszłam do sklepu, wytłumaczyłam, że się wczoraj wprowadziłam, kupiłam chleb, fetę, oliwki i flaszkę wina. Po trzech dniach czułam już, że jestem u siebie. Boimy się zmian, bo jest w nich dużo bólu. To nieuchronne. Cieszę się, że nie „wymiękłam”. 

Paulina Młynarska
Olga Majrowska

Nie rozczarowałaś się przez te trzy lata?

Nie. Dobrze mi tutaj. Grecy są bardzo serdeczni i gościnni, zwłaszcza na wsi. Kretę kocham tak, jak się kocha człowieka – ciałem i duszą. Namiętnie. Ale wcale nie twierdzę, że powiedziałam ostatnie słowo. Jeśli za kilka lub kilkanaście lat znowu poczuję zew zmiany – posłucham go. 

Grecja też cię tak denerwuje, jak Polska?

Na pewno wkurza mnie tak samo grecki patriarchat i stosunek do kobiet. Gdybym mogła gdzieś publikować i umiała pisać po grecku tak dobrze jak po polsku, to pewnie już bym się rzucała, jak w Polsce. Jeśli chodzi o pozycję kobiety w rodzinie, w Grecji pod wieloma względami jest jeszcze gorzej niż w Polsce. To jeszcze bardziej tradycyjne społeczeństwo. Kreteńczycy przypominają mi górali podhalańskich: ogromny wdzięk, szczodrość, poczucie humoru – i wielkie męskie ego.

Wiem, że jesteś samotnicą, ale nie masz czasem za dużo tej samotności w swoim greckim domu w górach? Czemu się śmiejesz?!

Wiesz, to nie jest tak, że kiedy jest mi samotnie, to nie potrafię sobie czegoś zorganizować! Ale mówiąc serio, jeśli pytając o samotność, pytasz mnie o związek, to mogę powiedzieć, że nie jest moim marzeniem zakładanie żadnego stadła. Oczywiście nie wiem, co będzie w przyszłości. Na razie czuję, że już wyrobiłam normę nawet za kilka innych osób. Poza tym chyba nie jestem za bardzo kobietą „na życie”. Jestem bardzo niezależna. A i z tą samotnością też nie jest tak, jak się może wydawać. Wcale jej nie mam tyle, żeby mnie przytłaczała. Bardzo dużo jestem z ludźmi. Prowadzę grupy jogiczne, lekcje online, organizuję wspólne wyjazdy. Dużo interakcji. Staram się więc, żeby mój mały domek był azylem. Prawie nigdy nie czuję dojmującej samotności – raczej spokój. Gdy przychodzi wieczór, okładam się książkami, owijam kocem, mam dwa znalezione przy drodze koty i Felusia, psa, który przyszedł do mnie niedawno wygłodniały i już został. Robię sobie jakąś superherbatę. Czytam, oglądam filmy albo włączam sobie muzykę. Wcześnie kładę się spać. Dzień zaczynam przed świtem praktyką we własnym studiu jogi na dachu, z widokiem na góry i morze. No to powiedz sama: czego mi więcej trzeba? 

Planer jogowy
mat. prasowe

Roczny planer jogiczny „Moc kobiet według Pauliny Młynarskiej” już dostępny w salonach Empik i na empik.com.

Zdjęcia: Olga Majrowska 
Stylizacja: Paweł Kędzierski/Art Faces 
Produkcja: Paulina Aleksiejuk-Lewandowska
 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Olga Majrowska

Paulina Młynarska: „Nieważna, jaka jesteś. Jesteś wystarczająca”

„Twoje seksualne wybory i preferencje nie są niczyją sprawą” – pisze znana ze swoich szczerych wypowiedzi Paulina Młynarska.
Sylwia Arlak
18.11.2020

Pisarka i aktywistka Paulina Młynarska staje murem za kobietami, co pokazuje m.in. przy pomocy mediów społecznościowych. I choć sama dostaje wiele wsparcia, każdego dnia mierzy się z krytyką. „Jedna Pani Trollinda z mojego Facebooka mnie dziś zainspirowała. Wrzuciłam zdjęcie moich kotów o poranku i przeczytałam pod nim: »Stara panna z kotami«” — pisze Młynarska na swoim profilu i dodaje: „Jako czterokrotnie rozwiedziona matka dorosłej córki nie potraktowałam tego osobiście i mam serdecznie gdzieś uwagi tej Trollindy. Numer jednak polega na tym, że nawet bardzo fajne i wspierające osoby, feministki, mocne baby, od czasu do czasu odruchowo wartościują i rozliczają inne kobiety. Robią to według obrzydliwego patriarchalnego klucza, zgodnie z którym to stan cywilny »zamężna« i bycie w seksualnym użyciu, a także posiadanie dzieci mają świadczyć o ich wartości. Słyszę to wszędzie, czasem nie wierzę, że od takich osób”. Każda z nas ma prawo do własnego wyboru  Młynarska ma dla wszystkich kobiet jedną radę: „W tym pięknym, jesiennym dniu chcę Ci powiedzieć moja siostro: jesteś zamężna, solo czy masz tabun kochanków, hetero, homo, trans, bi, niebinarna, aseksualna, matka czy nie, rozwiedziona raz czy pięć razy, poliamoryczna, oddająca się ascezie, przed okresem, po, w trakcie, w ciąży, po menopauzie lub w trakcie klimy (jak ja), marząca, by mieć więcej seksu, chcąca go mniej lub wcale, pracująca seksualnie, pruderyjna, rozwiązła, każda! Pier*l to! Jesteś wystarczająca i świetna, a Twoje seksualne wybory i preferencje nie są niczyją sprawą”. Czytaj więcej:   Bywała „frajerką”, ale nigdy ofiarą. Paulina Młynarska: „Mam taki pewien defekt, życiową dysfunkcję…” Obserwatorki aktywistki w odpowiedzi na wpis podzieliły się...

Czytaj dalej
Olga Majrowska

Bywała „frajerką”, ale nigdy ofiarą. Paulina Młynarska: „Mam taki pewien defekt, życiową dysfunkcję…”

Choć Paulina Młynarska od dwóch lat mieszka w Grecji, jest na bieżąco z tym, co dzieje się w Polsce. Wspiera Polki i zawsze zabiera głos w ważnych dla nich sprawach.
Sylwia Arlak
09.11.2020

Tuż po ogłoszeniu wyników w wyborach prezydenckich, w których na kolejną kadencję został wybrany Andrzej Duda, głos zabrała córka polityka, Kinga: „Chciałabym zaapelować o to, aby nikt w naszym kraju nie bał się wyjść z domu. […] Wszyscy jesteśmy równi i wszyscy zasługujemy na szacunek”. Jej słowa wywołały lawinę komentarzy. „Twój tato, Kingo, dla własnej politycznej korzyści zgotował tym ludziom i ich dzieciom horror” — napisała Paulina Młynarska. Pisarka, dziennikarka, joginka i aktywistka zagrzewa Polki do walki po tym, jak Trybunał Konstytucyjny wydał wyrok w sprawie zaostrzania prawa aborcyjnego. Była równie aktywna podczas Czarnych Protestów. Młynarska od lat walczy również o prawa osób LGBT.  „Mam taki defekt, jakąś życiową dysfunkcję, która polega na tym, że nie toleruję zakłamania, udawactwa. Całe moje życie polega na przekłuwaniu tego naszego balonu hipokryzji. Na stawianiu lustra przed paniami Dulskimi, ale też na stawaniu po stronie innych kobiet i mówieniu im w kółko: »Zobaczcie, ile rzeczy mi się nie udało. Ileż razy się potknęłam, wypieprzyłam w piach, dostałam między oczy – ale żyję! I ty też żyj!«. Dużo mnie to kosztuje, ale nie umiem inaczej” – mówi w „Urodzie Życia”. Czytaj też : Ada Fijał o Strajku Kobiet: „O tematach dotyczących kobiet z kobietami się nie rozmawia” Paulina Młynarska: „Wszystko, co mam, zawdzięczam sobie” Paulina Młynarska urodziła się 15 listopada 1970 roku w Warszawie. Jest córką sławnego artysty kabaretowego, poety, satyryka i kompozytora Wojciecha Młynarskiego, siostrą dziennikarki Agaty i muzyka Jana. Pierwsze kroki w show-biznesie stawiała jako aktorka. Zadebiutowała na wielkim ekranie w 1986 roku....

Czytaj dalej
Amy Schumer i Chris Fischer
Ślub Amy Schumer i Chrisa Fischera odbył się w lutym 2018 roku w Malibu. Fot. @amyschumer

Amy Schumer i Chris Fischer: Kiedy zdiagnozowano u niego autyzm, pokochała go jeszcze mocniej

W ciągu zaledwie trzech lat związku przeszli drogę, na którą inne pary potrzebują dekad. Ale ta miłość przetrwa każde trudności.
Magdalena Żakowska
04.12.2020

Amy Schumer, najsłynniejsza amerykańska stand uperka, gwiazda filmów „Wykolejona” i „Jestem taka piękna”, długo przekonywała nas w swoich skeczach i filmach, że nie interesują jej trwałe związk i, bo faceci to – używając jej języka – kompletni frajerzy. Chętnie opowiadała o swoich kompromitujących łóżkowych przygodach, aby udowodnić tezę, że mężczyźni traktują kobiety przedmiotowo, że nie szukają kobiet o interesującej osobowości, czy poczuciu humoru, tylko szczupłej sylwetce i ładnej buzi. I rzeczywiście, bardzo długo była singielką. A potem sprawy potoczyły się błyskawicznie. Biorę ślub. Wpadniesz? W Hollywood związki zaczynają się równie szybko, co kończą, ale w tym wypadku szybki był tylko początek. Amy Schumer poznała Chrisa Fischera, szefa kuchni, który prowadzi rodzinną farmę Beetlebung Farm na wyspie Martha's Vineyard, zimą 2017 roku, a już rok później została jego żoną. „ Jego oświadczyny były dziwne , bo oświadczył mi się rano, a o tej porze oświadczają się tylko emeryci” – opowiadała w programie „Growing” (Netflix). „Na oczach miałam opaskę do spania, a w uszach stopery, kiedy wszedł do pokoju i rzucił mi pudełko z pierścionkiem. Powiedział „Kupiłem ci to. Czy mam uklęknąć?”. Odpowiedziałam, że chyba nie i chwilę później znowu zasnęłam”.  Decyzję o ślubie podjęli dosłownie na kilka dni przed ceremonią. Amy rozesłała zaproszenia SMS-ami: „Biorę pojutrze ślub. Wpadniesz?”. Spora część gości nie wiedziała nawet kim jest pan młody, bo para długo ukrywała swój związek. Amy żartowała nawet w trakcie ślubu. „Masz takie szczęście, że mnie znalazłeś” – powiedziała do Chrisa przyjmując od niego obrączkę. I trudno się z nią nie zgodzić, zwarzywszy na...

Czytaj dalej
Magdalena Umer
Jacek Poremba

Magda Umer o Zuzannie Łapickiej: „Od lat choruję na depresję. Zuzia pomagała mi żyć”

Magda Umer opowiada o swoich najważniejszych związkach w życiu: przyjaźni z Zuzią Łapicką i Agnieszką Osiecką, a także miłości do męża.
Magdalena Żakowska
01.11.2020

Dziś, jak myślę o tych wszystkich moich miłościach, zastanawiam się, co w tym było prawdziwym uczuciem. Leciałam za czymś na oślep, życie mi się sypało, a może to była tylko chemia?”, mówi piosenkarka Magda Umer i wspomina swoje ważne związki, nie tylko z mężczyznami. Magdalena Żakowska: Sushi? Magda Umer: Wybrałam to miejsce spotkania nieprzypadkowo. Po raz pierwszy byłam tu z Zuzią Łapicką, którą też dobrze znałaś. Zuzia niedawno umarła, a my jesteśmy na jej osiedlu, sto metrów od jej domu… Byłyście najlepszymi przyjaciółkami, możemy o tym rozmawiać? To trudne. Potrafię o nas tylko coraz ciszej milczeć. Każde słowa wydają mi się banalne i nie oddają tego, co się czuje po stracie kogoś aż tak bliskiego. Trudno nazwać to, co nas łączyło. Poznałyście się w latach 70. W 1977 roku. Oczekiwałam narodzin Mateusza, który jest jej synem chrzestnym, a dziś ma 41 lat. Ale wcześniej poznałam jej przyszłego męża Daniela. Występowałam z nim w różnych programach telewizyjnych Krysi i Michała Bogusławskich, a potem graliśmy razem w „Weselu” Hanuszkiewicza [1974 – red.]. Ale co śmieszniejsze, byłam też wcześniej koleżanką jej taty, Andrzeja Łapickiego, bo w „Weselu” grał Pana Młodego, co było dla mnie szokiem, wydawał mi się wówczas potwornie stary... a miał prawie 50 lat. A pani miała 25 lat. Nie uległa pani urokowi Łapickiego?! Chyba każda kobieta ulegała jego urokowi. Andrzej rzeczywiście był fantastycznym „menem”, potrafił zauważyć i docenić kobietę, szczególnie młodą. Typ przedwojennego, zabójczo przystojnego inteligenta. Lubiłam z nim rozmawiać, ale interesowali mnie inni mężczyźni. Olbrychski był do Łapickiego podobny? Nie. Daniel to kompletnie inny typ. Mimo że od czasu roli Kmicica...

Czytaj dalej